Wypowiedzi: strajki 1988 roku na Wybrzeżu

1.  Rafał Potrzebowski – UG
2.  Edward Szwajkiewicz – SG
3.  Klaudiusz Wesołek – UG, pomoc dla SG
4.  Andrzej Szulc – pomoc dla strajkujących
5.  Sławomir Lejk – UG
6.  Grzegorz Drzycimski – UG
7.  Katarzyna Korzeniewska – UG
8.  Waldemar Głąb – GSR
9.  Jarosław Lewandowski – GSR


Ankieta – dla uczestników strajków z 1988 roku na Wybrzeżu (oraz osób wspierających)

Zarząd Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” przygotowuje się do wydania publikacji – wraz z innymi instytucjami i partnerami społecznymi – poświęconej głównie strajkom z 1988 roku na Wybrzeżu. Jej podstawą mają być wypowiedzi aktywnych uczestników tamtych wydarzeń. Książka ta – oprócz celów poznawczych, dokumentacyjnych – za ważne uznaje oddanie należnego szacunku, podziękowań, dowodu pamięci uczestnikom wydarzeń, które były ważnym krokiem do Wolnej Polski.

W związku z tym przygotowaliśmy zestaw pytań (ankietę), w której nie ograniczamy objętości wypowiedzi. Opracowanie należy przesłać na adres: Zarząd Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”, 80-852 Gdańsk, ul. Wały Piastowskie 24 (pok. 119), najlepiej także w wersji elektronicznej: oswiata@www.solidarnosc.gda.pl.
 
Chcielibyśmy, gdyby okazało się to czasowo możliwe, wydać publikację w 2009 roku, dlatego prosimy o nadesłanie odpowiedzi najlepiej przed końcem października 2008 roku.

Wojciech Książek
(Prezydium Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”)


Wypowiedzi powinny koncentrować się wokół takich pytań, jak:

1.  Jakiego czasu dotyczy Pana/Pani wypowiedź?
2.  Jaki był Pana/Pani udział w przygotowaniu i przeprowadzeniu strajków-protestów w 1988 roku (ew. funkcje i zadania w komitetach strajkowych)?
3.  Jakie fakty Pan/Pani pamięta z tamtego czasu (przygotowania, organizacja, realizowane przez siebie zadania, ciekawe zdarzenia)?
4.  Które z osób współpracujących w trakcie strajku chciałby Pan/Pani wyróżnić najbardziej i dlaczego?
5.  Proszę ocenić z dzisiejszej perspektywy tamte działania i ich skutki (czy nie żałuje Pan/Pani tamtego działania)?
6.  Ewentualne uwagi inne (także zapamiętane anegdoty, ciekawostki).

Prosimy podać także:
a.  Dane korespondencyjne: imię i nazwisko, adres, telefon kontaktowy, e-mail
b.  Ewentualne dodatkowe informacje, czy posiada się pamiątki ze strajków (zdjęcia, dokumenty, eksponaty), które mogłyby być wykorzystane w publikacji lub wystawie (oczywiście gwarantując zwrot).

 


Rafał Potrzebowski – UG

1.  Jakiego czasu dotyczy Pana/Pani wypowiedź?
Maj 1988 rok
 
2.  Jaki był Pana/Pani udział w przygotowaniu i przeprowadzeniu strajków-protestów w 1988 roku (ew. funkcje i zadania w komitetach strajkowych)?
Szeregowy uczestnik strajku, jedynie co robiłem, to razem z Agnieszką Pionke pomagaliśmy ojcu Stanisławowi Tasiemskiemu przy Mszy św. (śpiew, gitara) wieczorami 4 maja i 5 maja; w tym okresie byłem związany z dominikańską Górką (Duszpasterstwo Akademickie przy kościele św. Mikołaja)

 

3.  Jakie fakty Pan/Pani pamięta z tamtego czasu (przygotowania, organizacja, realizowane przez siebie zadania, ciekawe zdarzenia)?
Pamiętam happening 8 marca 1988 r. przed budynkiem Humanistyki, w tym bardzo głupie niestety zachowanie ówczesnego Rektora prof. Jackowiaka. Przyjechał, zaczął moralizować, grozić „dlaczego bez jego zgody”, ludzie wprost zapytali „po co przyjechał”, w końcu posypały się gwizdy i Rektor odjechał. Aż przykro – nie byłem fanem prof. Jackowiaka (zresztą wówczas po raz pierwszy go zobaczyłem; i nie chciałbym źle mówić o osobie już nieżyjącej), ale wydał wówczas mi się osobą, która na swoje stanowisko została wybrana przypadkowo – jako figurant.
Na pewno ważnym wydarzeniem poprzedzającym znacznie strajk były obozy adaptacyjne dla osób, które w 1987 r. dostały się na UG, zorganizowane latem 1988 r. przy udziale ludzi związanych z „Solidarnością”, kaszubską „Pomeranią” i Kościołem (duszp. akademickie). Według naszych obliczeń większość uczestników (czyli kilkadziesiąt osób) tych obozów wzięła udział w majowym strajku (będąc wówczas na pierwszym roku). Organizacja – trudno mi oceniać, bo nie miałem doświadczeń z innych podobnych akcji. Myślę, że jak na nasze przysłowiowe „polskie bałaganiarstwo” wszystko było stosunkowo dobrze zorganizowane – zarówno aprowizacja, porządek wewnątrz budynku Humanistyki, kultura osobista uczestników strajku (nie licząc zachowania niektórych osób na wiecach w głównej auli budynku – choć tu brak kultury był raczej marginesem). 
Co ciekawego pamiętam. Dla mnie wówczas wszystko było ciekawe, wiece (taka prawdziwa demokracja, choć już wówczas widać było „politykierów”, ludzi, którzy wg znajomego dominikanina pasowali mentalnością zarówno do NZS-u, jak i do ZSMP, ZSP-u).
I strach: „wejdą czy nie wejdą” (ZOMO), duży entuzjazm – szczególnie na początku strajku, jak wydawało nam się (po informacji o podjęciu strajku) przez politechnikę, że wszystko idzie pięknie, że „zwyciężymy”, smak „zejścia na ziemię” – rankiem 5 maja (w czwartek), po wiadomości o rozbiciu Nowej Huty, upadku stoczni (jak się okazało błędnej) i strajku na PG.  Ogólnie pamiętam bardzo miłych, fajnych ludzi, część ich znałem wcześniej, część wówczas (dotyczy to zarówno tych z obozów adaptacyjnych, jak i z mojego roku studiów). Zapamiętałem „wielkich” profesorów – Moszyńskiego, z humorystycznym opowiadaniem („o dawnych czasach”, gdy był jeszcze asystentem, przy herbatce nocą z 5 na 6 maja), byłego rektora prof. Głębockiego oraz wspierających obozów adaptacyjnych (wspomnianych wyżej), a dzisiejszych profesorów – doc. Jana Majewskiego i dr. Tadeusza Stegnera (historyka, który jako wykładowca umiał łączyć wymagania wobec studentów z dużą kulturą
i poczuciem humoru) i oczywiście ojca Stanisława Tasiemskiego (z „Górki” dominikańskiej), który, choć bez żadnych słów, miał wpływ na moją decyzję o pójściu na strajk.

