O strajkach majowych 1988 w „Magazynie Solidarnosc”

Polskie sierpnie
Tegoroczny sierpień ma swój wymiar szczególny. Obok obchodzonej 28 rocznicy strajków sierpniowych 1980 roku i powstania NSZZ „Solidarność”, w tym roku przypada także 20 rocznica strajków z 1988 roku.  Staramy się nadać tej drugiej rocznicy wymiar szczególny, gdyż niestety jako społeczeństwo mało wiemy o strajkach z maja, sierpnia i jesieni 1988 roku, które były ważnym ogniwem w polskiej drodze do niepodległości i demokracji. Niewiele wiemy o wysiłku stoczniowców, portowców, studentów i rzeszy ludzi wspierających strajki na Uniwersytecie i Politechnice Gdańskiej.  Strajkujące zakłady były wyspami wolności, odgrodzonymi kordonami ZOMO od szarej rzeczywistości na kartki.  Tym większy należy się szacunek, nasza pamięć tym, którzy czynnie przeciwstawili się ówczesnej władzy. To właśnie tym ludziom, ich odwadze, determinacji jest poświęcona znaczna część tego numeru „Magazynu”. Przypominamy także, że NSZZ „Solidarność” na tegoroczne obchody rocznicy 31 sierpnia zaprosił Prezydenta RP, wystąpił też z wnioskami o przyznanie orderów i odznaczeń dla kilkudziesięciu członków ówczesnych komitetów strajkowych. Przygotowaliśmy także tablicę pamiątkową, honorującą strajkujących i osoby wspierające ówczesny protest.  Wkładką do tego numeru Magazynu jest też specjalny wykaz „Ludzie 1988 roku na Wybrzeżu” (jego II część będzie wydrukowana w grudniu br.), który zawiera nazwiska bohaterów tamtego czasu, często dzisiaj zapomnianych.

 

Wojciech Książek

członek Prezydium Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”

Rozpoczął Śląsk
Strajki sierpniowe 1988 roku na Śląsku niosły za sobą szczególnie brutalne reakcje sił porządkowych. Dochodziło do rozwiązań siłowych, które groziły ofiarami śmiertelnymi. 

Brutalne starcia w kopalniach

Strajk rozpoczął się 15 sierpnia 1988 roku w kopalni Manifest Lipcowy, tej samej, która zaczęła protesty na Śląsku w Sierpniu 1980 roku. Już po paru godzinach kopalnia została otoczona przez kordon ZOMO. Nastroje były bardzo radykalne. 

– Strajki w kopalniach nie miały charakteru ciągłego. Oddziały ZOMO wchodziły do zakładów w hełmach, z pałami i rozganiały strajkujących. Potem górnicy znowu organizowali się i strajk rozpoczynał się na nowo. Górnicy chodzili po kopalni z łomami, gotowi do walki, co jakiś czas ZOMO ich atakowało. Wielokrotnie dochodziło do starć – opowiada po latach Tadeusz Sadowski, który w sierpniu 1988 roku był łącznikiem pomiędzy strajkującym Wybrzeżem a Śląskiem.  

Tymczasem władze w Warszawie zmierzały do zlikwidowania ognisk oporu właśnie na Śląsku ze względu na jego kluczowe znaczenie dla gospodarki. Nie chciano jednak dopuścić do rozlewu krwi. W niektórych miastach na Śląsku opór był tak duży, że władze wprowadziły godzinę milicyjną. Stało się tak w Jastrzębiu Zdroju, Wodzisławiu i Żorach. W kopalni w Moszczenicy kilku górników zablokowało się w pobliżu magazynu z materiałami wybuchowymi na dole, grożąc wybuchem. Nie mieli zamiaru opuszczać tego stanowiska i zrobili to dopiero pod wpływem mediacji lokalnego księdza. Do podobnego incydentu doszło też w kopalni XXX-lecia PRL, gdzie ponad 100 górników zjechało na dół, żądając rozpoczęcia mediacji. W sumie strajk na Śląsku objął piętnaście kopalni.  

Fala strajkowa rozszerza się na cały kraj

Strajk rozszerzył się na zachodnie Wybrzeże. Do Śląska dołączył Szczecin, gdzie strajkował port i Zakład Komunikacji Miejskiej. Stanął Port Północny w Gdańsku, a później Stocznia im. Lenina. Fala strajkowa rozlała się po Małopolsce i Wielkopolsce. Strajkowała Huta Stalowa Wola, próbowano wzniecić protest w Zakładach Ursus, Zakładach Cegielskiego w Poznaniu. Najbardziej obawiano się zorganizowanego protestu w Hucie im. Lenina w Krakowie. Tutaj jednak strajk udało się stłumić po paru godzinach. Protesty objęły prawie cały kraj. Za apogeum strajku można uznać dzień 22 sierpnia, kiedy to stanęło 30 zakładów pracy w siedmiu województwach. Towarzysząca im atmosfera krzepnięcia nastrojów przypominała początki Sierpnia 1980 roku. Władze zapowiedziały wprowadzenie godziny milicyjnej, a nawet stanu wyjątkowego na terenach objętych falą protestów. Generał Czesław Kiszczak w telewizyjnym wystąpieniu groził represjami, otwarcie mówił o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. 

W czasie trwania zarówno strajku majowego, jak i sierpniowego ważną rolę odegrali łącznicy, przewożący komunikaty między Stocznią Gdańską, która odgrywała rolę ośrodka decyzyjnego, a innymi zakładami w Polsce.  – Wspierałem strajkujących zarówno podczas strajków majowych, jak i sierpniowych – mówi Tadeusz Sadowski, łącznik z Gdańska.

– W sierpniu kilkakrotnie kursowałem pomiędzy strajkującym Wybrzeżem a Śląskiem. Przewoziłem listy z poparciem dla strajkujących w kopalni Manifest Lipcowy od Aliny Pienkowskiej i Bogdana Borusewicza. Bycie łącznikiem w tamtym czasie było sprawą niebezpieczną. Pamiętam, jak w pociągu, którym jechałem na Śląsk razem z dwoma studentami – Maciejem i Piotrem, byłem śledzony przez tajniaków. Miałem przeczucie, że to są ubecy, bo nie opuszczali mnie na krok, ani w drodze do WARSU, ani toalety. Wyskoczyliśmy więc na małej stacji pomiędzy Bytomiem a Katowicami z ruszającego właśnie pociągu. Do kopalni Manifest Lipcowy dotarliśmy taksówką. 

Wygaszanie strajków

20 sierpnia doszło do spotkania sekretarza partii Józefa Czyrka z prezesem warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej Andrzejem Stelmachowskim. Stelmachowski zaproponował wygaszenie strajków w zamian za rozpoczęcie rozmów ze strajkującymi. Strajki stopniowo wygasały. Najdłużej utrzymały się w kopalniach Manifest Lipcowy, XXX-lecia PRL oraz Jastrzębie. Od 28 sierpnia protestowano już tylko w kopalni Manifest Lipcowy. 

– Pamiętam, pojechałem ponownie do kopalni Manifest Lipcowy pod koniec sierpnia – opowiada Tadeusz Sadowski. – Był tam już wcześniej Bogdan Lis. Chodziło o podtrzymywanie nastrojów strajkowych. W Gdańsku już było wiadomo, że dojdzie do spotkania pomiędzy Czesławem Kiszczakiem a Lechem Wałęsą. Mówiło się o tym, że władza szuka kompromisu. Miałem ze sobą list od Aliny Pienkowskiej, w którym pisała, żeby utrzymać nastroje strajkowe na Śląsku, bo rozmowy przebiegające pod naciskiem górników mogły przynieść większe efekty. Nie chcieliśmy dopuścić do wygaszenia oporu przedwcześnie. 

Górnicy w Manifeście Lipcowym wytrwali do 3 września, cały czas pod presją powtarzających się, pozorowanych ataków ZOMO. Do tej kopalni Lech Wałęsa, już po rozmowach z Kiszczakiem, przybył osobiście. Musiał ostro żądać przerwania protestów. O panującym napięciu niech świadczy fakt, że zamierzano wywieźć go nawet na taczkach, a strajk udało się zakończyć dopiero po udzieleniu strajkującym gwarancji bezpieczeństwa. 

