Żeby nie było jak było

Trudno nie zgodzić się z premierem Mateuszem Morawieckim, który na spotkaniu w Gdańsku raz jeszcze podkreślił, że zadaniem rządzącej ekipy jest ominięcie kilku poważnych pułapek. Śmiem twierdzić, że w niektóre już wpadliśmy. W demograficznej tkwimy po uszy i miną zapewne lata, gdy program „500+” zacznie przynosić wymierne efekty. Pułapka tzw. średniego rozwoju to nic innego, jak program poprzedniej ekipy – reklamowanie konkurencyjności Polski jako rynku taniej siły roboczej, gdzie – owszem – można budować montownie różnego typu sprzętów, ale już nie instytucje badawczo-projektowe. Jeżeli dwie trzecie polskiego eksportu tworzą firmy zagraniczne produkujące w Polsce, to łatwo sobie wyobrazić, że przy rosnących płacach prędzej czy później zaczną się rozglądać za delokalizacją swojej produkcji w krajach, gdzie płace są niższe. Tak samo jak przekonanie elit politycznych, że niewidzialna ręka rynku ureguluje nam gospodarkę, a więc według niej (tej ręki) należy zatrudniać na śmieciówkach setki tysięcy, no bo przecież się opłaca. Tym bardziej że często owa niewidzialna ręka okazywała się widzialną i całkiem realną ręką gospodarczych lobbystów buszujących na politycznych salonach. Słabość państwa to kolejna trapiąca od lat Polskę przypadłość – zapewne wskutek zarówno patologicznej ideologii „taniego państwa”, jak i różnego typu towarzystwa, które na takim „tanim państwie” świetnie egzystowało. Nie od dziś wiadomo, że słabe państwo jest najczęściej opresyjne wobec obywateli i potulne wobec silnych korporacji. Wzmocnienie państwa to jedna z recept nie tylko Morawieckiego, ale całego środowiska, które przejęło władzę. Ma zapewnić uszczelnienie systemu podatkowego i wyrównanie sił. Według ostatnich danych w pierwszym kwartale o 1,7 mld zł w stosunku do pierwszego kwartału roku ubiegłego wzrosły wpływy z VAT, a podatek bankowy przynosi ok. 400 mln miesięcznie. Receptą ma być także reindustrializacja – czyli odbudowa przemysłu, przede wszystkim takiego, który daje dużą wartość dodaną, a więc na którym można po prostu więcej zarobić. Mówiąc obrazowo, wyeksportowanie kilograma towaru w postaci kadłuba statku daje wielokrotnie mniejszy zysk niż wyeksportowanie kilograma statku w pełni wyposażonego i „gotowego do drogi”. Taki rodzimy i wysokospecjalistyczny przemysł zapewniłby nie tylko wyższy zwrot z kapitału, ale także bezpieczną pracę. Trochę zabrakło w wystąpieniu premiera piątego filara jego programu, czyli polityki społecznej. Wprawdzie rozpoczął od słynnego hasła „nie ma wolności bez solidarności” i opowiedział się za zarządzaniem partycypacyjnym, opartym na dialogu, ale nic poza tym. Już niedługo zapewne przekonamy się, na ile te zamierzenia będą realizowane. Wszak oceniać przyjdzie po efektach, a nie zamiarach…

A te efekty zależą od wielu czynników. Niestety, także od „totalnej opozycji”, która już otwartym tekstem wyznaje doktrynę „im gorzej, tym lepiej”. Im gorzej, tym może więcej przyjdzie na kolejne „ulicznice”, by w ten sposób podważyć wyborczy werdykt i odzyskać władzę. Po prostu – „by było jak było”.

I na koniec oddajmy głos Temu, którego wśród nas od paru dni nie ma, Księdzu Arcybiskupowi Tadeuszowi Gocłowskiemu, który na 25-lecie „Solidarności” mówił: „Solidarność to walka o człowieka, o jego godność. (…) Trzeba stale nad dobrem czuwać, broniąc ludzkiej godności, prawa do godnej pracy i wreszcie – stać na straży wielkich idei „Solidarności”, nade wszystko przez swój własny przykład wierności tym wartościom”. Ksiądz Arcybiskup żył w trudnych czasach przełomu, był przez lata pierwszym Duszpasterzem Ludzi Pracy i de facto także Duszpasterzem „Solidarności”. Niezależnie od kolejnych lat w mojej pamięci pozostanie jako ten, który na czele pielgrzymki NSZZ „Solidarność” do Ojca Świętego w roku 1995 koncelebrował jako jeden z nielicznych mszę świętą w bazylice św. Piotra wraz z księdzem prałatem Henrykiem Jankowskim.

Jacek Rybicki

Download PDF
Powrót Drukuj stronę