 

4.  Które z osób współpracujących w trakcie strajku chciałby Pan/Pani wyróżnić najbardziej i dlaczego?
Trudno powiedzieć

5.  Proszę ocenić z dzisiejszej perspektywy tamte działania i ich skutki (czy nie żałuje Pan/Pani tamtego działania)?
Przyznam, że nie bez obaw pojechałem rano 4 maja na strajk; rok wcześniej dostałem się na studia (za drugim podejściem).
Trochę szkoda, że strajk na UG zakończył się jednak bez większego wymiernego sukcesu; można tylko zapytać, czy dalsze kontynuowanie strajku po piątku, 6 maja, przy tak znikomym poparciu ze strony studentów i wykładowców (w strajku na UG uczestniczyło ok. 10 procent studentów „dziennych”, a mówienie o poważniejszym poparciu „duchowym” ze strony pozostałych to trochę mitologia) i upadku strajku na politechnice rano 5 maja, miało większy sens. Trudno powiedzieć.
Tym, co bezpośrednio po strajku odczułem pozytywnie, to dużo lepsza atmosfera, jaka zapanowała na uczelni (na Humanistyce), oprócz tego, że można było spokojnie nabywać wydawnictwa podziemne, ogólnie jakby zrobiło się mniej duszno, wpłynęło jakby więcej powietrza. Ludzie, którzy byli zaledwie te kilka dni na strajku, stali się wobec siebie bardziej mili (i to utkwiło mi dobrze w pamięci, podobnie odbierały to inne bliskie mi osoby, w tym duchu też relacjonowałem kiedyś o. Stanisławowi). Z wieloma znajomymi ze strajku przez następne lata studiów utrzymywałem całkiem bliski kontakt; sądząc po nazwiskach występujących na liście (na stronie Regionu Gd. NSZZ „Solidarność”) część uczestników naszego strajku później się ze sobą pobrała – założyli rodziny.

 

6.  Ewentualne uwagi inne (także zapamiętane anegdoty, ciekawostki).
Przysłuchiwanie się opowieściom prof. Leszka Moszyńskiego, w ostatnią noc strajkową z 5 na 6 maja (o profesorze Moszyńskim na stronie RG „Solidarność” pisała Małgorzata Kuźma), pijąc herbatę w mocno wysłużonych kubkach czy nawet słoikach

 