Dorota Trela-Godzwon
dtrela@wp.pl

 

STOCZNIA GDAŃSKA

Za legalną „Solidarność”

– Dla nas strajk sierpniowy w 1988 r. był kontynuacją tego majowego. Czuliśmy jednak już wtedy powiew czegoś nowego, może nawet wolności. Wiedzieliśmy, że są prowadzone jakieś rozmowy, więc może coś już zostało dogadane – opowiadają byli uczestnicy strajku ze Stoczni Gdańskiej. 

To w maju było naprawdę źle. Całe noce wtedy nie spaliśmy. W porównaniu do tamtego strajku sierpień był bajką – mówi Lech Górski, który pracował wtedy jako stolarz na wydziale C-5. – Ale wtedy Wałęsa powiedział nam, że struktury nie są jeszcze przygotowane. Mieliśmy czekać.

Czekali do 22 sierpnia. Decyzja o strajku w Stoczni Gdańskiej podjęta została w kościele św. Brygidy. Na czele Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego stanął Jacek Merkel.

– Wcześniej podczas obrad Krajowej Komisji Wykonawczej rozmawiali Lech Wałęsa, i Jacek Merkel z naszej stoczni. Ja też tam byłem – opowiada Roman Gałęzewski, który był wtedy mechanikiem monterem na wydziale C-2. – Wałęsa zapytał wojowniczo, co mogą zrobić działacze? Czy ludzie zastrajkują? To była taka prowokacja z jego strony. Odpowiedziałem, że stoczniowcy ze Stoczni Gdańskiej mogą przystąpić do strajku w każdej chwili. Pamiętam, że koledzy wtedy nie dowierzali. 

Protestem kierował Komitet Strajkowy, na którego czele stanął Alojzy Szablewski, będący w stoczni projektantem. Protest z sierpnia 1988 r., jak wspominają stoczniowcy, miał cechy strajku legalnego. Wszystko było doskonale zorganizowane – wcześniej ustalono, kto za co odpowiada, była aprowizacja, protestujący mieli na ubraniach specjalne opaski i powiadomiono o strajku kierownictwo.

– Kierownicy nas popierali, choć tylko niektórzy strajkowali. Przynosili nam jednak jedzenie – wspominają uczestnicy protestu z sierpnia. Lech Górski opowiada, że w powietrzu czuło się solidarność. Taką ludzką. Ludzie dzielili się kanapkami. – Światełko w tunelu się pojawiło – wspomina. – Eksperci do nas przyjeżdżali. Było już inaczej niż w maju.

– Bo w maju Stocznia Północna i Remontówka przywitały nas milczeniem. Ale już w sierpniu byliśmy razem, solidarnie – mówi Gałęzewski.

W stoczni otwarto bramy do sąsiednich zakładów. Dzięki temu koledzy ze Stoczni Północnej i Remontówki mogli przychodzić do Stoczni Gdańskiej i odwrotnie. Stoczniowcy wspominają organizowane marsze do Stoczni Północnej. 

Było wesoło, ale tylko w dzień

– Robiliśmy happeningi, a ludzie wymyślali codziennie coś nowego – wspomina Zbigniew Stefański. – Okleiliśmy zwykłe wózki akumulatorowe styropianem i tym sposobem mieliśmy czołg, milicyjne SKOT-y, a nawet działo. Zrobiliśmy karabiny ze złomu i styropianu. Ja lubiłem najbardziej śpiewanie. Kiedy się zdenerwowałem, szedłem do stołówki i wymyślałem tekst. Potem grałem na gitarze i śpiewałem. Koledzy codziennie pytali się, czy już coś nowego wymyśliłem. Do stoczni przyjeżdżali artyści, śpiewali Szczepanik i Kaczmarski. Wspierali ich też studenci z Federacji Młodzieży Walczącej. Stoczniowcy budowali igloo ze styropianu i różne postacie znienawidzonej władzy. Był Jerzy Urban, Wojciech Jaruzelski i gen. Czesław Kiszczak. – Urbana udało nam się nawet sprzedać – opowiada Kazimierz Trawicki. – Stąd wzięła się nawet anegdotka: „Do kogo podobny jest Urban z lotu ptaka? Do malucha z otwartymi drzwiami”. Stoczniowcy pamiętają, jak grali z zomowcami w siatkówkę przez bramę. Ten mecz wygrali. Ale nie było tak całkiem wesoło. Zaraz na początku protestu gen. Czesław Kiszczak wezwał do natychmiastowego wygaszenia strajków i zagroził wprowadzeniem godziny milicyjnej i użyciem wojska. Ludzie nie do końca czuli się pewnie, ale nawzajem się wspierali. Najgorzej było w nocy. – Były akcje ZOMO pod bramą – wspomina Stefański.
– Chcieli nas zastraszyć. Budzili nas i wołali: „Stoczniowcy, śpicie?”. My odpowiadaliśmy, że tak. Na to oni: „No to śpijcie dalej”. Potrafili tak robić kilkakrotnie w ciągu nocy. 

Droga ku „Solidarności”

– Siedzieliśmy w stołówce z Lechem Wałęsą, kiedy przyszło pismo od grupy doradców: Mazowieckiego, Michnika i Geremka z propozycją rozwiązania kryzysu. Mieliśmy zastanowić się nad powołaniem komitetów związkowych, które byłyby zalążkiem związków zawodowych. To było dla nas wtedy jak science fiction. Godzinę wcześniej Władysław Siła-Nowicki, który był członkiem Rady Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa PRL Wojciechu Jaruzelskim, zaproponował spotkanie z generałem Czesławem Kiszczakiem. Tłumaczył, że partia nie odda władzy dobrowolnie i trzeba razem rozmawiać przy okrągłym stole. – Wałęsa pokazał nam wtedy pismo od grupy doradców, a ja wtedy powiedziałem „Siła daje więcej” – wspomina Gałęzewski. – To zabrzmiało dwuznacznie. Nie wiadomo, czy chodziło o Siłę-Nowickiego, czy siłę, jaką stanowili strajkujący. I wtedy Wałęsa zapisał to zdanie dużymi literami na odwrocie pisma. Zostało ono odesłane do kościoła św. Brygidy i wkrótce doszło do spotkania.

28 sierpnia obradowało VIII Plenum KC PZPR, które wyraziło zgodę na wstępne rozmowy z opozycją. W tym samym czasie pod kościołem św. Brygidy w Gdańsku, gdzie msze odprawiał ks. Henryk Jankowski, zebrało się kilka tysięcy ludzi. Na spontanicznym wiecu mówcami byli m.in. Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki, Kazimierz Świtoń. Trzy dni później doszło do pierwszej rozmowy Lecha Wałęsy z gen. Czesławem Kiszczakiem w obecności biskupa Jerzego Dąbrowskiego. Jego efektem było wezwanie Wałęsy do strajkujących o zaprzestanie akcji. – Kiedy skończył się strajk, wielu chciało, by wmieszać się w tłum i w ten sposób opuścić stocznię – opowiada Stefański. – Ale dzięki Alusiowi Szablewskiemu nie zrobiliśmy tego. Wyszliśmy z honorem, a potem poszliśmy do kościoła św. Brygidy. Ludzie na widok stoczniowców klaskali i krzyczeli: „Dziękujemy!”, „Precz z komuną!”, „Solidarność!”. Stefański wspomina, że w kościele chciała mu ustąpić miejsce wzruszona staruszka. On nie chciał na to się zgodzić. 

Olga Zielińska
o.zielinska@www.solidarnosc.gda.pl

Pojazd

Pojazd „Polewaczka” z tektury powstała z nudów w czasie strajku w sierpniu 1988 roku w Stoczni Gdańskiej. Była wyrazem poczucia humoru stoczniowców, choć awersja do ZOMO była tak duża, że nie wszyscy „kupowali” ten dowcip.
Nie ma co ukrywać, w czasie strajku nie było się czym zająć. Postanowiliśmy więc wyposażyć się także w broń, podobną do tej, jaką prezentowało na okolicznych ulicach ZOMO – mówi Paweł Glanert, w sierpniu 1988 roku pracownik Stoczni Gdańskiej, dzisiaj fotograf, współpracujący m.in. z naszym miesięcznikiem. Stoczniowcy postanowili „obudować” tekturą pojazd elektryczny marki Melex, jeżdżący po stoczni. – U góry zrobiliśmy taką wieżyczkę z rurą – wspomina Glanert. Miała ona imitować urządzenia, w jakie wyposażone były milicyjne „polewaczki”, służące do rozpędzania antyrządowych manifestacji. Atrapa narobiła jednak sporo zamieszania. – Ktoś włożył kiedyś do rury spryskiwacz i oblał wodą przechodzącego obok stoczniowca. Ten tak się rozzłościł, że gonił nasz melex-polewaczkę aż za stoczniowy kanał – opowiada jeden z twórców wehikułu. Może przechodniowi przydarzył się już kiedyś prysznic od ZOMO i żart nie kojarzył mu się najlepiej? Na tekturowym „pancerzu” pojazdu strajkujący wymalowali parodie partyjnych haseł. Zrobili także hełmy z plastikowymi osłonami, imitujące te, jakie nosili zomowcy. Po strajku melex na powrót zaczął służyć jako zwyczajny wewnątrzstoczniowy środek transportu. Po „polewaczce” został tylko ślad w postaci zdjęć.

