Duszpasterzowanie, co trwało rok i jedną niedzielę

Relacja ks. płka mgr. Tadeusza Błońskiego, salwatorianina, kapelana internowanych w Strzebielinku*

Rozkaz, zostajecie kapelanem „specyficznego ośrodka”

- 13 grudnia 1981 roku, jak zwykle rano w niedzielę jechałem przez Gdańsk do więźniów na Trojanie. Miałem im odprawić mszę św. Dziwiło mnie jedynie, że tak pusto na ulicach, że na świeżym śniegu widać tylko ślady opon mojego samochodu. Zajechałem na miejsce, a naczelnik więzienia zdziwiony pyta:

- Czy ksiądz nie wie, co się dzieje? Niech ksiądz przesunie mszę. O siódmej ma przemawiać Jaruzelski. Zostałem i zobaczyłem generała, ogłaszającego stan wojenny. Nie bardzo wiedziałem na czym to polega. Jeszcze odprawiłem ostatnią mszę św. dla więźniów, a świetlica w której ją sprawowałem zamieniona zastała na noclegownię skoszarowanych tam funkcjonariuszy więziennych.

Wreszcie w pierwszym tygodniu stanu wojennego do mojego kościoła wojskowego przyjeżdża gazik z komendy garnizonu gdańskiego z zastępcą komendanta:

- Kapelan jest proszony w ważnej sprawie do szefa.

Zawieźli mnie, a u komendanta siedziało już dwóch cywili. Jeden z nich przedstawił się – chyba – Konarski z WSW [Wojskowa Służba Wewnętrzna]:

- Tu jest rozkaz, zostajecie kapelanem „specyficznego ośrodka”, należy wykonać. Czytam. Wynikało z niego, że już nie będę jeździł do więźniów, ale będę obsługiwał jakiś nieokreślony „specyficzny ośrodek”. I nic więcej. Po chwili dopowiedziano mi jedynie, że chodzi o ośrodek, gdzie są internowani. Ale gdzie? Tego już się nie dowiedziałem. Jeszcze mówili, że chodzi o tych, których aresztowano, gdyż ze względu na stan wojenny trzeba było ich wykluczyć ze społeczeństwa.

Sytuacja moja stawała się dosyć dwuznaczna. No, bo niby w czyim imieniu będę występować:

- Jeśli Kościół, to muszę mieć odpowiednie uprawnienia i nikt nie może mną manipulować. Pojadę tam jedynie jako kapelan wykonujący posługę duszpasterską. To są moje warunki!

- Tu nie będzie żadnych warunków! Jest stan wojenny i ksiądz jako kapelan wojskowy musi podporządkować się rozkazom!

- Najpierw jestem kapłanem, a dopiero później kapelanem wojskowym. I jeśli nie będę miał zgody władzy kościelnej, nigdzie nie pojadę…

Odpowiedź mieli dać następnego dnia, ale była cisza. Wreszcie trzeciego dnia przyjeżdża znowu gazik z garnizonu i zawieziono mnie do biskupa gdańskiego Lecha Kaczmarka. Od niego otrzymałem specjalne pismo, dające mi wszelkie prawa kościelne, a na drogę błogosławieństwo, z gorącą prośbą, aby natychmiast po powrocie , nawet w nocy, zdać relację z warunków w jakich przebywają i gdzie są internowani. Nie było bowiem wiadomo, gdzie się ich przetrzymuje, a różne tak zwane pewne wiadomości przekazywały informacje o pobitych, trzymanych na mrozie, głodzonych…

 

Pierwsze spotkania w obozie

Dzień przed Wigilią dojechałem do obozu. Nazwę jego otrzymałem tuż przed wyjazdem. Jechałem z kierowcą z niebieskich beretów. Podobnie jak i ja nie bardzo wiedział, gdzie jest ten Strzebielinek. Błądziliśmy. Na miejscu zażyczyłem sobie przejście po celach. Towarzyszyła komenda więzienna obozu, mjr Franciszek Kaczmarek i kpt. Wojciech Biegaj, jego zastępca oraz funkcjonariusze więzienni, a na korytarzu pozostawali jeszcze w pełni uzbrojeni zomowcy i kpt. Eugeniusz Maciuk, mający z ramienia Służby Bezpieczeństwa pełnię władzy nad internowanymi. I tak chodziliśmy po wszystkich celach. Najostrzejsi byli ze Słupska:

- To nie ksiądz, a przebrany funkcjonariusz. Żądali okazania zezwolenia władzy kościelnej. Był jednak wśród nich także jeden, który uczestniczył w jakimś zjeździe AK „Solidarności:”, a ja odprawiałem dla nich poranną mszę świętą. Rozpoznał mnie i natychmiast ich uspokoił. Chodząc po celach poznawałem ludzi, których znałem jedynie ze słyszenia: Onyszkiewicz, Wądołowski, Mazowiecki, Marusczyk, Gwiazda czy Modzelewski. Kuroń utkwił mi w pamięci, że był bez zęba, a Rulewski, że nie patrzył wprost, a takim „bykiem”, jakiś był spięty…

W innych celach też chciano zobaczyć dokument podpisany przez biskupa. W jakiś sposób to zrozumiałe, gdyż tuż przed stanem wojennym krążyła plotka o przygotowywaniu przez służby specjalne 800 sutann dla „przebierańców”. Później nagabywałem Maciuka o te sutanny:

- Mam takie stare sutanny, zapłacę.

- Księże, słowo honoru, nie ma żadnych sutann, nie ma żadnych takich specjalnych magazynów. Miałem uwierzyć na słowo funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa.

To przejście po celach było dla mnie dramatyczne. Niewiele mogłem zrobić. Zapowiedziałem jednak internowanym, że przyjadę w Wigilię, odprawię mszę świętą i przywiozę Pana Jezusa. Proszono mnie o opłatki, o modlitewniki, śpiewniki i o wieści od rodzin, a z tym było najgorzej. Już wówczas były małe bunty papierosiarzy, którym brakowało tytoniu, a jedzenie było wręcz fatalne, co zresztą potwierdził sam komendant obozu. Tłumaczył, że został zaskoczony brakiem pomocy ze strony władz. Obiecywano wiele, że zostanie dostarczona odpowiednia ilość jedzenia, że będą papierosy, jakaś żywność na tak zwaną więzienną wypiskę, że to „specyficzni więźniowie”, więc nie powinno niczego – w ramach norm – zabraknąć. A tu nic i komendanta więzienia pozostawiono bez wsparcia w artykuły spożywcze i papierosy. W tej sytuacji zaproponowałem pomoc Kościoła – chętnie przyjął. Od razu przekazałem to biskupowi Kaczmarkowi.

- Podstawiaj samochód i zabierzesz wszystko, co jest w kurii. Ale ja przecież nie miałem samochodu ciężarowego i nie miałem potrzebnej zgody władz, co wówczas było najważniejsze. Pojechałem do wojska, że trzeba, że braki, no bo… Samochód dali. Żołnierze zapakowali paczki i ruszyliśmy do Strzebielinka. W wielkich zaspach śniegu i na ledwo przetartych drogach, znowu pobłądziliśmy. Przyjeżdżamy, a tu problem: czy paczki można przekazać internowanym bez kontroli. Były one jednak oryginalne, zapakowane bez żadnych naruszeń i w dodatku przyjechały wprost z Holandii, inne z Düsseldorfu. W tej sytuacji uznano więc, że można je rozdać. I tak trafiły wprost do internowanych, co później już się nie zdarzyło. Przy tej okazji okazało się, że nie wszystkie paczki odpowiadały akurat potrzebom mężczyzn i w niektórych były na przykład artykuły higieniczne przeznaczone dla kobiet.

 

Komunia, jak na polu bitwy

Przede wszystkim przyjechałem jednak z posługą duchową. To było moje nadrzędne posłanie. Zwracał na to uwagę biskup, który po zrelacjonowaniu wrażeń z pierwszej wizyty i atmosfery panującej wokół internowanych, pozwolił mi skorzystać z absolucji generalnej.

- Sytuacja – jak mówił – jest drażliwa. Nie jesteś znany w tym środowisku, a i też nie wiadomo czy w ciągu tygodnia lub dwóch nie zostaną oni wywiezieni gdzieś dalej, na wschód, w stronę Syberii.

Rozdawałem więc w kaplicy komunię jak na polu bitwy, jedynie po ogólnym rozgrzeszeniu. Jedynie dla części mogłem odprawić krótkie msze święte. Były to niezapomniane dla mnie chwile i jak słyszę, również dla uwięzionych. Ówczesne przeżycia wielu religijnie umocniło.