Edward Szwajkiewicz – Stocznia Gdańska
Wracając pamięcią do okresu poprzedzającego dni strajków w maju i sierpniu 1988 roku należałoby przypomnieć panującą wówczas atmosferę i sytuację zarówno w kraju, jak i w stoczni. Dla uświadomienia faktów posłużę się metaforą oddającą realia lat 80. Dekada lat 70. była okresem „siewu”. Władza PRL-u działaniem represyjnym powodowała, że w wielu ośrodkach w kraju zaczęły tworzyć się różne organizacje kontestujące sposób sprawowania władzy i krytykujące panujący wówczas system. Lata 1980/81 były czasem, w którym „ziarno” lat 70. wydało obfity plon. Niestety, przedwczesne żniwa 13 grudnia 1981 roku nie pozwoliły dojrzeć młodej demokracji. Kilkuletnie „młócenie” spowodowało zniszczenie i zmarnotrawienie pierwszych sukcesów i osiągnięć „Solidarności”. Na szczęście dla nas, dla ówczesnej władzy, po skończonym młóceniu zostały tylko plewy. Nowe „ziarno”, któremu udało się uniknąć zniszczenia, zaczęło kiełkować na nowo w miejscach, z których wcześniej było wyrwane. Tą metaforą chcę pokazać, że w roku 1988 w „Solidarności” odezwał się głos ludzi, którzy z pełną świadomością konsekwencji i zagrożeń podjęli walkę o odzyskanie swojej godności. Godności, którą gwarantowała nam „Solidarność”. Obydwa strajki w roku 1988 dość dobrze są udokumentowane, dlatego też nie będę ich tu opisywał. Chciałbym skupić się na przedstawieniu kilku faktów i zdarzeń z tamtego okresu.
W obydwu strajkach byłem członkiem komitetów strajkowych. Ponosiłem więc odpowiedzialność za organizację i prowadzenie akcji strajkowych. Pomimo niewielkiego udziału pracowników stoczni w strajku w maju, nie opuszczało mnie przekonanie o słuszności podjętej walki. Niewątpliwie wpływ na taką postawę miała obecność Lecha Wałęsy na terenie stoczni. Niemniej decyzję o rozpoczęciu strajku w sierpniu 1988 r. podjęliśmy mając w pamięci „samotność” strajku majowego i ryzyko konfrontacji z ówczesną władzą. Pomimo przygotowania się do zorganizowania strajku, jego rozpoczęcie nie było łatwe. Zarząd stoczni także przygotował się do mającej nastąpić konfrontacji. Pierwszą rzeczą, którą należało zrobić, to nakłonić pracowników do niepodejmowania pracy i zgromadzenie się przy bramie nr 2. Moim zadaniem było zorganizowanie pracowników wydziału W-3, którego byłem pracownikiem. O godzinie 6 obszedłem większość brygad, informując stoczniowców o rozpoczęciu strajku i zbiórce pod bramą nr 2. Na wydziale pracowało wówczas ponad 400 pracowników. Na udział w strajku zdecydowało się kilkanaście osób. Podobnie było na innych wydziałach. W sumie na kilkunastotysięczną załogę stoczni udało nam się zebrać kilkuset ludzi. Drugim „krokiem organizacyjnym” było przejęcie stołówki i opanowanie bram. Mimo przygotowania się dyrekcji stoczni i zwiększenia liczby strażników na bramach, udało się przejąć kontrolę i zająć stołówkę. Po pierwszych sukcesach przystąpiliśmy do organizacji przebiegu samego strajku na terenie stoczni. Dokonaliśmy podział zadań pomiędzy członków komitetu strajkowego.
Patrząc na to z perspektywy czasu i tego, co się udało osiągnąć, był to niewątpliwie sukces. Jeżeli dzisiaj ktoś mówi, że należało strajkować dłużej i nie iść na żadne kompromisy z władzą, to pytam się, gdzie byłeś wtedy – w maju i sierpniu 1988 roku? Ile dni i nocy spędziłeś z nami w czasie strajku? W pewnym momencie prowadzonego strajku należy zastanowić się po analizie sytuacji co dalej. Czy trwanie dalej „na pozycjach” ma sens? Czy zakończenie w danym momencie okaże się dobrym posunięciem? To był dylemat, który wymagał od komitetu strajkowego podjęcia decyzji. Wiem, że nie wszyscy strajkujący chcieli przerwać strajk. Pamiętam atmosferę „tamtej nocy”, kiedy musieliśmy tłumaczyć, dlaczego należało zakończyć. Nie było łatwo. Wychodziliśmy ze stoczni z poczuciem niewygranej i z obawą, co będzie jutro. Przemarsz ze stoczni do kościoła św. Brygidy przekonał nas, że „jutro będzie nasze”.
Przeprowadzone strajki były próbą odzyskania „Solidarności”. Zanim do nich doszło, wcześniej podjęto działania na drodze prawnej. W kwietniu 1988 r. został złożony wniosek do sądu o zarejestrowanie NSZZ „Solidarność” Pracowników Stoczni Gdańskiej. W lipcu wraz z kilkoma kolegami (członkami Komitetu Organizacyjnego) i mecenasem Jackiem Taylorem pojechaliśmy do Warszawy na rozprawę rejestracyjną. Niestety, sąd oddalił wniosek, nie rejestrując związku. Niemniej to pozwoliło nam na otwarte działanie w Stoczni Gdańskiej. Dopóki sprawa była rozpatrywana przez sąd, dopóty nic nam nie groziło. Łatwiej też było przekonywać stoczniowców do poparcia naszych działań.
Po strajku sierpniowym powołany został Międzyzakładowy Komitet Organizacyjny NSZZ „Solidarność” (MKO), wokół którego zaczęliśmy tworzyć nowe struktury organizacyjne „Solidarności” w innych zakładach pracy. Biuro MKO mieściło się na terenie plebanii kościoła św. Brygidy. Tam też odbywały się wszystkie spotkania związkowe. Rozbudowujący się MKO NSZZ „Solidarność” stworzył strukturę równoległą do istniejącej Regionalnej Komisji Koordynacyjnej NSZZ „Solidarność”. MKO pod przewodnictwem Jacka Merkla skupiał nowo powstałe komitety organizacyjne NSZZ „Solidarność” w zakładach regionu gdańskiego. Celem MKO było zalegalizowanie działań związku. Starły się wówczas dwie koncepcje reaktywacji. Jedna (MKO), mówiąca o zarejestrowaniu NSZZ „Solidarność” w nowej formule, ale z istniejącym statutem. Druga (RKK), to wymuszenie na władzy przywrócenia do działalności zdelegalizowanego związku. Pierwsza koncepcja zakładała budowę nowych struktur i złożenie wniosku o rejestrację. Druga – podejmowanie bardziej radykalnych działań (strajki, manifestacje) aż do skutku.
Świadomość siły, jaką dysponowaliśmy w roku 1988, nie dawała złudzeń, że można na drodze konfrontacji odzyskać „Solidarność”. Z 10 milionów członków związku z 1981 r., udało się zorganizować ok. 2 milionów. Wielu działaczy szczebla krajowego i regionalnego nie powróciło do organizacji. Należało szukać nowych liderów i od nowa tworzyć więzi między zakładami. W regionie gdańskim RKK nie tworzyła struktur. To MKO organizował zebrania organizacyjne. Mimo pozornej dwuwładzy, większość z nas uważała, że związek powinien być reprezentowany przez statutowe organy władzy. Jesienią 1988 r. podjęto rozmowy pomiędzy kierownictwem MKO a kierownictwem RKK. Ze strony MKO udział brali: Jacek Merkel, Edward Szwajkiewicz, Bogusław Gołąb, ze strony RKK: Bogdan Lis, Krzysztof Dowgiałło, Bogdan Borusewicz i Lech Kaczyński. W trakcie kilku spotkań wypracowano formułę połączenia obu „ciał” w Tymczasowy Zarząd Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”. Skład TZR-u uwzględniał parytety istniejącego układu „sił”. Od roku 1989 TZR formalnie reprezentował związek w regionie przejmując kompetencje MKO. 16 stycznia 1989 roku powołano Tymczasowy Zarząd Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” w składzie: Lech Wałęsa – przewodniczący, Bogdan Borusewicz, Krzysztof Dowgiałło, Lech Kaczyński, Bogdan Lis, Maciej Łopiński, Jacek Merkel, Edward Szwajkiewicz, Bogusław Gołąb, Jan Hałas. W późniejszym okresie był on rozszerzany o przedstawicieli innych zakładów pracy.
Ujednolicenie ośrodka decyzyjnego w regionie nie zniwelowało różnicy zdań co do sposobu dochodzenia do legalizacji działalności „Solidarności”. Ostatecznie wygrała koncepcja budowy nowych organizacji zakładowych i przygotowanie związku w regionie do przeprowadzenia wyborów nowych władz statutowych.
Kolejne lata pokazały, że podjęta wówczas decyzja była słuszna. Mniejsza liczba członków związku (w szczytowym okresie ok. 2,5 miliona) nie wynikała ze sposobu reaktywacji NSZZ „Solidarność”, tylko ze skutków represyjnej i destrukcyjnej działalności władzy w latach 80. „Solidarność” od 1989 roku była tą samą „Solidarnością”, ale nie taką samą. Była inna, bo inni ludzie podjęli jej sztandar. Inni, ale obecni w niej od początku jej powstania w 1980 r.
I choć, jak to w życiu bywa, gdy nic dwa razy tak samo się nie powtarza, to gdyby trzeba było wybrałbym tę samą drogę raz jeszcze.
Pisząc to wszystko mam świadomość dużej ogólności sformułowań i myśli. Nie sposób w krótkim tekście zawrzeć szczegółów i dokonać wnikliwej analizy. Tutaj chciałem tylko zwrócić uwagę na wielowątkowość zdarzeń, problemów i sytuacji roku 1988. To, o czym piszę, ma swoje potwierdzenie w licznych dokumentach i wydawnictwach tamtego okresu.