(jw)

 

Stocznia Północna
Wsparcie znajdowali w solidarności

Wszystko zaczęło się 22 sierpnia. Ze Stoczni Gdańskiej wyruszył pochód robotników, nawołujących, by rozpocząć strajk. To wezwanie początkowo podchwyciła w Stoczni Północnej grupa ok. 80 osób i oni faktycznie zatrzymali stocznię. Zadeklarowali się jako uczestnicy strajku i pozostali na terenie zakładu na noc. Przywódcą tej grupy był Bolesław Konopka, który odegrał wówczas bardzo ważną rolę.
Stoczniowcy chcieli pokazać swą siłę, zaprzeczyć temu, co mówił Jerzy Urban, rzecznik ówczesnego rządu. A mówił, że w stoczniach strajkuje garstka radykałów. – Zbieraliśmy się na moście, łączącym stocznie, i robiliśmy „rundę” po terenach objętych strajkiem. Jednoznacznie widać było, że jest nas naprawdę sporo – wspomina Krzysztof Żmuda, dziś przewodniczący Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” Stoczni Północnej, wówczas szeregowy członek Związku i uczestnik strajku.
Ci, którzy brali wówczas udział w proteście, wspominają, że oczywiście istniały obawy – represji, utraty pracy czy nawet siłowego zakończenia strajku z użyciem ZOMO. Obawiano się także o rodziny.
– Sami też wychodziliśmy do miasta – wspominają uczestnicy strajku. – Ja także kilkakrotnie wychodziłem do bazyliki św. Brygidy, gdzie znajdowało się swoiste centrum informacyjne. Przekazywaliśmy wiadomości ze stoczni, zabieraliśmy ulotki – opowiada Krzysztof Żmuda. Przechodzono przez dziury w płocie, w miejscach znanych tylko stoczniowcom, niepilnowanych przez ZOMO. Tam oczekiwano także na kurierów, przerzucających na teren stoczni żywność, ulotki, czasami przeprowadzających zagranicznych dziennikarzy. Większość „dostaw” koncentrowała się na Stoczni Gdańskiej, jednak w tamtejszym „centrum dystrybucji” rozdzielano żywność sprawiedliwie pomiędzy wszystkich strajkujących. – Mieliśmy wszystkiego pod dostatkiem, nawet po zakończeniu strajku przekazaliśmy pozostałą żywność do Brygidy i rozdzielono ją potrzebującym – wspomina Żmuda.
Stoczniowcy korzystali także niekiedy z pojazdów czy wręcz autobusów, przejeżdżających obok stoczniowych bram. Kierowcy zwalniali wtedy specjalnie tak, by mogli oni wyskoczyć w biegu i uniknąć zatrzymania przez ZOMO.
Na terenie Stoczni Północnej funkcjonował jeden telefon, w straży pożarnej. – Kiedyś bracia Kaczyńscy chcieli skontaktować się ze Stocznią Szczecińską i zaprzyjaźniony strażak umożliwił nam skorzystanie z tej nomen omen gorącej linii – opowiada Henryk Kalinowski, wówczas przewodniczący Komisji Tymczasowej „S” w Stoczni Północnej.
Okazało się jednak, że mimo pozornego sukcesu strajku już 5 września trzydziestu pracowników Stoczni Północnej spotkały represje. Zwolniono ich dyscyplinarnie z pracy za „udział w nielegalnym strajku”. Stocznia była jednym z dwóch zakładów pracy, strajkujących w sierpniu 1988 roku, w których przeprowadzono tego typu działania. Drugim była Huta Stalowa Wola. – Jednak przez dwa tygodnie przychodziliśmy do pracy, nie chcąc uznać bezprawnej decyzji o zwolnieniach. Nie pozwalano nam się co prawda przebierać w ubrania robocze, jednak przez osiem godzin codziennie byliśmy w pracy – opowiada Żmuda, który również znalazł się w represjonowanej trzydziestce. Obawiano się, że w innym przypadku usankcjonowany zostanie stan, pożądany przez władze. To postępowanie przyniosło efekt. Na skutek mediacji, m.in. ze strony episkopatu, po dwóch tygodniach wycofano wypowiedzenia.
– Nie było mnie od początku strajku w stoczni, ponieważ pojechałem właśnie na urlop. Nie miałem żadnych informacji, że coś się będzie działo – opowiada Henryk Kalinowski. Kiedy usłyszał w radiu, że stocznie stoją – spakował walizkę i przyjechał natychmiast. Wspomina, że niestety liczba strajkujących nie była jego zdaniem imponująca.
Żeby podtrzymać ducha w strajkujących, organizowano występy artystyczne, recytacje wierszy. Robotnicy wykazywali się także inwencją twórczą. Przy bramie stoczniowej powstało „osiedle domków jednorodzinnych” ze styropianu, dowcipnie przyozdobionych. Na bramie zawisły plakaty i karykatury. – Byliśmy dość dobrze zorganizowani, mieliśmy nagłośnienie, kuchnię – wspominają uczestnicy strajku.
– Pierwsze rozmowy prowadziliśmy z dyrekcją stoczni, ale był to, jak niektórzy określili, czwarty garnitur, ludzie, którzy tak naprawdę nie mogli o niczym decydować – wspomina Kalinowski. Rozmowy były jednak prowadzone z pozycji siły i tzw. prawa stanu wojennego. – Także Warszawa odgrażała się mocno. Budowano więc atmosferę zagrożenia i naprawdę obawialiśmy się pacyfikacji. W czasie jednej z nocy byliśmy niemal pewni, że to nastąpi – opowiada szef KT „S”. Przełom nastąpił dopiero po rozpoczęciu rozmów w Warszawie.
Ostateczne ustalenia, kończące strajk, zapadały na terenie Stoczni Gdańskiej. To tam na finalne rozmowy udawali się członkowie Komitetu Strajkowego ze Stoczni Północnej i po powrocie przynieśli robotnikom informację o zakończeniu strajku. Także oficjalne zakończenie protestu, czyli wymarsz wszystkich strajkujących stoczniowców do bazyliki św. Brygidy, miał swój początek w Stoczni Gdańskiej.
(jw)

 

Postulaty Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, działającego w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1988 roku
Przywrócić legalność działania NSZZ „Solidarność”
Przywrócić do pracy zwolnionych za działalność związkową
Urealnić płace, renty i emerytury w sposób rekompensujący podwyżki cen
Zapewnić swobodę działania stowarzyszeniom, w tym Niezależnemu Zrzeszeniu Studentów i stowarzyszeniom twórczym
Zapewnić bezpieczeństwo strajkującym i osobom wspomagającym.

 

Roman Gałęzewski
– Wałęsa zapytał na spotkaniu w kościele św. Brygidy, czy jesteśmy w stanie strajkować bez postulatów ekonomicznych, to znaczy bez podwyżek pensji czy obniżek cen żywności, a walczyć o „Solidarność”. Odpowiedziałem w imieniu kolegów, że tak. Może nie będzie nas kilka tysięcy, ale kilkaset osób na pewno się na to zdecyduje. I tak wtedy było. Walczyliśmy przede wszystkim o legalizację „Solidarności”. Taki był nasz pierwszy postulat.

 

Zbigniew Stefański
– Najzabawniejsza historia przydarzyła się nam, kiedy zwykłą łódź wiosłową przerobiliśmy na minikuter pościgowy. Okleiliśmy łódź styropianem, pomalowaliśmy ją na szary kolor i zamontowaliśmy karabin maszynowy, też ze styropianu. Podpłynęła do nas kanonierka. My do niej zaczęliśmy strzelać z maszynowego karabinu, ale ze styropianu. Ci nie wytrzymali i zaczęli się śmiać. Pamiętam, było wesoło, ale cały czas wiedzieliśmy, o co walczymy.

