Im gorzej, tym lepiej

Ostatnio przeczytałem krytyczną opinię jednego z przedsiębiorców o tzw. planie Morawieckiego. Ów przedsiębiorca stwierdził, że tak naprawdę oczekuje, że państwo da mu święty spokój, a jedyne, co mu przeszkadza w prowadzeniu biznesu, to wysokie koszty pracy. Niestety, obawiam się, że znaczna część przedsiębiorców pod tym stwierdzeniem by się podpisała. I nic to, że wszystkie dane wskazują, iż polskie koszty pracy są jednymi z najniższych w Europie. Łącznie godzina pracy w Polsce kosztuje niewiele ponad 8 euro, a krajach rozwiniętych – nawet ponad 40. Jeżeli do tego dodamy dramatycznie niskie transfery socjalne i – przynajmniej do niedawna – znikomą pomoc dla rodzin, to uzyskamy rzeczywistą, a nie retuszowaną na zielono, sytuację przeciętnego polskiego pracownika.

Niewielu jest, niestety, takich przedsiębiorców, jak szef Holdingu Remontowa Piotr Soyka, który na każdym kroku podkreśla, że najważniejsi są ludzie, dobrze przygotowani do wykonywanej pracy. To oni tworzą rzeczywistą konkurencyjność firmy na rynku i tak naprawdę współdecydują o potencjalnym zysku. I w nich trzeba inwestować. Mówi zresztą o tym również wicepremier Morawiecki.

Budując konkurencyjność na niskich kosztach pracy, skazujemy się na żółwi rozwój, czyli tzw. pułapkę średniego wzrostu. W jej wyniku, owszem, będziemy się rozwijali, ale nigdy nie dogonimy krajów położonych w Europie na zachód i północ od nas. Powoli truizmem staje się też stwierdzenie, że kołem zamachowym gospodarki jest też zwyczajny popyt. Wiedział o tym już Henry Ford, znany również z niechlubnych decyzji, który wywindował godzinową stawkę wśród pracowników do najwyższej w Stanach i następnie stworzył im preferencyjne możliwości zakupu produkowanych samochodów. Wkrótce ford sprzedawał się jak świeże bułeczki, a sam właściciel stał się jednym z bogatszych ludzi w kraju. W miarę skutecznie powtórzyli to Niemcy, tworząc volkswagena, a więc w wolnym tłumaczeniu samochód dla ludu. Natomiast nie do końca udało się to za komuny – „Maluch” wprawdzie był mały, ale nie tani. Załapali się po prostu ci, którzy byli blisko władzy i dostali talon.

Odchodząc od wątków motoryzacyjnych, nie sposób ominąć manifestujących kodowców, którym przy pomocy mediów udało się niewątpliwie przebić do opinii publicznej. Zastanawiam się wprawdzie, ile osób wzięłoby udział w proteście przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego organizowanym ongiś przez „Solidarność”, gdyby bez przerwy przez miesiące wzywały do tego główne gazety czy stacje telewizyjne? W przeciwieństwie do tamtych protestów, te mają podłoże czysto polityczne – są protestami osób, które na PiS nie głosowały, ba, nie mogą pogodzić się z wyborczym werdyktem. Oczywiście, mają do tego prawo, ale warto na niemal schizofreniczne akcenty zwracać uwagę. Jak bowiem inaczej nazwać, że ci, którzy mowie nienawiści jakoby się sprzeciwiają, używają jej w dwójnasób? Jak wytłumaczyć, że ci, którzy jakoby bronią państwa prawa, mają go za nic wtedy, gdy używają bez zgody cudze utwory, czy znak „Solidarności”? Czy wreszcie wmawiają społeczeństwu absurdy, że za „kiszczakową szafą” stał Jarosław Kaczyński? Zastanawiam się, czy są gdzieś granice tego absurdu, ale dochodzę do wniosku, że dla organizatorów ważna jest zasada, że im gorzej, tym lepiej, im gorsza będzie o Polsce opinia, tym lepiej, im głębsze będą podziały między Polakami, tym lepiej. Groźna to konstatacja, ale cóż, mamy wszak demokrację.

Jacek Rybicki

Download PDF
Powrót Drukuj stronę