 


Klaudiusz Wesołek


1. 2.05.1988 – 1.09.1988

 

2. Zainicjowanie wspólnie z Andrzejem Szulcem, Krzysztofem Galińskim i jeszcze jedną osobą z Ruchu WiP (do ustalenia!!!) i za zgodą Henryka Jankowskiego, Grup Pomocy Strajkowej w kościele św. Brygidy. Wspomaganie strajków stoczniowych w maju i sierpniu. Udział w strajku studenckim na UG w maju 1988.

 

3. Ciekawe zdarzenia:
 – dwukrotne zatrzymanie mnie na 48 godzin (przez ZOMO i SB)
 – nagłe zniknięcie Michnika w przedostatni dzień strajku
 
4. Jana Staneckiego – w zasadzie to on zorganizował strajk w SG w maju 1988, a w sierpniu w stoczni „Radunia” nie wiem dlaczego nie wszedł do komitetu strajkowego. Dziś jakby zupełnie zapomniany.
 

Andrzej Szulc – „Solidarność”, WiP

 

Moja droga na strajk w Stoczni Gdańskiej.

Od początku stanu wojennego zajmowałem się różną działalnością opozycyjną – udział w demonstracjach, malowanie napisów, druk ulotek, kolportaż czasopism i książek niezależnych w pracy i wśród znajomych z różnych środowisk. Od marca 1983 do marca 1984 r. drukowałem i redagowałem miesięcznik „Zapis chwili”, razem z kilkoma osobami z Zakładów Mechaniki Precyzyjnej Magmor. 
Od czerwca 1983 r. jeździłem  do Warszawy po „Tygodnik Mazowsze” i inne czasopisma podziemne oraz książki drugiego obiegu. W Gdańsku kolportowałem prasę niezależną i książki „drugiego obiegu” na terenie Zakładów Mechaniki Precyzyjnej Magmor, Szpitala Wojewódzkiego w Gdańsku oraz w ZR Radmor w Gdyni. Część nakładu szła także do szkół średnich, na uczelnie i inne zakłady. Moje kontakty z opozycją zakończyły się aresztowaniem 2 marca 1984 r. w Warszawie przez Służbę Bezpieczeństwa.
Po pięciu miesiącach spędzonych w areszcie śledczym na ul. Kurkowej w Gdańsku, wyszedłem na wolność w lipcu 1984 r., po ogłoszeniu przez władze amnestii. Po wyjściu z aresztu organizowałem w kościele NMP Królowej Różańca tzw. (okrąglaku) – w ramach Duszpasterstwa Robotniczego – cykl wykładów dla robotników z historii i prawa pracy. Wykładowcami byli profesorowie z Uniwersytetu Gdańskiego i innych uczelni, m.in. wykłady z prawa pracy miał obecny prezydent RP Lech Kaczyński. Pod koniec kwietnia 1986 roku wpadłem w „kocioł” przygotowany przez SB w mieszkaniu Zofii Mechlińskiej i ponownie trafiłem na pięć miesięcy do aresztu, skąd wyszedłem pod koniec września po ogłoszeniu przez władze kolejnej amnestii dla więźniów politycznych. Na czas wizyty Jana Pawła II w Gdańsku znowu trafiłem na 48 godzin do aresztu. Krótko po tym nawiązałem kontakty z Ruchem WiP w Gdańsku i do połowy lat 90. angażowałem się w różne akcje WiP-u na terenie całej Polski.
Po otrzymaniu informacji o strajku w stoczni razem z Krzysztofem Galińskim i Klaudiuszem Wesołkiem udaliśmy się tam. Po rozmowach ze stoczniowcami okazało się, że nie przejęli oni ani radiowęzła, ani poligrafii, problem jest też z jedzeniem, wpadliśmy na pomysł, aby utworzyć jakiś punkt koordynacyjno-informacyjny, gdzie można by koordynować pomoc dla stoczni, uznaliśmy, że najlepszym takim miejscem będzie plebania przy kościele świętej Brygidy, której proboszcz od lat wspierał na różny sposób „Solidarność”. Po rozmowach z księdzem Henrykiem Jankowskim dostaliśmy do dyspozycji jedną z salek katechetycznych. Z czasem, gdy otoczono kordonem ZOMO stocznie, miejsce, które miało pełnić rolę głównie informacyjną, stało się zapleczem do działań w stoczni i centrum dystrybucji żywności i informacji o strajku. W czasie strajków zajmowałem się głównie koordynowaniem różnych działań kurierów, drukowaniem serwisów strajkowych przygotowywanych w salce na plebanii przy Brygidzie oraz ulotek Kilkakrotnie jeździłem również do strajkującego uniwersytetu z żywnością i serwisami strajkowymi. Choć nie uczestniczyłem bezpośrednio w strajku w stoczni, to udzielała nam się atmosfera strajkowa, stan zastraszania i oczekiwania na niewiadome, stan jak w oblężonym mieście, gdy nie wiadomo, jaki będzie koniec, a i ludzi strajkujących i wspierających strajk, nie było zbyt wielu. To nie był Sierpień 80, gdy całe miasto żyło strajkiem w stoczni i innych zakładach, tym razem miasto „żyło” własnym życiem, ludzie się bawili i pracowali, chodzili na zakupy, stali w kolejkach i tak niewielu interesowało się losem stoczni i stoczniowców, a nawet dawało się czasem odczuć przejawy wrogości do strajkujących. Gdy myślę o strajku majowym, to zawsze mam w pamięci wiersz Czesława Miłosza „Campo Di Fiori”, w którym pisze o śmierci na stosie Giordana Bruno i powstaniu w Getcie Warszawskim – obok nas dzieje się tragedia, a tłum, nie bacząc na okoliczności, bawi się i ucztuje. Strajk sierpniowy w 1988 roku już był całkiem inny.
Ze strajków majowego i sierpniowego  najbardziej zapamiętałem tych wszystkich młodszych i starszych kurierów, dzieci i młodzież ze szkół podstawowych i średnich, którzy jak mrówki kursowali miedzy szpalerami ZOMO na trasie Brygida – stocznia, którzy bardzo się zaangażowali w całą działalność wokółstrajkową, bez  tej  licznej grupy ‘gawroszy’ na pewno strajkującym byłoby trudniej trwać w swej walce o „Solidarność”. I chyba to, co najbardziej pamiętam z tamtego okresu, to młody wiek strajkujących i osób wspomagających, czy w stoczni, czy poza nią dominowali młodzi ludzie, uczniowie szkół średnich i studenci jako osoby wspierające i obok nich,  ich koledzy, młodzi stoczniowcy Wtedy też nawiązały ze sobą współpracę środowiska młodzieżowe typu WiP, FMW, NZS – wcześniejsze spory ideowe na chwilę poszły w kąt  –  najważniejsze było, aby wspólnie „dokopać” czerwonemu.
Gdy wspominam tamte lata, to nigdy nie żałuję, że wtedy i wcześniej się zaangażowałem w działalność opozycji, to dzięki tym strajkom odzyskaliśmy wolność – choć nikt się wtedy tego nie spodziewał tak szybko – to z tamtych czasów zostało mi wiele przyjaźni, które trwają do dziś. Tamte strajki także – przynajmniej wtedy – przyczyniły się do odrzucenia animozji pomiędzy „starą” solidarnością zwaną „ZBOWIDEM” a środowiskami młodzieżowymi typu WiP, FMW, NZS itp. Okazało się, że możemy wspólnie działać i, co też ważne, także wspólnie się bawić. Z perspektywy lat chciałoby się sparafrazować zdanie Winstona Churchilla o polskich lotnikach z bitwy o Anglię, że „tak niewielu udało się tak wiele”  – w walce o wolną Polskę.
Może z perspektywy lat ta nasza współczesna Polska nie jest całkiem z naszych marzeń, ale już nie boję się idąc ulicą policjanta, który sprawdzi zawartość plecaka, jadę gdzie chcę i kiedy chcę, czytam – lub nie, nie ma przymusu, – co chcę. Na pewno warto było być w tym gorącym 1988 roku razem ze stoczniowcami, bo tam wtedy była Polska.