 

Marek Siudziński
– Pracowałem wtedy na statku, choć strajkowałem. Byłem przecież z kolegami. Pracowałem, żeby nie powiększać strat stoczni. Takich jak ja było więcej. Na statku powieszono flagę, powiadomiono armatora. Za ten czas nie otrzymałem wynagrodzenia. Inni też nie. To była nasza forma strajku.

 

Władysław Kowalewski
– Dostałem zadanie, by zaopiekować się grupą 400 osób. Do strajku przystąpiło około 15 proc. ludzi. Jeszcze nie było legalizacji „Solidarności” i ludzie najzwyczajniej w świecie się bali. Nie wiadomo było, co władza zrobi. Dlatego wśród strajkujących była rotacja.

 

Port gdański
Jedenaście gorących dni

Rozmowa z Ireneuszem Leszką o przyczynach i skutkach sierpniowego strajku 1988 r. na terenie gdańskiego portu
– Po co był ten strajk? Wybuchł w kilka miesięcy po majowym, odebranym jako strajk bezsensowny.
– Nie chodziło wyłącznie o roszczenia finansowe czy socjalne, zwłaszcza że dwa miesiące wcześniej wypłacono tzw. 13-tkę i premie. Był to przede wszystkim strajk o przywrócenie do legalnej działalności „Solidarności”.
Od feralnego strajku majowego podziemne władze „S” postanowiły, że kolejne strajki powinny być bardziej skoordynowane. W związku z tym m.in. na plebanii u ks. Henryka Jankowskiego odbyło się parę spotkań. Na jednym z nich uznano, że najbliższym, dobrym terminem do wywołania szerokiego protestu będzie druga połowa sierpnia, która jest związana z rocznicą Sierpnia ‘80, a ponadto zbliżał się koniec wakacji i większość ludzi wydała wcześniej zaoszczędzone pieniądze, tymczasem inflacja szalała.
– Wszyscy portowcy poparli decyzję o proteście?
– Niestety, nie. Nie udało się zatrzymać całego portu. Stanęły rejony 1, 2 i 4. Trzeci rejon nie strajkował. Byliśmy też zaskoczeni brakiem większego odzewu wśród zakładów Trójmiasta. Przez parę dni byliśmy praktycznie osamotnieni. Gdyby nie doświadczenie w porcie gdańskim operatywnej i skutecznej działalności „S” w okresie podziemia, byłoby trudno przetrwać pierwsze dni strajku. W wyborach do Rady Pracowniczej w 1987 r. na 12 mandatów wybrano 10 członków wówczas jeszcze podziemnej „S”, jednego sympatyka i zaledwie jednego przedstawiciela tzw. struktur oficjalnych.
– Jak długo trwał strajk w porcie?
– Jedenaście dni, od 22 sierpnia do 2 września. Zakończyliśmy go na apel i ogromną prośbę Lecha Wałęsy. Kiedy przyjechał do portu, najpierw na rejon 1, a później do Portu Północnego, by prosić, żeby zakończyć strajk, to popłakał się jak bóbr, i mówił, żeby mu nie wchodzić w drogę, bo z Kiszczakiem ma wszystko uzgodnione. Zapewniał też, że „wszystko jest zabezpieczone, nikt was nie ruszy, niczego nie musicie się obawiać”. Jednak na drugi dzień wszyscy strajkujący, których zlokalizowano po imieniu i nazwisku, razem ponad 300 ludzi, dostali wypowiedzenia. Przez dwa kolejne dni protestowaliśmy przeciwko tej decyzji. Są na to dokumenty i zdjęcia. Gdyby nie abp Tadeusz Gocłowski, a także bp Zygmunt Pawłowicz, to byśmy zostali wyrzuceni z roboty na zbity pysk. Dopiero po ich interwencji i pomocy prawnej Jarosława i Lecha Kaczyńskich przywrócono nas do pracy.
– Jaka panowała atmosfera podczas tego strajku?
– Były różne etapy, od szarej rzeczywistości do lokalnego patriotyzmu. Ale służby bezpieczeństwa robiły swoje. Port był naszpikowany esbekami, była też straż graniczna. Straszono nas ze wszystkich możliwych stron. Były też okresy załamania. W pewnym momencie ludzie strajkujący w zakładzie zaczęli podpisywać listę chętnych do przystąpienia do pracy, a komitet strajkowy nic o tym nie wiedział. To była prowokacja, która miała wygasić strajk. Prawie wszyscy podpisali tę listę i wychodziło na to, że strajk trzeba kończyć. Popatrzyłem na nagłówek tej listy, a tam klauzula; „Poświadczam, że gotów jestem podjąć pracę z dniem…”. Wówczas oświadczyłem kierownictwu rejonu 1, że strajkujący są gotowi podjąć pracę od zaraz, ale pod warunkiem spełnienia naszych postulatów. Kazałem dopisać „natychmiast po spełnieniu postulatów strajkujących”. Za to o mało nie wyleciał z pracy kierownik. Jednak nie było innego wyjścia.
– Czy ten strajk coś dał, coś zmienił?
– Ekonomicznie nic. Mało tego. Pracownicy, którzy strajkowali, nie dostali za ten okres wynagrodzenia. To my, jako organizacja związkowa, płaciliśmy za te jedenaście dni strajku. W zamian za to zyskaliśmy duży stopień zaufania portowców dla podziemnej „S”. Próbowaliśmy też ludzi chronić, dając im możliwości doradztwa prawnego. Tym się zajmował Leszek Świtek. Przez cały okres trwania strajku nic w porcie nie zostało zniszczone, nawet jednej szyby nie zbito – to też był nasz duży sukces.
Pod względem moralnym oraz informacji przekazanych szerszemu społeczeństwu strajk ten pokazał, że „S” – wbrew Urbanowej propagandzie – funkcjonuje, że jej kierownictwo potrafi działać i to skutecznie. Port był i jest komunikatorem niemal z całym światem, rozeszła się więc niemal po całym świecie informacja o silnej „S’, mimo jej zdelegalizowania.
Strajki sierpniowe miały też bardzo duży wpływ na to, co stało się pół roku później. Jednak z perspektywy czasu dzisiaj mam moralnego kaca. Komuniści oddali władzę polityczną, natomiast zachowali władzę ekonomiczną, i tak jest niestety w wielu przypadkach do dzisiaj. Polityką i ideami nie można długo karmić społeczeństwa. To gospodarka jest podstawą bytu. Niestety, ówczesna opozycja jej nie przejęła, mimo oczekiwania i ogromnego poświęcenia zdecydowanej większości naszego społeczeństwa.
– Dziękuję za rozmowę.
Maria Giedz

 

Postulaty portu gdańskiego w sierpniu 1988
Legalizacja NSZZ „Solidarność”
Przywrócenie do pracy zwolnionych za działalność związkową
Nierepresjonowanie za strajk i pełne wynagrodzenia za postój strajkowy
Polepszenie warunków bhp oraz warunków socjalnych załogi portu, według programu „Solidarność” portu gdańskiego z lipca 1988
Niezwłoczne podjęcie działań w celu zmniejszenia zanieczyszczeń wody i powietrza na Wybrzeżu gdańskim
Przeprowadzenie referendum w sprawie kontynuowania budowy elektrowni atomowej w Żarnowcu
Podwyższenie zarobków pracowników portu o około 50 proc. przez takie ustawienie płac, aby stawka zasadnicza stanowiła 90 proc. zarobku. Podwyższenie dodatków za pracę w warunkach szkodliwych niebezpiecznych. Wypłata wysługi lat, nagród jubileuszowych i odpraw emerytalnych, obliczanych od stawki wynagrodzenia, a nie od najniższego wynagrodzenia w kraju
Przywrócenie deputatu węglowego
n Pracowników wydziałów kolejowych, zatrudnionych w systemie zmianowym, traktować jak robotników I kategorii według „Karty portowca”

 