 

Duszpasterzowanie internowanym

No i zaczęło się duszpasterzowanie. Od pierwszych rozmów z władzami wiedziałem, że moja rola będzie bardzo trudna: podsłuchiwany z jednej strony, a słuchany z drugiej. Trzeba było wypośrodkować, żeby przywrócić nadzieję tym zamkniętym ludziom, oderwanym od rodzin, i to tak gwałtownie. W przeważającej mierze byli to ludzie młodzi, a nawet młodociani. Przecież jeden z nich miał 16 lat – siedemnasty rok życia obchodził w Strzebielinku! Byli uczniowie, studenci. Cały też przekrój „Solidarności”; obok robotników, dziennikarze, adwokaci, rolnicy, a nawet pracownicy naukowi  i oczywiście działacze. Z różnych poziomów związku. Trzeba było im wszystkim „coś” dać, a jednocześnie tak zrobić, by nie stawiano przeszkód w przychodzeniu z posługą kapłańską. I to był nadrzędny cel. Nie były też gołosłowne ostrzeżenia pana Maciuka, wielokrotnie mnie przestrzegającego, żebym nie myślał, że jak jestem zamknięty w kaplicy, to oni nie wiedzą, o czym mówię. Wytwarzano atmosferę wszechobecności, ale jednocześnie w rozmowach podawano niejednokrotnie zastanawiające szczegóły. Posuwano się nawet do tego, że na pierwszych mszach w kaplicy, powstałej z normalnej więziennej celi, stał przy zamkniętych drzwiach strażnik w czapce z kluczami w ręku. Nie wytrzymałem i zaprotestowałem. Zażądałem poszanowania miejsca. Złożyłem też taki protest w Wydziale do spraw Wyznań Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku, zaznaczając, że to mi ubliża w sprawowaniu funkcji kapłańskich. Przypominało mi to jak kiedyś gestapowcy chodzili po kościele i wypatrywali swoje ofiary, a biedny ksiądz był przy ołtarzu. Poskutkowało i później nie powtórzyły się takie incydenty.

- Władze obozowe przyjęły zasadę, że we mszach świętych mogą uczestniczyć internowani jedynie z tych cel, które razem chodzą na spacerniku. Chciano w ten sposób ograniczyć możliwości przekazywania informacji i składu osobowego poszczególnych cel. W tym bowiem czasie nawet najbliżsi nie wiedzieli, gdzie są ich mężowie, ojcowie czy synowie. Nawet nie docierały pierwsze listy od internowanych do rodzin. Zakładano, że wokół internowanych będzie absolutna izolacja. Problem mszy świętej był więc widziany przez komendę obozu, a zwłaszcza Służbę Bezpieczeństwa, w zupełnie innym kontekście niż ten, z którym miałem przyjeżdżać. Z kolei nie wyobrażałem sobie aby jedynie dla dwóch cel, to jest grupy spacerowej miałbym odprawiać mszę.  Przecież w obozie „zasiedlone” były dwa pawilony, na których, o ile dobrze pamiętam, było po 12 cel. Wychodziło, że w czasie niedzieli i świat miałbym odprawiać około dziesięciu mszy! Wreszcie udało mi się przekonać, że na msze można przyprowadzać więcej osób. I tak odprawiałem w początkowym okresie sześć mszy, później, gdy otwarte zostały cele i tak miałem ich dwie-trzy.

Już nie pamiętam jak się on nazywa – mieszkał w Nowym Porcie – powiedział chyba najtrafniej:

- Do Kościoła zacząłem chodzić jako internowany. No, bo faktycznie „Solidarność” zgarnęła prawie wszystkich, nawet takich, którzy w normalnych warunkach nie byliby nawet w jej pobliżu. Gdzieś krzyknęli, coś powiedzieli, nie gdzieś w kącie, ale publicznie i głośno. To wystarczyło. Zostali kiedyś odnotowani przez służby i w wyniku tego znaleźli się w obozie. Często byli nieprzygotowani do roli jaką wyznaczyła im władza. W obozie zaś czuli się zupełnie zagubieni. Tutaj dopiero powoli wchodzili w rolę świadków „Solidarności”. Nie wszystkim to się jednak udało. Podświadomie szukali oparcia w jakiś wartościach chrześcijańskich wyniesionych z dzieciństwa. I choć zdarzały się przypadki zupełniej ignorancji podstawowych prawd wiary, to jednak większość szukała jakiejś drogi religijnej. W obozie następowały powroty, zastanowienia… I jak sami zaznaczali tutaj mieli – z konieczności – dostatecznie dużo czasu, żeby przemyśleć swoje duchowe życie.  Później były pierwsze spowiedzi, pierwsze od kilku, a nawet kilkunastu lat. W pierwszych tygodniach i miesiącach wewnętrzną solidarność obozową umacniał także cały religijny rytuał. Poranne pieśni, podobnie jak wieczorem w porze apelu jasnogórskiego i to przy otwartych oknach we wszystkich celach. Najpierw była modlitwa wieczorna, a dzień kończyła pieśń, najczęściej maryjna. Widać było, że to było potrzebne. Po marcu 82, gdy wreszcie cele zostały otwarte i można było przechodzić z jednej do drugiej – napięcie religijne wyraźnie osłabło. Od razu zmniejszyła się frekwencja na mszach świętych, już wystarczały dwie. Bolesne jednak było, że gdy zapowiadałem przyjazd jakiegoś biskupa z darami, to kaplica znowu się wypełniała. W miarę upływu czasu coraz częściej widziałem leżących na łóżkach, grających w karty, w piłkę na boisku, gdy w kaplicy odprawiana była msza święta. Dopiero wówczas w pełni odsłonił się właściwy obraz religijności internowanych. Bytność na mszy nie była już jakimś aktem sprzeciwu, demonstracją, ale jedynie wewnętrzną potrzebą duchową.

Dostrzegało to się, gdy do dotychczasowego składu obozowego, składającego się głównie z osób z Wybrzeża, przeniesiono związkowców z Torunia i Bydgoszczy, trzymanych dotąd w starym więzieniu w Potulicach. Wreszcie przywieziono szczecinian, po zlikwidowaniu obozu w więzieniu w Wierzchowie i internowanych przetrzymywanych w więzieniu w Białołęce koło Warszawy. Każda z tych grup była specyficzna. Bez trudu można było dostrzec wyraźne różnice. Wybrzeże reprezentowało – w dużej mierze – ustabilizowane oblicze, choć nie zawsze. Pozostałe grupy miały wielkie przeciwieństwa. Z jednej strony obojętność religijna, z drugiej – tacy, których niekiedy określa się jako „nawiedzonych” aktywistów religijnych, przytłaczających swymi działaniami. Dominowali jednak „normalnie” wierzący, szukający czegoś innego: spokojnego, wewnętrznego przeżycia i zastanowienia się nad sensem życia.

 

Biskupi w obozie

Ważnymi wydarzeniami dla internowanych, choć nie zawsze w znaczeniu religijnym – były wizyty pasterskie księży biskupów. Pierwszym, który przyjechał do obozu był biskup Kazimierz Kluz, sufragan gdański. Wizytował internowanych w styczniu 82, gdy już ukształtowały się pierwsze relacje między internowanymi a komendą obozu. Zaskoczył go nawet pewien spokój w obozie. Władze chętnie podkreślały, że w obozie nie doszło do żadnych aktów przemocy, o czym się wówczas słyszało. Później już było łatwiej i zgadzano się na przyjazdy kolejnych biskupów, mających wizytować internowanych ze swoich diecezji.. Był więc biskup Marian Przykucki, ordynariusz diecezji chełmińskiej, na której terenie usytuowano obóz i biskup Lech Kaczmarek, ordynariusz diecezji gdańskiej, mający największą grupę internowanych. Odwiedzali również sufragani z Gniezna – biskup Jan Nowak,  z diecezji kamieńsko-koszalińskiej – biskup Tadeusz Werno i Stanisław Stefanek. Wreszcie ks. Edmund Piszcz, który dwukrotnie był w Strzebielinku, później w szpitalu w Wejherowie, gdzie przebywało kilkunastu internowanych. I to w różnych rolach, najpierw jako profesor seminarium pelplińskiego, później jako biskupi nominat, wreszcie biskup pomocniczy. Wspaniała postać. Na prośbę internowanych przyjechał do obozu z rekolekcjami wielkopostnymi. Trzeba było to oficjalnie załatwiać w Wydziale Wyznań Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku. Faktycznie jednak nie tam decydowano, ale w komitecie wojewódzkim partii. I o dziwo zgodzili się, nawet chętnie. Prawdopodobnie te rekolekcje były jedynymi w obozach internowanych. A przy tym ileż wniosły nadziei. Wspierała się ona na postawie rekolekcjonisty i jego rozmowach w poszczególnych celach. Wreszcie, co zupełnie zaskoczyło i zrobiło wrażenie na władzach obozowych, a nawet przestraszyło – chęć spędzenia przez niego nocy wśród internowanych. Na to już nie było zgody. Zażądano opuszczenia obozu przez księdza Piszcza. Mieli jeszcze nadzieję, że nie wróci, ale on już rano kontynuował swoje rozmyślania rekolekcyjne. Później wraz z księdzem Andrzejem Śliwińskim, kanclerzem kurii chełmińskiej i księdzem dziekanem Bogusławem Żurawskim z Wejherowa siedzieliśmy w konfesjonałach i słuchaliśmy wielu spowiedzi, niekiedy przejmujących.