 


Sławomir Lejk

Byłem aktywnym uczestnikiem strajku studenckiego na Wydziale Humanistycznym (oficjalna nazwa była inna) jako student drugiego roku historii w pierwszych dniach maja 1988 r. Nie byłem inicjatorem ani bezpośrednim organizatorem protestu, jednak uczestniczyłem w nim od pierwszych godzin, pamiętam gorącą i pełną nadziei atmosferę panującą w gmachu „humanki”.
Muszę nadmienić, że pochodzę z bardzo patriotycznej rodziny; mój dziadek był prawie 10 lat (sic!) zesłańcem w Kazachstanie, a ojciec został w 1981 r. zwolniony z pracy w Stoczni MW, dlatego też udział w strajku był dla mnie oczywisty (zresztą działałem już wcześniej, m.in. kolportując prasę i inne wydawnictwa podziemne).
Podczas strajku pełniłem funkcję szefa ochrony wydziału, nie była to rola czysto oficjalna (co jest chyba jasne); została mi ona powierzona przez Przemka Gosiewskiego, którego znałem już wcześniej (później nasze kontakty były bliższe, chodziliśmy m.in. razem na seminarium do prof. Powierskiego). Pamiętam, że było niespokojnie, obawialiśmy się prowokacji, zwłaszcza po pacyfikacji Nowej Huty, dlatego też pełniliśmy dyżury w dzień i w nocy; zwłaszcza nocy było nerwowo – co jakiś czas pojawiały się informacje o szturmie ZOMO.
Nie będę opisywał szerzej faktów znanych, jak chociażby kontaktów z przedstawicielami stoczni czy innych gdańskich uczelni, muszę tylko stwierdzić, że w nocy było nas co najwyżej kilkudziesięciu (niestety), bo obawiam się, iż podobnie jak z Legionami Piłsudskiego (przy zachowaniu proporcji) liczba uczestników rośnie lawinowo – przepraszam, jeśli ta dygresja jest nie na miejscu, ale gwoli prawdy musiałem ją zrobić.
Jeśli chodzi o osoby, które pamiętam z tamtego strajku, to szczególnie sympatycznie wspominam Jacka, Darka, Arnolda, Wojtka, Tomka – nie jestem upoważniony do podawania nazwisk, teraz są takie czasy, że mogliby sobie tego nie życzyć, jeden z nich np. zmienił poglądy i pracuje teraz w pewnej antysolidarnościowej telewizji komercyjnej, ogólnopolskiej notabene.
Z ciekawostek pamiętam, że próbowaliśmy dla rozładowania napięcia z kolegami z roku – Januszem i Wojtkiem – zorganizować minifestiwal piosenki strajkowej, niestety zabrakło czasu. W tym miejscu znowu muszę poruszyć sprawę dla mnie (i nie tylko dla mnie) bolesną i kontrowersyjną – chodzi o tzw. zawieszenie strajku.
Otóż po południu tego dnia na spotkaniu w auli Paweł Adamowicz (o ile pamiętam) zakomunikował nam, że odbyło się spotkanie u abp. Gocłowskiego i że arcybiskup obiecał władzom (dla bezpieczeństwa strajkujących) zakończenie akcji protestacyjnej – wielu z nas było zszokowanych i bardzo, bardzo rozczarowanych.
Dotarła do nas w tym czasie informacja o aresztowaniu bodajże pięciu naszych kolegów podczas akcji ulotkowej, zaproponowałem więc, żebyśmy opuścili gmach dopiero po ich uwolnieniu, niestety padł argument, że metropolita obiecał zakończenie strajku i dyskusja się skończyła. Bez względu na wszystko jestem pewny tych wydarzeń.
Pamiętam minorowe nastroje większości opuszczających gmach wydziału, zresztą ja oraz Przemek, Jacek i Arnold zwijaliśmy flagi i transparenty z budynku i wyszliśmy ostatni „gasząc światło” – tych faktów także jestem absolutnie pewien!
Z perspektywy wielu lat nasz strajk oceniam jako wspaniałą akcję młodych ludzi, niczego absolutnie nie żałuję, aczkolwiek pozostało we mnie uczucie pewnego niedosytu i zawodu – można było osiągnąć więcej, ale to tylko moja subiektywna ocena.
  Posiadam nieliczne niestety zdjęcia z tamtych wydarzeń, część z nich zobaczyłem ku radości i zaskoczeniu w TVP w programie poświęconym strajkowi.