Wdzięczność dla arcybiskupa
W klasztorze oo. Franciszkanów (kościół Morski) w Gdańsku Nowym Porcie 20 lipca br. „Solidarność” portu gdańskiego na uroczystej mszy świętej podziękowała księdzu arcybiskupowi Tadeuszowi Gocłowskiemu, Krajowemu Duszpasterzowi Ludzi Morza i Ludzi Pracy, za otaczanie wieloletnią duchową opieką portowców gdańskich.
W mszy świętej, odprawionej przez abp. Gocłowskiego wspólnie z prowincjałem zakonu franciszkanów ojcem Adrianem i gwardianem miejscowego klasztoru ojcem Gabrielem, uczestniczyło wielu byłych i obecnych pracowników portu gdańskiego, a także zaproszeni goście, m.in. byli b. marszałek Sejmu Maciej Płażyński, mecenas Tadeusz Kilian, obrońca portowców w procesach stanu wojennego, Krzysztof Dośla, przewodniczący Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”, Ryszard Strzyżewicz, prezes zarządu Morskiego Portu Gdańsk SA oraz Zdzisław Olechnowicz, dyrektor portowej Straży Pożarnej „Florian”. Przed rozpoczęciem mszy i na jej zakończenie z krótkim repertuarem pieśni z okresu stanu wojennego wystąpił także znany portowy bard Tolek Filipkowski.
Edward Fortuna, przewodniczący MKK NSZZ „Solidarność” Portu Gdańskiego, witając abp. Tadeusza Gocłowskiego oraz zaproszonych gości, powiedział m.in. – Intencją tej mszy świętej jest podziękowanie Panu Bogu za długoletnią posługę duszpasterską ks. abp dla nas – portowców. Chcę przypomnieć momenty, w których ks. abp był blisko nas i swoją postawą brał nas w obronę, zapobiegając w 1988 roku zwolnieniu z pracy ponad 300 portowców. Natomiast kiedy trzeba było iść do więzienia – szliśmy. To był też nasz wkład w budowę niepodległości.
Arcybiskup Tadeusz Gocłowski, zwracając się w swej homilii do zgromadzonych, powiedział: – Pamiętam wiele wydarzeń i zdarzeń z 1971 roku i później związanych ze śp. biskupem Kaczmarkiem, kiedy to komuniści kwestionowali wszystko, co było związane z wiarą i dążeniem do wolności. Portowcy byli od zawsze świadomi zbliżającej się wolności. Wasze zaangażowanie i walka były nacechowane roztropnością i cierpliwością.
Na zakończenie delegacja NSZZ „Solidarność” portu gdańskiego w podziękowaniu za wieloletnią opiekę wręczyła ks. abp. Tadeuszowi Gocłowskiemu replikę gdańskiej kogi, wykonaną ze srebra i bursztynu, wraz z dedykacją oraz piękną wiązankę kwiatów.
Ireneusz Leszka

 

Gdańska Stocznia Remontowa im. Józefa Piłsudskiego

Mądrość stoczniowców
Wszystkie protesty zaczynały się u nas na wydziale Kotlarnia – mówi Mirosław Piórek, przewodniczący Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” w Gdańskiej Stoczni „Remontowa” im. Józefa Piłsudskiego. Tak było także w sierpniu 1988 roku. Rozpoczął go Waldemar Głąb, jednak dopiero za „drugim podejściem”. – Na plebanii bazyliki św. Brygidy obradowali wówczas działacze i doradcy podziemnej „Solidarności”, m.in. z braćmi Kaczyńskimi, Romualdem Szeremietiewem, Bogdanem Borusewiczem. Pomimo moich rad stwierdzono wtedy, że strajk trzeba rozpocząć w poniedziałek po śniadaniu – opowiada Waldemar Głąb.
– Niestety, tak jak przewidywałem, nie był to dobry moment. Dlatego załogę udało się poderwać do strajku dopiero na drugi dzień – wspomina Waldemar Głąb. Dodaje, że nie było to łatwe, gdyż w stoczni powodziło się wówczas pracownikom relatywnie nieźle, stąd też niepowodzenie strajku majowego w „Remontówce”.
– Czuliśmy jednak wielki wstyd za maj i stąd też nasza wielka potrzeba zrehabilitowania się – opowiada Piórek, wówczas szef wydziałowej organizacji NSZZ „Solidarność”.
Aby zaktywizować robotników, przeprowadzono wybory do komisji wydziałowych NSZZ „Solidarność”, a później także do KZ. Po pierwszych dniach robotnicy zaczęli odczuwać potrzebę wsparcia ze strony osób, które mogą pokierować strajkiem, które będą miały pomysł, jak rozwiązać problemy organizacyjne.
– Przed strajkiem sierpniowym pracowałem w spółdzielni „Gdańsk”, w której zatrudnionych było wielu czołowych opozycjonistów lat osiemdziesiątych. Uczestniczyłem wcześniej także w strajku majowym w Stoczni Gdańskiej i z tego czasu znałem sporo młodych ludzi. Oni przyszli do mnie w sierpniu, uważając, że trzeba coś zrobić, trzeba kontynuować to, co zostało rozpoczęte w maju – mówi Lech Kosiak, doradca Komitetu Strajkowego stoczni w sierpniu 1988. Wspomina, że w spółdzielni istniała maszyna, na której można było wydrukować ulotki nawołujące do strajku.
– W stoczni znalazłem się dopiero po dwóch dniach strajku. Było to skutkiem aresztowania mnie oraz Piotra Bikonta z Video Studio Gdańsk właśnie wtedy, gdy zmierzaliśmy do stoczni. Po 48 godzinach przez płot dostaliśmy się jednak najpierw do Stoczni Gdańskiej. Bogdan Borusewicz skierował nas jednak do Stoczni Remontowej. Tam poznałem Waldemara Głąba i Janusza Stępnia. O dziwo, zaakceptowali mnie, choć byłem obcym człowiekiem. Mogli przecież podejrzewać prowokację – opowiada Kosiak.
Ustalono, że codziennie rano dzień będzie rozpoczynać się od przedstawienia przez Komitet Strajkowy bieżących informacji i planów działania. To miało na celu wprowadzenie pewnej dyscypliny i porządku do strajkowych dni. Zapewniono także dyrekcję, że strajkujący nie zamierzają wyrządzać żadnych szkód w zakładzie. Udało się wynegocjować salę na spotkania i dostęp do ciepłych napojów.
Ustalono, że nikt nie będzie w stoczni trzymany na siłę, przewidziano system przepustek w razie wypadków losowych. Aby zagospodarować sensownie czas spędzany na strajkach, organizowano spotkania ze znanymi postaciami opozycji czy publicystami, m.in. Romualdem Szeremietiewem i Teresą Torańską. Chodziło o to, by zainteresować załogę polityką, istotą działalności związku zawodowego, by przygotować pracowników do funkcjonowania w NSZZ „Solidarność”, którego ponownej legalizacji organizatorzy byli pewni. – Uruchomiliśmy własną prasę, a nawet własną telewizję, choć to możne dumnie brzmi. W jednej z hal stał telewizor, na którym wyświetlaliśmy filmy, nakręcone chwilę wcześniej na terenie Gdańska czy też na terenie stoczni – opowiada Kosiak.
Załoga zorganizowała nawet happening, w którym uczestniczyło „ZOMO”, dysponujące pojazdami, przerobionymi z wózków akumulatorowych, oraz strajkujący. Na terenie  stoczni rozegrano bitwę z „pałowaniem”, polewaniem wodą, rzucaniem kamieniami i aresztowaniami. A wszystko to pod okiem prawdziwego ZOMO, obserwującego akcję zza bramy i niewiedzącego, co o tym myśleć.
W „Remontówce” działało biuro prasowe z prawdziwego zdarzenia. – Prowadziliśmy nasłuchy Radia Wolna Europa, notowaliśmy i streszczaliśmy najważniejsze audycje w biuletynach. Dostaliśmy także aparat UKF, nastrojony na nadajniki milicyjne i prowadziliśmy nasłuchy ich rozmów – opowiada Krzysztof Szrejder.
Ze względu na dużą siłę liczebną strajkujących w „Remontówce”, mogli oni udzielać pomocy innym zakładom. O taką pomoc poprosiła np. Stocznia Północna czy Stocznia Nauta. – Pomagaliśmy im przeprowadzać wybory – wspomina Kosiak. Mirosław Piórek, wówczas szef organizacji wydziałowej „S”, wspomina, że bardzo ważne dla strajkujących stoczniowców były msze św., odprawiane przez księdza Stanisława Bogdanowicza oraz księdza Stanisława Płatka.
– Podziwiam mądrość stoczniowców, dla których wcale nie najważniejsze były postulaty płacowe. Chodziło im o Polskę, ale także o własny zakład pracy. Stąd jednym z najważniejszych postulatów Stoczni Remontowej było ściągnięcie z kontraktu zagranicznego inżyniera Piotra Soyki i uczynienie go dyrektorem zakładu – mówi Lech Kosiak. Podkreśla, że to sprawdziło się znakomicie i zaprocentowało ogromnym rozwojem stoczni.
Jak wspominają uczestnicy strajku, dyscyplinę i dobrą organizację „Remontówki” widać było bardzo dobrze w momencie zakończenia strajku. Cały teren został dokładnie posprzątany, a ogromna liczba strajkujących stoczniowców wyszła karnie w pochodzie przez bramę Stoczni Gdańskiej, zresztą zaznaczając wyraźnie swoją odrębność. – Krzyczeliśmy przy tym: „Jest nas trzystu!”, jako ironiczny komentarz do tezy rzecznika rządu Jerzego Urbana, że tylu właśnie ekstremistów strajkuje w stoczniach – opowiada Piórek.
„Remontówka” stanęła potem jeszcze raz, w dniach 8 i 9 listopada 1988 roku, ponieważ robotnicy uznali, że obietnica ponownej legalizacji„Solidarności” nie jest realizowana. Postanowili strajkiem przyspieszyć te działania. Prowadzili go Lech Kosiak oraz Andrzej Gwiazda, jednak po dwóch dniach postanowili go zakończyć, m.in. z powodu gwałtownej reakcji Lecha Wałęsy.
Jarosław Wierzchołowski

