Problemy oświaty – wywiad z przewodniczącym Ryszardem Proksą

90 tys. etatów nauczycielskich schowanych w godzinach nadliczbowych

- Nigdzie nie mówi się o tym, że w godzinach nadliczbowych jest ukryte aż 90 tys. etatów nauczycielskich – mówi Ryszard Proksa, przewodniczący Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”.

Burza wokół reform w oświacie trwa od dłuższego czasu. Dlaczego trudne jest porozumienie na linii rząd – samorząd – nauczyciel?

Ryszard Proksa, przewodniczący Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ ”Solidarność”: Państwo z roku na rok zmniejsza nakłady finansowe na oświatę i proszę tu nie ulegać podawanym przez rząd nominalnym cyfrom, które pokazują, że rosną one o pół, a nawet o milion złotych, bo tak naprawdę jesteśmy jedynym państwem w Europie, które, biorąc pod uwagę PKB, przeznacza najmniej środków na oświatę.

Zwracam uwagę, że średnia europejska to 4,8 proc. PKB. Polska poinformowała, że daje 5,6 proc., co zresztą wywołało wielkie zdziwienie i zarazem gratulacje dla Polski. A tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna, gdyż wystarczy przeanalizować budżet państwa i przekonać się, że to zaledwie 2,52 proc. PKB, resztę pieniędzy – około 30 proc. dopłacają samorządy i rodzice. Możemy zatem mówić o zaprzestaniu finansowania i rozwoju oświaty przez państwo.

Druga bolączka to kwestia tzw. korporacji samorządowych. Są to reprezentacje czysto polityczne, które dostały pozwolenie od rządzących na to, by mogły pokazać, jak są sprawne i jak będą walczyć o finanse samorządowe i stąd ich „piękna twórczość” oparta na zasadzie – co się wam uda zaoszczędzić, będzie wasze.

Następna sprawa to kryzys. Wreszcie okazało się, ze nie jesteśmy zieloną wyspą, a kreatywna ekonomia ministra Rostowskiego spowodowała, że samorządy zostały ograbione przez rząd z pieniędzy, dostając jednocześnie bardzo dużo nowych zadań. I o to właściwie związki mają największą pretensję do samorządów.

To znaczy?

- Konstytucja polska i ustawa o samorządzie stwierdza jednoznacznie, że rząd, nakładając nowe obowiązki na samorząd, musi wskazać środki na realizację tego zadania. Tak naprawdę pomimo rosnącej z roku na rok liczby zadań, korporacje samorządowe nigdy nie wystąpiły w Sejmie podczas dyskusji nad budżetem dotyczącym edukacji z jakąkolwiek uwagą odnośnie tego, że na zadania związane z edukacją jest po prostu za mało pieniędzy.

Dlatego też zrobiła się dziura finansowa w budżetach, a cała energia samorządów, zresztą pod nadzorem Ministerstwa Edukacji Narodowej, została skierowana na pensje nauczycielskie. I w tym miejscu właśnie ujawnia się kolejny konflikt między związkami a samorządami.

Jaki konflikt?

- Samorządowcy świadomie zamazują różnice między tym, na co dostają subwencję, a tym, na co ją wydają. Chodzi zwłaszcza o przedszkola, które są i zawsze były zadaniem własnym samorządów. Tymczasem wszędzie wykazują je w subwencji i dowodzą, że to, co im się przyznaje na ten cel, w ogóle nie wystarcza.

Takie rozdrobnienie i samowola samorządów powodują, że nagle w Polsce mamy trzy tysiące parę polityk oświatowych – bo co samorząd, to inna polityka, a standard oświatowy zależy wyłącznie od zamożności samorządów. I to jest pierwszy największy grzech rządu, że zaniechał finansowania oświaty, a drugi samorządu, który chętnie uwłaszczył się na oświacie i nagle zauważył, że został pozostawiony z nią bez pieniędzy.

Jakie w takim razie rozwiązanie wspomnianych problemów proponuje Sekcja Krajowa Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”?

- Po pierwsze to samorządy nie chcą z nami rozmawiać i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Jeśli nawet dochodziło do tzw. spotkań trójstronnych na płaszczyźnie ministerstwo – samorządy – związek zawodowy, to nigdy nie umotywowano nam żadnego przedstawionego przez samorząd postulatu. Wszystko opierało się na zasadzie nie, bo nie.