Grzegorz Drzycimski

1. Jakiego okresu czasu dotyczy Pana/Pani wypowiedź?
Strajk majowy – 1988 – Uniwersytet Gdański, Wydział Humanistyczny. Od pierwszych minut do samego końca. Student III roku Wydziału Historii UG, specjalność archiwistyka.

 

2. Jaki był Pana/Pani udział w przygotowaniu i przeprowadzeniu strajków-protestów w 1988 roku (ew. funkcje i zadania w komitetach strajkowych)?
Szeregowy, spontaniczny uczestnik strajku, zaangażowany w pełnienie służby porządkowej. Nic nie wiedziałem o planowanych strajkach. Nie byłem aktywnym członkiem NZS ani podziemnych struktur „Solidarności”. Znałem jednak kilka zaangażowanych i znanych w środowisku opozycyjnym osób jeszcze ze swojej aktywności w V LO w Oliwie. Na samym początku strajku „pobraliśmy” na ochotnika białe opaski i stanowiliśmy rodzaj wewnętrznej służby porządkowej. Pilnowaliśmy drzwi wejściowych, aby nie wtargnęły „osoby niepowołane”, nietrzeźwe oraz nie wnoszono alkoholu. Kierowaliśmy ludzi na określone piętra do sal wykładowych celem zakwaterowania. Mieliśmy także ostrą przepychankę z członkami reżimowego ZSP (Zrzeszenie Studentów Polskich) zwanego „zsypem”, których pomieszczenie przejęliśmy, odcinając ich od służbowego telefonu. Przez jakiś czas grożono nam nawet poważnymi konsekwencjami za zajęcie lokalu zalegalizowanej studenckiej organizacji.

 

3. Jakie fakty Pan/Pani pamięta z tamtego czasu (przygotowania, organizacja, realizowane przez siebie zadania, ciekawe zdarzenia)?
Wieczorny koncert Tymona Tymańskiego z zespołem w auli Wydziału Humanistycznego, noclegi w śpiworach w salach wykładowych oraz nocne Polaków rozmowy i niepokoje. Posmak prawdziwej wolności i nieskrępowania, trochę emocji. Patrole milicyjne krążące wokół budynku i zaparkowane milicyjne nyski. Pamiętam atmosferę wiecową na dużej auli i rodzaj solidarności międzyludzkiej. Pamiętam też obrzydliwą odezwę komitetu uczelnianego PZPR, potępiającą akcję strajkową studentów i wzywającą do relegowania najbardziej niepokornych uczestników.

 

4. Które z osób współpracujących w trakcie strajku chciałby Pan/Pani wyróżnić najbardziej i dlaczego?
Wszystkich anonimowych uczestników strajku, których losy różnie się potoczyły, a także wszystkich zaangażowanych w niełatwą aprowizację strajkujących.

 

5. Proszę ocenić z dzisiejszej perspektywy tamte działania i ich skutki (czy nie żałuje Pan/Pani tamtego działania)?
Absolutnie nie żałuję. Atmosfera w Polsce była stęchła. Brak perspektyw, rozpadający się i gnijący system. Strajki wydawały się jedną z niewielu dróg do zmiany sytuacji ogólnej w kraju i przepędzenia chwiejącego się reżimu spod znaku PZPR. Atmosfera beznadziei była wszechogarniająca. Dla mnie osobiście strajk stanowił też rodzaj protestu przeciwko zasiedziałej nieciekawej kadrze naukowej i przestarzałemu systemowi studiowania. Okazało się, że bezpośrednio po 1989 roku niewiele się zmieniło, ale miałem wielkie nadzieje na radykalne zmiany. Strajki zmobilizowały mnie i grupę kolegów do bardziej aktywnej działalności i wyjawienia istnienia na pół legalnego stowarzyszenia Akademicki Klub Liberalny oraz wydawania do końca studiów nieregularnika „Fin de siecle”. Wyznawaliśmy rodzaj „liberalizmu naiwnego”, dopominając się o respektowanie praw człowieka, system wielopartyjny, wolność prasy, wolność zgromadzeń i wolności gospodarcze. Prowadziliśmy stolik „księgarenkę” z wydawnictwami niezależnymi drugiego obiegu.