WALDEMAR GŁĄB, inicjator strajku w „Remontówce”, członek Komitetu Strajkowego – Dwa pierwsze dni były naprawdę bardzo trudne, z początku niewielu stoczniowców brało udział w strajku. Dopiero kiedy wywiesiliśmy transparenty i udekorowaliśmy bramę, podziałało to na ludzi i mogliśmy pochwalić się o wiele większą liczebnością niż sąsiednie stocznie. Po trzecim dniu strajku w stoczni zostało ok. 70 proc. załogi.  LECH KOSIAK, doradca Komitetu Strajkowego – Nie byłem w „Remontówce” od dwudziestu lat i dzisiaj widzę, jak bardzo zmienił się zakład i warunki, w jakich pracują moi koledzy. Widać, że tamta walka opłaciła się tutaj w bardzo wymierny sposób.  KRZYSZTOF SZREJDER, w czasie strajku pracował w biurze prasowym stoczni  – Prowadziliśmy nasłuchy Radia Wolna Europa, notowaliśmy i streszczaliśmy najważniejsze audycje w biuletynach. Dostaliśmy także aparat UKF, nastrojony na nadajniki milicyjne i prowadziliśmy nasłuchy ich rozmów.


INSTYTUT PAMIĘCI NARODOWEJ O SIERPNIU 1988

To wtedy obalano komunizm

Strajki w Polsce w sierpniu 1988 roku rozpoczęły się na Górnym Śląsku – 15 sierpnia zastrajkowała załoga kopalni Manifest Lipcowy, wkrótce przyłączyło się kilkanaście kopalni, powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy z siedzibą w Jastrzębiu. 

Początki

17 sierpnia rozpoczęła strajk załoga Zarządu Portu Szczecin-Świnoujście, dzień później – 18 sierpnia – stanęła komunikacja miejska w Szczecinie. Został utworzony Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. W piątek, 19 sierpnia na wiecu w Stoczni Gdańskiej im. Lenina Lech Wałęsa zapowiedział rozpoczęcie strajku w stoczni w poniedziałek, 22 sierpnia, jeżeli władze nie wyrażą zgody na żądania strajkujących robotników. Najważniejszym, podstawowym postulatem było reaktywowanie NSZZ „Solidarność”. Tego samego dnia jawnie już działająca Komisja Zakładowa „S” Morskiego Portu Handlowego w Gdańsku wydała oświadczenie, w którym solidaryzuje się ze strajkującymi na Górnym Śląsku i w Szczecinie. Ogłoszono gotowość strajkową.

20 sierpnia od godziny 7 rano nie podjęto pracy w Rejonie IV (zwanym też Portem Północnym) MPH w Gdańsku. Główną rolę w zorganizowaniu tego protestu odegrał Jan Hałas – czołowy działacz „S” portu od 1980 roku, przywrócony do pracy 19 sierpnia. Do protestujących przybył Czesław Nowak, przewodniczący portowej „S”. Na skutek podjętych przez dyrektora indywidualnych rozmów z każdym z protestujących, o godzinie 15.30 przerwano strajk. 

Jutro strajk

W niedzielę, 21 sierpnia na wiecu po mszy św. w kościele św. Brygidy w Gdańsku Lech Wałęsa wystąpił z ofertą zawieszenia planu rozpoczęcia strajku w Stoczni Gdańskiej, jeśli rząd wyrazi gotowość przystąpienia do rozmów. Wobec postawy zgromadzonych na placu, twardo skandujących „Jutro strajk!” oraz reakcji doradców, Lech Wałęsa ostatecznie ogłosił, że strajk rozpocznie się w poniedziałek, o ile w wieczornym Dzienniku Telewizyjnym nie zostanie potwierdzone zaproszenie do rozmów. Ustalono także, że w poniedziałek, 22 sierpnia o godzinie 7 staną jednocześnie dwie stocznie – Gdańska i Północna. W poniedziałek, 22 sierpnia rano zgodnie z planem rozpoczął się strajk w obu stoczniach, stanęły również Rejon I i powtórnie Rejon IV gdańskiego portu. 

Powołano komitety strajkowe, na czele KS Stoczni Gdańskiej stanął Alojzy Szablewski, w Stoczni Północnej Bolesław Konopka, przewodniczącym strajku w Rejonie I portu został wybrany Ireneusz Leszka, z kolei Jana Hałasa wybrano na przewodniczącego KS Rejonu IV (Portu Północnego). Jednocześnie z dniem 22 sierpnia zgodnie z propozycją Bogusława Gołąba utworzony został Międzyzakładowy Komitet Strajkowy z siedzibą w Stoczni Gdańskiej. W skład MKS weszli: Jacek Merkel (przewodniczący), Alojzy Szablewski, Edward Szwajkiewicz jako przedstawiciele Stoczni Gdańskiej oraz Jerzy Kmiecik i Bogusław Gołąb – przedstawiciele Stoczni Północnej. 

Noc z 22 na 23 sierpnia była najtrudniejsza dla strajkujących w Stoczni Północnej, zakład był zmilitaryzowany, podlegał MON, strajkujących pierwszej nocy było niewielu, może kilkudziesięciu, ponadto w stoczni zakotwiczona była jednostka Marynarki Wojennej Związku Radzieckiego. Strajkujący stoczniowcy z „Północnej” mieli pełne podstawy obawiać się prowokacji.  

Strajk się rozszerza

23 sierpnia (we wtorek) do strajku przystąpili pracownicy Gdańskiej Stoczni Remontowej (próba zorganizowania strajku w poniedziałek, 22 sierpnia nie powiodła się). Przewodniczącym Komitetu Strajkowego został wybrany Waldemar Głąb, stocznia przystąpiła do MKS-u, delegując doń Jerzego Pększa i Edwarda Pawlaka. 

23 sierpnia w skład MKS wszedł również Morski Port Handlowy w Gdańsku, którego delegatem został Lech Małodziński. Tego samego dnia rozpoczął się strajk w Stoczni „Wisła”, jego inicjatorem był Jan Stanecki, organizator strajku majowego w Stoczni Gdańskiej. Jan Stanecki stanął na czele Komitetu Strajkowego, a stocznia zgłosiła swoje przystąpienie do MKS. 

24 sierpnia do MKS z siedzibą w Stoczni Gdańskiej im. Lenina dołączył kolejny, szósty już zakład – Stocznia Remontowa „Radunia”. Przewodniczącym KS został Henryk Tederko, delegatem do MKS Mieczysław Olender.

Skład MKS powiększył się o delegata Rejonu IV (Portu Północnego) MPH w Gdańsku Grzegorza Szwedę. W środę 25 sierpnia dołączył kolejny delegat portu Antoni Grabarczyk.