Tak działo się chociażby w momencie, gdy chcieliśmy pokazać, że Karta nauczyciela już dawno wiele ze zgłaszanych postulatów uregulowała, trzeba tylko z tego prawa właściwie korzystać. Kolejnym problemem jest to, że samorządy dostały przyzwolenie szukania pieniędzy tylko w pensjach nauczycielskich, gdyż wiadomo, że na całym świecie wydatki w oświacie to w 80 proc. płace. Wynika z tego, że próbuje się za wszelką cenę okroić tzw. przywileje nauczycielskie, które w Polsce są jednymi z najgorszych w Europie.

W jakim sensie najgorsze?

- W Polsce rok szkolny jest jednym z najdłuższych w Europie. Polski nauczyciel ma jeden z najkrótszych urlopów, jest najbardziej zapracowanym nauczycielem w Europie – 46,6 godz. tygodniowo i jest jednym z najlepiej wykształconych, ale też najgorzej opłacanym nauczycielem w UE.

Jeżeli czas pracy 18 godzin przy tablicy albo wakacje uważa się za przywilej, to jest to po prostu jedno wielkie nieporozumienie. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że takie myślenie jest wynikiem stałego dezinformacyjnego działania rządu, które ma doprowadzić do tego, by społeczeństwo zrozumiało, że nauczyciele to nieroby i aby negatywne zmiany w polskiej edukacji zyskały społeczną akceptację.

Niestety jest to typowa czarna propaganda i bez skrupułów można powiedzieć, że w Polsce mamy ministerstwo edukacji zwalczające jakość nauczania. Okazuje się bowiem, że resort jest zainteresowany tylko zmniejszeniem wydatków na oświatę.

A co z kwestią czasu pracy nauczycieli. Z badania przeprowadzonego dla MEN przez Instytut Badań Edukacyjnych wynika, że nauczyciele różnych przedmiotów pracują różnie, co zatem z pensum?

- Wreszcie został zrealizowany nasz postulat, żeby naukowo zbadać czas pracy nauczycieli w Polsce. Wykazano, że czas pracy nauczycieli wynosi średnio 46,6 godz. tygodniowo – nie policzono przerw międzylekcyjnych do czasu pracy, co całkowicie obala postulaty MEN i korporacji samorządowych dotyczących zmiany Karty nauczyciela. I chociaż nikt oficjalnie nie podważa wyników tego badania, nadal kontynuuje się pracę nad zmianą jej zmianą.

Jeśli chodzi o statystyki zwalnianych nauczycieli i pracowników oświaty, to nie należy brać pod uwagę tego, co przekazuje MEN. W tych statystykach nie podaje się w ogóle tych, którzy tracą pracę w związku z tym, że są zatrudnieniem na podstawie umowy na czas określony. Dlatego uważamy, że liczba zwolnień w edukacji jest o wiele większa od podawanej przez MEN.

Kolejne negatywne zjawisko dotyczy tego, że według naszych danych co trzeci nauczyciel w Polsce pracuje na niepełnym etacie.

W takiej sytuacji nie może być mowy o wysokiej jakości kształcenia, bo co to jest za szkoła, w której nauczyciel pracuje na godziny. Wtedy nie ma mowy o żadnej pracy wychowawczej, gdyż taki nauczyciel dla uzyskania odpowiedniej liczby godzin biega z jednej szkoły do drugiej.

I tutaj dochodzimy powoli do tematu tzw. godzin nadliczbowych. Nigdzie nie mówi się o tym, że właśnie w godzinach nadliczbowych jest ukryte aż 90 tys. etatów nauczycielskich. Wystarczyłoby zatem siąść i porozmawiać, jak to zrobić, żeby nie było tzw. kominów w godzinach nadliczbowych i zwolnień, jak poprawić jakość nauczania i nie udusić przy tym finansowo samorządów.

Dlaczego więc takie rozmowy nie dochodzą do skutku?

Z prostej przyczyny. To, co dzieje się w tej chwili w oświacie, to finansowe błędne koło. Wszystko zaczyna się sprowadzać do dawania samorządom kompetencji zamiast pieniędzy, żeby nie protestowały, ale też odsuwania problemów w czasie.

Nie ma woli politycznej do konkretnego działania ze strony rządu, ale także ze strony korporacji samorządowych, które są wybitnie polityczną strukturą i na pewno nie są reprezentatywne w stosunku do większości samorządów.

Weronika Kocela

http://www.portalsamorzadowy.pl/edukacja/90-tys-etatow-nauczycielskich-schowanych-w-godzinach-nadliczbowych,51148.html

Problemy oświaty. Pobierz PDF:…>>

Download PDF
Powrót Drukuj stronę