 

6. Ewentualne uwagi inne (także zapamiętane anegdoty, ciekawostki).
Nie dla wszystkich strajk miał ważne podłoże ideowe. Niektórzy przypadkowi uczestnicy traktowali to jako wielką zabawę i wielką majówkę i gdy w pewnym momencie zanosiło się na interwencje milicji, szeregi strajkujących pomału topniały. Strajk zakończył się niedosytem, jakoś niemrawo rozszedł po kościach. Pamiętam, że jadąc (już po zakończeniu studenckiej fazy strajków) SKM do Gdańska miałem spore wyrzuty sumienia, że stocznia nadal strajkuje, a my już się poddaliśmy. Strasznie mnie to wkurzało i miałem pretensje do inicjatorów, że coś rozgrzebali i nie dokończyli.


Katarzyna Korzeniewska

Jakiego okresu czasu dotyczy Pana/Pani wypowiedź?
Prawdę mówiąc nie potrafię w pamięci oddzielić strajków majowych od sierpniowych tamtego roku, a zasadniczo nie pamiętam nawet, czy w obu tych wydarzeniach brałam udział. One zlały mi się w jedno i dopiero wybory z czerwca następnego roku są dla mnie czymś wyraźnie innym, choć pozostały w ciągłości ze strajkami. Chyba jednak chodzi o strajki sierpniowe, bo w maju chodzi się do szkoły, a ja wtedy byłam w liceum.

 

Jaki był Pana/Pani udział w przygotowaniu i przeprowadzeniu strajków-protestów w 1988 roku (ew. funkcje i zadania w komitetach strajkowych)?
Chodziłam do szkoły w Gdyni, a mieszkałam w Rumi. Wcześniej byłam trochę w niezależnym harcerstwie, a w domu zawsze była jakaś bibuła, ale nigdy nie należałam do żadnej organizacji nielegalnej. Pamiętam, że jakoś w związku z tymi strajkami nosiłam wpięty w bluzie znaczek „Solidarności” i byłam bardzo zawiedziona, że nikt mnie z tego powodu nie „ściga” w szkole.
Gdy strajk już trwał, przyszłam „z ulicy” na plebanię św. Brygidy w Gdańsku. Nie potrafię sobie przypomnieć ani wytłumaczyć, kto i jak mnie tam wpuścił: to przecież nie było tak, że można tam było swobodnie wejść. Powiedziałam po prostu, że chciałabym pomóc jak jest coś do roboty. Było – nawet sporo.

 

Jakie fakty Pan/Pani pamięta z tamtego czasu (przygotowania, organizacja, realizowane przez siebie zadania, ciekawe zdarzenia)?

Pamiętam tylko zupełne migawki. Moje zadania to były zadania takiego kuriera-gońca. Pamiętam np., że chodziło się do Stoczni Gdańskiej z różnymi rzeczami: trochę z jedzeniem, trochę z jakimiś mikrofilmami czy czymś dla dziennikarzy. Można było wejść normalnie bramą, tzw. dwójką, ale z jeszcze dwoma osobami (nie pamiętam nawet imion tych chłopaków) uparcie przełaziliśmy przez mur stoczni, pokonując go chyba na wysokości Technikum Łączności. Robiło się do tego strasznie poważne miny, a przecież wiedzieliśmy, że gdyby milicja czy bezpieka chciała, to by nas zgarnęła zaraz, a muru przypilnowała porządnie, że nikt by nie przeszedł. Kilka razy przeprowadzałam przez mur kogoś ważnego, ale nie pamiętam kogo.
Było też trochę roboty w mieście, np. trzeba było kupić sto bochenków chleba i to się załatwiało w piekarni naprzeciwko hali, blisko św. Brygidy. Po coś biegałam też (chyba z jakimiś wiadomościami ustnymi) w okolice Targu Rybnego, bo gdzieś tam mecenas Taylor miał kancelarię. Przykazano mi wtedy się pilnować, czy nikt za mną nie idzie, co dolewało adrenaliny do krwi, ale nie wydawało mi się wówczas i nie wydaje mi się teraz, by ktoś mnie wtedy obserwował. Były ważniejsze osoby do pilnowania.
Które z osób współpracujących w trakcie strajku chciałby Pan/Pani wyróżnić najbardziej i dlaczego?
Nikogo nie pamiętam z nazwiska. Tym, w czym uczestniczyłam na plebanii św. Brygidy, „rządził” człowiek, którego nazywaliśmy po prostu „szefem”, zdaje się, że miał na imię Andrzej. Wysoki, szczupły, z brodą, trochę siwiejącą. Współpracowała z nim kobieta w średnim wieku, niska, szczupła brunetka. Jednak my, kurierzy, mieliśmy z nią mniej do czynienia. Żałuję, że z żadnym z nich nigdy nie odnowiłam kontaktu. Ostatni raz spotkaliśmy się podczas kampanii wyborczej w czerwcu 1989.


Proszę ocenić z dzisiejszej perspektywy tamte działania i ich skutki (czy nie żałuje Pan/Pani tamtego działania)?
Taka perspektywa nie bardzo ma sens: w każdej chwili bierzemy udział w czymś, czego realnego znaczenia nie jesteśmy w stanie przewidzieć.
Pochodzę z mocno antykomunistycznej, sybirackiej rodziny, więc udział w wydarzeniach z 1988 r. był przede wszystkim prostą, przewidywalną konsekwencją wiedzy, wspomnień i postaw wyniesionych z domu. W Trójmieście poza tym żywy był mit Sierpnia 1980 i ja też bardzo chciałam mieć „swój” sierpień. Nie mogło być jednak drugiego Sierpnia 1980, wszyscy czuliśmy, że to tylko nieudana powtórka. Myślę jednak, że ona przygotowała mnie i takich jak ja, organizacyjnie i ideowo, na wybory w 1989 r.