Sierpniowy strajk w gdańskich stoczniach przebiegał w znacznie spokojniejszej atmosferze aniżeli strajk majowy w Stoczni Gdańskiej. W strajkowe noce siły milicyjne nie urządzały demonstracji siły i nie symulowały na taką skalę ataków na bramy, jak to miało miejsce na wiosnę.

Zaistniał swoisty folklor strajkowy, na tym polu szczególne zasługi położył znany artysta Piotr Szczepanik. W organizacji strajku bardzo przydała się aparatura nagłaśniająca, będąca własnością piosenkarza. Młodzi pracownicy stoczni organizowali happeningi, będące przede wszystkim satyrą na działania i zachowania ZOMO. Podczas trwania protestu z programem artystycznym występowali aktorzy z Teatru Wybrzeże. Tak jak w maju, liczne było grono doradców – Lech i Jarosław Kaczyńscy, Bogdan Borusewicz, Tadeusz Mazowiecki, Krzysztof Wyszkowski, Władysław Siła-Nowicki. 

Obietnice i groźby

Zupełnie inaczej miała się sytuacja ze strajkiem w gdańskim porcie. Dyrektor naczelny zakładu Wojciech Przewięda z dniem 26 sierpnia po uprzedniej zgodzie Rady Pracowniczej zarządził rozwiązanie rejonów I, II, IV portu. Nakazał wszystkim pracownikom ww. rejonów opuszczenie terenu zakładu pracy (z wyjątkiem osób wskazanych przez kierownictwo). Zakomunikował, że z pracownikami, którzy do 25 sierpnia nie złożyli deklaracji o chęci do pracy, zostaje rozwiązana umowa o pracę z powodu ciężkiego naruszenia obowiązków pracowniczych.

Wydane oświadczenie jeszcze bardziej wzmogło determinację strajkujących portowców, którzy do swoich postulatów dołączyli jeszcze jeden – odwołanie dyrektora naczelnego.

W tych pełnych napięcia strajkowych dniach trwały już dyskretne kontakty prof. Andrzeja Stelmachowskiego z przedstawicielami władz Józefem Czyrkiem i Stanisławem Cioskiem. Ich pośrednikiem był ks. Alojzy Orszulik, dyrektor Biura Prasowego Episkopatu. Przedstawicielom władz przekazano oświadczenie Lecha Wałęsy, domagano się w nim legalizacji NSZZ „Solidarność”, wolności stowarzyszania się oraz zaoferowano „współdziałanie na rzecz wyjścia z kryzysu”.

W odpowiedzi gen. Czesław Kiszczak wyraził gotowość podjęcia rozmów z opozycją, nie stawiając żadnych warunków wstępnych, mogłyby one przyjąć formę „okrągłego stołu”. Wykluczył jednak możliwość uczestnictwa w nich „osób odrzucających porządek prawny i konstytucyjny PRL”. 

W poniedziałek, 29 sierpnia w odpowiedzi na zachętę ze strony Czesława Kiszczaka, swoje oświadczenie wydał Lech Wałęsa, który zadeklarował, że jest gotów w każdej chwili „bez stawiania warunków wstępnych przystąpić do rozmów z władzami w imieniu „Solidarności”. W tekście oświadczenia znalazło się stwierdzenie, iż strajki zostaną „zawieszone”, jeśli tylko okaże się, że ewentualne rozmowy „otworzą perspektywę rozwiązania naszych problemów”.

31 sierpnia w willi MSW przy ulicy Zawrat w Warszawie doszło do spotkania Lecha Wałęsy z gen. Czesławem Kiszczakiem i Stanisławem Cioskiem w obecności biskupa Jerzego Dąbrowskiego. Strona rządowa uzależniła rozpoczęcie rozmów przy „okrągłym stole” od zakończenia strajków, Lech Wałęsa zobowiązał się do przerwania akcji strajkowych, zaznaczając jednocześnie, że sprawy „okrągłego stołu” są ważne, ale „najważniejsza jest sprawa „Solidarności”, a potem pluralizmu”. 

Zwycięstwo i represje

Po powrocie Lecha Wałęsy do stoczni wśród członków MKS zapanowało rozgoryczenie z powodu podjęcia decyzji o zakończeniu strajku bez konsultacji ze strajkującymi załogami. Padały zarzuty zdrady, kapitulanctwa. Pomimo to przeważyła opinia, że należy się podporządkować decyzji przywódcy „S”. Większością głosów uchwalono, że strajk zakończy się następnego dnia, w czwartek, 1 września.

Kilkuset, głównie młodych pracowników, niepogodzonych z decyzją Wałęsy, wyszło ze stoczni przed wyznaczoną godziną wymarszu. O 14.25 sprzed Bramy nr 2 Stoczni Gdańskiej wyruszyło kilka tysięcy strajkujących. Po dołączeniu się kilku tysięcy oczekujących przed bramą, około dziesięciotysięczny tłum udał się do kościoła św. Brygidy. Licznych gości przywitał ks. Henryk Jankowski, mszę św. odprawił ks. biskup Tadeusz Gocłowski. Odczytał on oświadczenie Episkopatu Polski o wzięciu odpowiedzialności przez Kościół za zagwarantowanie bezpieczeństwa osobistego i pracowniczego uczestników strajków. 

Słowa te miały szczególne znaczenie dla strajkujących w Porcie Gdańskim. Po zakończeniu protestu zostali oni poinformowani przez dyrektora naczelnego, że pracownicy biorący udział w proteście zostali zwolnieni dyscyplinarnie. Łącznie zwolniono z pracy 308 portowców. Po kilku dniach rozmów z dyrekcją portu uchylono decyzję o rozwiązaniu umów o pracę 308 strajkującym. Również członkowie KS Stoczni Północnej pozostawali kilka dni bez pracy, dopiero na skutek interwencji episkopatu zostali przywróceni.

Warto powiedzieć również, że Prokuratura Rejonowa w Gdańsku po strajkach sierpniowych prowadziła postępowanie przeciwko członkom komitetów strajkowych protestujących zakładów. Postępowanie to zostało umorzone pod koniec 1988 roku.

Po kilku dniach od zakończenia sierpniowego strajku, Międzyzakładowy Komitet Strajkowy przekształcił się w Międzyzakładowy Komitet Organizacyjny, który przystąpił do prac na rzecz odtwarzania struktur NSZZ „S”, ze znacznym wyprzedzeniem decyzji „okrągłego stołu”. Tym aktem „Solidarność” otworzyła nową kartę, której celem była niepodległość i suwerenność Polski.

Arkadiusz Kazański
IPN Gdańsk 

–––––––––––––––

W artykule „Majowe stoczniowe dni”, zamieszczonym w nr. 5/2008 „Magazynu Solidarność”, znalazł się błąd. Autor przeprasza za niecelowe pominięcie w składzie MKS osoby Bogusława Gołąba, współorganizatora strajku majowego w Stoczni Gdańskiej z ramienia Stoczni Północnej.

 

 


Strajk sierpniowy miał swoje preludium w maju

Strajkowe refleksje

Strajki, majowy i sierpniowy 1988 roku – wspominają:
Paweł Świerczyński, który był członkiem komitetu strajkowego w obu strajkach w 1988 r.
Piotr Babiński, artysta plastyk, nauczyciel wychowania plastycznego, wówczas student akademii poznańskiej.

Opowiada
Piotr Babiński

W połowie lat 80. i wcześniej zetknąłem się z działaczami podziemia: moim szwagrem Andrzejem Ziemińskim – działaczem podziemnej „Solidarności” portowej ze Szczecina, Krzysztofem Dowgiałło i Januszem Pałubickim.
Kiedy dotarłem do Bramy nr 2 Stoczni Gdańskiej, za prętami rozpoznałem Krzysztofa Dowgiałłę i zapytałem, czy mogę przyłączyć się do strajkujących. W stołówce poznałem młodych działaczy podziemia: Mariusza Wilczyńskiego, Piotra Semkę, Jacka Kurskiego, także Wojtka Jankowskiego i Krzysztofa Galińskiego z WIP-u, Darka Krawczyka z FMW z ramką sitodrukową, Mirka Błaszkiewicza i Lecha Kosiaka ze spółdzielni „Gdańsk”, którzy uczestniczyli w lotnych patrolach wspomagających warty na bramach, i mnóstwo innych osób. W okolicach stołówki odbywał się druk ulotek strajkowych, tam też powstawały rozmaite transparenty i plakaty, stemple poczty strajkowej, w których tworzeniu uczestniczyłem.
Blokada stoczni była dużym obciążeniem dla strajkujących, nie miałem butów na zmianę, krucho było z bielizną. Nie brakowało za to kawy i papierosów, te były dostarczane z Brygidy przez kurierów. Przywódcą strajkujących był Alojzy Szablewski, budzący szacunek z racji wieku. Młodzież spoza stoczni – studenci, działacze podziemia, WIP, FMW – uczestniczyli w tym strajku z ogromnym przejęciem i poczuciem obowiązku. Dla tej części uczestników przywódcą był niewątpliwie Bogdan Borusewicz.
Postanowiłem, że moje miejsce jest w patrolach. Chodziłem w nocy w kilkunastoosobowych grupach. Pamiętam, jak napotykaliśmy patrole Obrony Cywilnej. W milczeniu mijały się podobne liczebnie, wrogie grupy mężczyzn.
Podczas malowania ogromnego transparentu z napisem: „STRAJK TRWA!” poznałem Pawła Maciejewskiego, malarza z K-3, członka KS. To on wtedy zachęcił mnie do wydawania nowego pisma stoczniowego, wydziałowego „Głos Trzeciej Bramy”. Pismo miało poruszać konkretne problemy pracowników, piętnować niesprawiedliwość majstrów, kradzieże.
Pozorowane ataki ZOMO, brak efektów negocjacji, plotki o możliwej pacyfikacji dawały się we znaki. Liczba strajkujących, szczególnie nocą, kurczyła się, ale ci, którzy pozostawali, wydawali się nie do pokonania. Jednak strajk zakończył się bez rezultatów.
Do stoczni wróciłem w sierpniu jako redaktor zakładowej gazetki. Przed strajkiem aresztowano na krótko Wojtka Krefta, który redagował „Rozwagę i Solidarność”, drukarze spóźnili się. I to nasza grupa „Trzeciej bramy” drukowała „Rozwagę i Solidarność”, „Trzecią bramę”, ulotki i komunikaty strajkowe.

 

Opowiada
Paweł Świerczyński

17 września 1987 roku rozpocząłem pracę w Stoczni Gdańskiej im. Lenina na wydziale S-5, zajmującym się budową silników okrętowych. 2 maja 1988 roku wszedłem do Komitetu Strajkowego.
Mój wydział S-5 nie dołączył się do pochodu strajkujących w godzinach przedpołudniowych na terenie stoczni. Dopiero wychodząc o 14 zobaczyłem przy 2 bramie przemawiającego do wychodzących pracowników Jana Staneckiego, który próbował ich zatrzymać w celu rozpoczęcia strajku solidarnościowego z pracownikami Nowej Huty. W tym momencie od razu stanąłem przy nim i zacząłem mu pomagać.
Dla mnie wejście w majowy strajk 1988 roku było bardzo spontaniczne i oczywiste.  Uważałem, tak jak wielu moich rówieśników, że przywrócenie do legalnego działania „Solidarności” będzie lekiem na całe otaczające nas zło, da nam perspektywę lepszego życia, otworzy możliwości dla poprawy bytu i warunków mieszkaniowych.
W pierwszym dniu strajku było nas niewielu, nie wiem 200 czy 400 zostało na noc. Naszą stocznię zaczęły otaczać oddziały milicji, a wewnątrz inicjatywę zaczęli przejmować działacze podziemnych struktur „S” w zakładzie, z Alojzym Szablewskim, Brunonem Baranowskim i innymi. Wśród strajkujących na palcach jednej ręki można było wymienić doświadczonych weteranów pamiętających Grudzień 1970 roku, takich jak Marian Moćko (W-2), Jan Wójcik (K-2), Paweł Zińczuk, Jan Jabłoński. Byli oni dla nas wzorem postaw oraz potwierdzeniem słuszności protestu. Swoją obecnością dawali poczucie sensu i ciągłości historycznego procesu walki z totalitarnym reżimem. Ufaliśmy i wierzyliśmy w sukces naszego protestu. Obecność Borusewicza, Celińskiego, Dowgiałły, Gwiazdy, braci Kaczyńskich, mecenasa Siły-Nowickiego, profesora Stelmachowskiego, Wyszkowskiego i mecenasa Wielowieyskiego dawała poczucie pewności zwycięstwa oraz powagi zmagań z rządzącą władzą.
Wewnątrz stoczni kwitło życie strajkowe, wychodziły strajkowe numery „Rozwagi i Solidarności”, powstawały teksty piosenek („Gdy nadszedł maj stanęła stocznia”, o Urbanie na melodię o „Janiczku”). Toczono rozmowy z dyrekcją, ale sensu dużego one nie miały, gdyż postulat dotyczący przywrócenia do legalnego działania NSZZ „S” nie był w ich gestii. Na bieżąco były kontakty z arcybiskupem Gocłowskim, który przyjeżdżał do stoczni. Były też wieczorki wspomnień, wykłady polityczne, historyczne (Gwiazda, Celiński, Siła-Nowicki).
Bardzo aktywni w strajkach majowych i sierpniowych byli późniejsi założyciele tzw. grupy DYM: Zbigniew Stefański, Sławomir Adamski i Gerard Kreinbring. W maju pamiętam ich najbardziej z pracy poligraficznej, ale byli oni zaangażowani w każdą akcję, protesty, zadymy. Byli najbardziej radykalnym skrzydłem wśród młodych robotników.
Obok nich uformowała się po strajku majowym 1988 roku grupa o nazwie „OPOZYCJA 88” do której należeli Jan Stanecki, Wiesław Płocharczyk, Mirosław Rusewicz, Leszek Olejniczak, Paweł Świerczyński i inni.
W strajkach majowych charakterystycznymi osobami byli kucharze przygotowujący posiłki dla strajkujących: Czesław Brodowski – stolarz oraz Antoni… (nazwiska nie pamiętam), obaj mieszkańcy hotelu na Racławickiej. Mieli doświadczenie z życia zawodowego („Toni” kucharzył na statku, zaś Czesiek pracował w knajpach).
Dzień witaliśmy modlitwą, śpiewając także „Kiedy ranne wstają zorze”, zaś wieczorem uczestniczyliśmy chętnie w Apelu Jasnogórskim. Uczestniczenie w tych duchowych przeżyciach dawało nam siłę przetrwania i wzmacniało poczucie patriotyzmu i solidarności w działaniu. Odbywały się też msze św. z udziałem ks. Jankowskiego i ks. Bryka, podczas których chętni mogli się spowiadać.
Nie osiągnęliśmy zbyt wiele w wyniku majowego strajku. Nową Hutę spacyfikowało ZOMO, strajki nie rozszerzyły się na inne zakłady. Mało kto zdawał sobie sprawę, że dzięki strajkowi majowemu kolejne pokolenie robotników i studentów dołączyło do historycznej walki z narzuconym Polsce po wojnie totalitarnym systemem.
Po siedmiu latach od wprowadzenia stanu wojennego przyszła tzw. wiosna „Solidarności”. Młodzi robotnicy, którzy w większości byli uczestnikami wszystkich manifestacji i nielegalnych zgromadzeń po wprowadzeniu stanu wojennego, upomnieli się o przywrócenie do legalnego działania NSZZ „Solidarność”. Po zakończeniu strajku majowego kilkanaście wydziałów, poczynając od K-1, przeprowadziło demokratyczne wybory do komisji wydziałowych NSZZ „S”, które bez przeszkód funkcjonowały w zakładzie pracy. W hotelu robotniczym przy ul. Racławickiej, skąd większość mieszkańców uczestniczyła w majowym proteście, wymieniono samorząd i rozpoczęto ciekawe działania zmieniające szarą rzeczywistość hotelowego życia. Utworzono koło historyczne z wykładami na temat najnowszej historii Polski. Organizowano spotkania z ciekawymi ludźmi co najmniej raz w miesiącu (pamiętam Bogdana Borusewicza i Leszka Moczulskiego). W starej gablocie hotelowej przepiłowano kłódki i zrobiono wystawę fotograficzną majowego strajku. Oczywiście kolportowano prasę niezależną, głównie „Rozwagę i Solidarność”.
Wzmożona aktywność i działanie zbliżały nas do ostatecznego zwarcia, czyli strajku sierpniowego 1988 roku.
Zebrał (kd)

Download PDF
Powrót Drukuj stronę