 

Procesja Bożego Ciała

I jeszcze był jeden ewenement w skali całej Polski. Internowani zażądali wewnątrzobozowej procesji Bożego Ciała ze stacjami i na koniec z błogosławieństwem na cztery strony świata Panem Jezusem umieszczonym w monstrancji. Argumentacja uwięzionych była prosta, nie są skazani, jedynie mają ograniczenie w swobodnym opuszczaniu obozu, a więc korzystają z praw jakie im przysługują na wolności. Zatem chcą obchodzić tradycyjną w Polsce uroczystość Bożego Ciała. Przekazałem to komendzie, a kpt. Maciuk, szef grupy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa stanowczo mówi  - nie. Miała być jedynie normalna msza święta. Dodać muszę, że do obozu zawsze zawoził i odwoził mnie pan Maciuk. W czwartek przyjeżdżamy do Strzebielinka, a w administracji mówią, że internowani przygotowali się już do procesji. Pan Maciuk jeszcze krzyczał, że co to znaczy, że to nie żadna parafia… Szybko został jednak „urobiony”. I zaczęło się. W obozie nie ma żadnych kościelnych paramentów, a on sam mi nie pozwolił, gdy – przewidując tę sytuację – chciałem zabrać je ze swojego kościoła. Czuł się chyba głupio, bo zaczął bardziej pojednawczo:

- Co jest potrzebne?

- Stacje, monstrancja, welon, świece, krzyż… Jeszcze chciał się upewnić i prosił bym zorientował się na pawilonach czy faktycznie trzeba będzie zgodzić się na tę procesję.

Poszedłem na pawilony i tylko powiedziałem:

- Co, jeszcze nie ma stołów. Niczym wróciłem do administracji już przed pawilonami stały stoły-stacje z umocowanymi krzyżami i wielkimi rysunkami Szymkowskiego z Torunia i Trzaski z Gdańska. Wszystko było gotowe. Teraz już nie było rady. Niechętnie, ale pan Maciuk wsiadł do samochodu i w dwójkę objeżdżaliśmy okoliczne parafie i kościoły w poszukiwaniu paramentów potrzebnych do procesji. Najbliżej było do Gniewina. Stukamy, nikt nie otwiera. Jedziemy dalej. Trafiamy wreszcie do wspaniałego kanonika-górala urzędującego w Kostkowie [ks. Błoński nie znał dobrze okolicy i prawdopodobnie kolejność była odwrotna i do spotkania doszło na plebani w Gniewinie, zob. wspomnienie ks. Jana Wszołka]. Mówimy z czym przyjeżdżamy. Oczywiście tak, ale najpierw prosi do stołu.

- Czekają na nas

- Tu, ode mnie nikt nie wychodzi bez choćby wypicia kawy czy herbaty, bez poczęstunku.

Przedstawiam pana Maciuka jako oficera Służby Bezpieczeństwa, mającego pieczę nad obozem, co skwitował krótko: – Nic nie szkodzi.

Dostaliśmy potrzebne paramenty i po mszy rozpoczęła się procesja. Nie zapomnę Konrada [Marusczyk]. Nie było dużego krzyża. Zdjął go więc ze ściany swojej celi i ten mały krzyż niósł przez całą procesję na wyciągniętych rękach, wysoko ponad głowami. Inni nieśli palące się świece. Później były modlitwy przy stacjach, potężne, męskie śpiewy…

Nie wszyscy jednak mogli uczestniczyć w tej procesji. W ostatniej chwili pan Maciuk rozkazał zamknąć pawilony, by nie wypuścić na dziedziniec. Ci, których nie wypuszczono, stali więc w oknach cel i modlili się, i śpiewali. Sądzę, że zadziałał tutaj strach, co powiedzą jego przełożeni w Służbie Bezpieczeństwa i że wieść o niespotykanej procesji rozniesie się zbyt szeroko. W dodatku był to dzień odwiedzin internowanych. Rodziny, które przyjechały czekały przed bramą. W sąsiadującym zaś z murem obozowym budynkiem mieszkalnym strażników więziennych było wyjątkowo dużo gości. Przy przepięknej pogodzie wyszli na balkony, stali w oknach i patrzyli z zaskoczeniem na scenerię procesji. Może także dla nich była przeżyciem…

 

Pałować, czy nie pałować

Gdańskie władze stanu wojennego, już po „ustabilizowaniu” się sytuacji społecznej były zadowolone, że w Strzebielinku panuje spokój, i że zagraniczne rozgłośnie nic złego o nim nie mówią.. W komendzie milicji w Gdańsku płk [Zenon] Ring, któremu podlegał obóz, miał nawet powiedzieć, że to albo pochwała, albo nagana. W Warszawie zaś, gdzie ich zebrano na specjalnej naradzie poświęconej obozom, podobno, nawet się dziwiono, że u nas jest taki spokój. Kryterium oceny sprowadzało się do tego czy było pałowanie lub jakieś pobicia, tak chętnie stosowane w innych obozach. A telefonogramy przychodzące do komendy stale zachęcały do stosowania przemocy. Z rozmowach w trakcie jazdy z panem Maciukiem, a wiadomo jaką reprezentował instytucję, stale mówiłem, że w takich sprawach trzeba się zawsze kierować rozumem, a nie ślepym wykonywaniem rozkazu

- Za nadgorliwość często się dostaje. Najgorzej wychodzą ci, którzy zapominają o rozsądku.

- Będziemy się starali, księże kapelanie.

I faktycznie zakazał zomowcom stosowania przemocy i pałowania. Później dziękował mi za tę radę. W jakiś sposób polubiłem go za to, że potrafił, choć jedynie w tym przypadku, mimo wszystko, zachować się jak człowiek.

 

Kuszenia esbecji

Z upływem czasu zauważało się jak z miesiąca na miesiąc pojawiały się niepokojące oznaki psychicznego zmęczenia, a nawet załamania. Spotkania w kaplicy, modlitwa i msza św. stawały się wówczas obroną, ratunkiem, ucieczką i podtrzymaniem gasnącej nadziei. Nie było tygodnia, by do obozu nie docierały przygnębiające wiadomości, relacje z procesów kończące się wysokimi wyrokami, nawet dla kobiet do trzech, siedmiu, ośmiu, a także dziesięciu lat więzienia. Przygnębiały również tak zwane rozmowy, na które przejeżdżali z różnych województw oficerowie Służby Bezpieczeństwa do „swoich” internowanych. Kusili wyjściem, ale za podpisem, a jak nie skutkowało, to tak od niechcenia, wtrącali zdanie o rodzinie, żonie, może już zapominającej…  Wszystko w ogólnikach, bez konkretów. Więc czy warto być niezłomnym. Więc podpisz. Wielu nie wytrzymało. Któregoś dnia, bodaj w marcu, radośnie mnie powitał kpt. Biegaj. Zwracając się do Maciuka, z wielką satysfakcją pokazuje jemu listę:

- Już jest 31 zgłoszeń na wyjazd zagraniczny. Ależ się nam udało! Tego chyba nie ma w żadnym obozie!

Zrobiło mi się smutno, że tak łatwo im to poszło. Już w obozie urzędował fotograf, robiący zdjęcia paszportowe. Na mszy patrzyłem na tych ludzi i zadawałem sobie pytanie: dlaczego? Na zakończenie mszy powiedziałem jedynie, że dzisiaj, ponieważ jest Wielki Post – nie będzie śpiewania „Boże coś Polskę”, a tylko trzy razy „Któryś cierpiał za nas rany…”

- Nie, nikt nie zabronił śpiewania „Boże coś Polskę”. Tylko widzę, że wielu chce zostawić Polskę. Nie śpiewajcie więc tej pieśni, bo to obraża mnie, a bardziej Boga, którego prosicie o pomoc. Tę piękną pieśń śpiewano kiedyś, gdy najlepsi synowie tego narodu szli na Syberię, a teraz zamieniacie ją na jakiś paszport… Tak, byłem zdenerwowany, bo uświadomiłem sobie, że prawie ¼ składu obozu wystąpiła z takim wnioskiem. Jak tu się nie załamać…

Wracam do komendy, a tu ostro na mnie Maciuk:

- Jak należy rozumieć, że był tutaj jeden z internowanych i wycofał wniosek na wyjazd, drąc go na oczach kpt. Biegaja.  Później część się internowanych wycofała swoje podania i przesiedziała niekiedy nawet długo, a po wyjściu znowu złożyli wniosek o paszport.

 

Monstrancja internowanych

Obok tego smutnego akcentu były także dla mnie chwile radości. Jedną z nich szczególnie zapadła mi w pamięci. Chyba było to jeszcze przed otwarciem cel. Wszyscy, co mieli iść na mszę, zgromadzili się na korytarzu trzeciego pawilonu. Wówczas ze wzruszeniem odebrałem od internowanych pozłacaną puszkę na komunikanty z graweracją w podzięce za opiekę duszpasterską. Puszka była dla mnie jedną z najmilszych pamiątek. Przekazałem ją do Elbląga do naszego domu salwatoriańskiego, który budował kościół bł. Brata Alberta. I ta puszka na ołtarzu przypomina każdemu, że jest darem od internowanych, którzy, tak jak Brat Albert walczyli i modlili się o wolną Polskę.

 

Zamknięcie obozu

Pod koniec funkcjonowania obozu atmosfera zupełnie się rozluźniła. Po stronie władz więziennych, po strażników zdawano sobie sprawę z niemoralności ich sytuacji. Już wiedzieli, że nie pilnują „niebezpiecznych”, ale tych, którzy chcieli zrobić w Polsce coś dobrego. I choć dostawali awanse, pochwały, za to, że nie było procesów o odszkodowania z tytułu pobić, utraty zdrowia – to już zdaje się, że jednego pragnęli – końca tej tragifarsy.

Przyznam, że i ja byłem zmęczony tym stałym dojeżdżaniem w każdą niedzielę, w święta kościelne, aktualne czy zniesione. Niestety zapowiadało się, że również drugą Wigilię spędzę w obozie wśród internowanych. Jeszcze do końca nie było wiadomo, co z obozami. W Strzebielinku było jeszcze kilka osób, więc z pewnością byłbym razem z nimi. W Wigilię zadzwoniłem do więzienia w Wejherowie, ażeby się dowiedzieć czy jadę do „moich parafian”. Powiedziano mi, że obóz opuściło już ostatnich czterech internowanych. I w ten sposób zakończyła się moja posługa duszpasterska. Trwała rok i jedną niedzielę.

Po miesiącu, pod koniec stycznia 1983 roku, ci którzy mieszkali w Trójmieście spotkali się na mszy św. w moim kościele przy obrazie Matki Boskiej Strzebielińskiej. W rok później ponownie. Więzi jednak się poluźniły, a mnie przeniesiono do Inowrocławia, gdzie kontakt z byłymi internowanymi był już rzadszy. Przyjeżdżał natomiast Antoni Szymkowski, z Torunia, który namalował dla kościoła obraz Ojca Świętego.

 

Oprac. Andrzej Drzycimski, w oparciu o nagranie z 30 lipca 1989 roku

* Ks. Tadeusz Błoński (1933-1990), salwatorianin, SDS (Societas Divini Salvatoris) z polskiej prowincji zgromadzenia zakonnego Towarzystwa Boskiego Zbawiciela, założonego w Rzymie w 1881 roku przez Sługę Bożego ojca Franciszka Marię od Krzyża, kapelan kościoła garnizonowego pod wezwaniem Św. Apostołów Piotra i Pawła w Gdańsku Wrzeszczu, przeniesiony do kościoła garnizonowego Św. Barbary w Inowrocławiu, gdzie zmarł.  

Download PDF
Powrót Drukuj stronę