 

Waldemar Głąb – GSR

 

1. Moja wypowiedź dotyczy okresu czasu sierpnia 1988 roku.

2. Mój udział był następujący: w kościele św. Brygidy odbywały się szkolenia, mające na celu przygotowanie się do strajków, prowadzone przez braci Kaczyńskich, Bogdana Borusewicza i innych. Z tamtego czasu najbardziej utkwiła mi w pamięci msza w kościele św. Brygidy, po której na plebanii prałata Jankowskiego odbyło się spotkanie dotyczące poprowadzenia strajku – kto, jak, itp., który miał się odbyć w poniedziałek. Najtrudniejsza okazała się sprawa wyboru kandydata na przewodniczącego w Gdańskiej Stoczni Remontowej. Nie zwlekając podjąłem decyzję i zdecydowałem się ten strajk poprowadzić przy pomocy kolegów, między innymi kolegi Jana Stępnia i innych.

4. Najbardziej chciały mnie wyróżnić osoby ze mną współpracujące.

5. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że tamte działania nie poszły na marne i nie żałuję tego, co zrobiłem dla „Solidarności”. Jedynie czuję pewien niedosyt, że nie wszystko potoczyło się tak, jak było założone.

Jarosław Lewandowski – GSR

Byłem jednym z wielu strajkujących stoczniowców podczas strajków sierpniowych w 1988 roku w Gdańskiej Stoczni Remontowej im. J. Piłsudskiego.
Pamiętam tamte sierpniowe dni jakby to było wczoraj. Do tej pory nucę niektóre śpiewane wówczas piosenki. Pamiętam też rzesze ludzi z tamtych wydarzeń, kolegów stoczniowców, z niektórymi z nich nadal pracuję. Najbardziej zapamiętaną przeze mnie osobą jest jednak Pan Waldemar Głąb z wydziału W-5. Będąc wówczas  młodym pracownikiem zapamiętałem go jako odważnego robotnika, który nie bał się działać w Komitecie Strajkowym, wiele przez to ryzykując. Ja byłem młodym człowiekiem, licząc szkołę z zaledwie 7-letnim stażem, nie miałem jeszcze rodziny na utrzymaniu, byłem więc w tej komfortowej sytuacji, że nie miałem wiele do stracenia. Pan Waldek miał na pewno już wtedy około 30 lat pracy i miał duże doświadczenie w swoim zawodzie, miał tez rodzinę. W imię wyższych ideałów, w imieniu nas wszystkich, wziął niejako na swoje barki ryzyko utraty pracy, a być może i więzienie. Podziwiam Go za odwagę. Brawo!
Mógłby ktoś zapytać, czy strajk miał sens, czy warto było ryzykować utratę pracy, wolności czy nawet życia? Według mnie miało to sens, bo gdyby nie strajki być może żylibyśmy dalej w komunistycznym systemie. Nie żałuję ani jednego dnia spędzonego w stoczni w czasie strajku. Jestem dumny, że mogłem brać udział w tak historycznych chwilach. Mam teraz rodzinę i cieszę się, że nie żyją oni w czasach komuny. Cieszę się, że dzieci mogą uczyć się w wolnej Polsce, że nie muszą stać nocami w kolejkach za czekoladą lub wędliną. Cieszę się, że wolność słowa jest dla nich czymś oczywistym, jak to, że w każdej chwili mogą wsiąść w samochód, samolot czy pociąg i pojechać w dowolne miejsce w Europie i na świecie.
Moje dzieci niejednokrotnie pytały się mnie, jak to mogło być, że trzeba było stać za chlebem czy innymi artykułami w kolejkach po parę godzin. Starałem się im to jakoś wytłumaczyć, ale tak naprawdę ciężko jest wytłumaczyć absurdy czasów komunizmu. W każdym razie cieszę się, że mogę dziś tylko wspominać te liche dni, a nie być dalej ich częścią.
Żal mi jedynie tego, że nasi politycy nie potrafili do końca spożytkować tego, o co walczyli i ginęli nasi ojcowie, dziadkowie, a także my uczestnicy strajków w 1988 roku. Z bólem serca patrzę, jak powoli trwonią zdobycz, jaką tak ciężko udało nam się wywalczyć.
Pamiętam, jak po wyjściu ze stoczni szliśmy wszyscy do kościoła św. Brygidy. W czasie przemarszu ulicami Gdańska zauważyłem starszą kobietę w oknie, która płakała i robiła znak krzyża, kiedy przechodziliśmy pod jej domem. Byłem wtedy dumny, że brałem udział w tym strajku i zarazem wzruszony widokiem tej kobiety. Myślę, że ona również była dumna z nas, że kolejny raz odważyliśmy się przeciwstawić komunistycznej władzy.
Strajk to także rozłąka z najbliższymi. Gdy zaczęły się strajki sierpniowe moja mama z młodszym bratem wyjechała do Niemiec odwiedzić rodzinę. Z telewizji dowiedziała się, że w gdańskich stoczniach są strajki. Udało jej się dodzwonić do sąsiadki i zapytać czy „syn pracuje i wraca do domu na noc?”. Ja w tym czasie spałem na styropianie w stoczni. Moja mama dowiedziała się o tym dopiero po strajkach. Takim miłym akcentem tych strajków było dla mnie to, że pracowałem ze swoim przyszłym teściem, któremu córka przynosiła ciepłe posiłki. Przy okazji część porcji przypadało w udziale mnie – przyszłemu zięciowi.
Co robiliśmy podczas strajku? Rozmawialiśmy, czekaliśmy, modliliśmy się. Staraliśmy się także nie tracić poczucia humoru, w końcu śmiech jest lekarstwem na wiele rzeczy. Takim przykładem było „stoczniowe safari”. O omówionych godzinach jeździliśmy wózkami po terenie Stoczni Północnej i Gdańskiej z okrzykami „Solidarność”, „Precz z komuną!” i straszyliśmy tym milicję. Był to taki humorystyczny element w tym niepewnym wówczas czasie.
Mając 22 lata byłem w centrum wydarzeń, które w moim odczuciu wpłynęły na to, co wydarzyło się już niespełna rok później. W jakiś sposób my, stoczniowcy, przyczyniliśmy się do tego, że nasze dzieci i wnuki żyją w wolnej demokratycznej Polsce. Wprawdzie nasz kraj ma kolejne, nowe problemy, jednak jest już to wolny kraj, a przede wszystkim o to walczyliśmy i to udało nam się osiągnąć.
 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę