Majowe stoczniowe dni

Na wiosnę 1988 władze PRL nie były w stanie poradzić sobie z narastającym kryzysem społecznym i gospodarczym, szumnie zapowiadane programy reformy gospodarczej sprowadzały się do kolejnych podwyżek cen, pozbawiony zachodnich kredytów system „realnego socjalizmu” dogorywał. Zdecydowana większość społeczeństwa polskiego znajdowała się w trudnej sytuacji ekonomicznej i życiowej. Atmosfera społeczno-polityczna w kraju stawała się coraz bardziej napięta.


W drugiej połowie kwietnia 1988 rozpoczęły się protesty płacowe. Jako pierwsi zastrajkowali pracownicy komunikacji miejskiej w Bydgoszczy – 25 kwietnia, dzień później – Huta im. Lenina w Nowej Hucie, 29 kwietnia – huta w Stalowej Woli.
Strajk w Bydgoszczy zakończono w godzinach wieczornych 25 kwietnia – władze wojewódzkie zdecydowały się na spełnienie żądań płacowych, protest w Stalowej Woli załamał się bardzo szybko, strajkowała jedynie Nowa Huta.
W środowisku Stoczni Gdańskiej im. Lenina bacznie przyglądano się rozwojowi strajkowych wydarzeń, zdawano sobie sprawę z ogromnej roli, jaką ma do odegrania w tej sytuacji Stocznia Gdańska – symbol „Solidarności”, powszechne było oczekiwanie, że stocznia stanie i przyłączy się do strajku Nowej Huty.
1 maja, w niedzielę, w Gdańsku po mszy św. w kościele św. Brygidy podczas wiecu na przykościelnym dziedzińcu Lech Wałęsa, odnosząc się do sytuacji i odpowiadając na powtarzające się pytania, czy stocznia stanie, expressis verbis nie użył słowa „strajk”, ale jego wypowiedzi były na tyle jednoznaczne, że można było się domyśleć, iż tak w istocie będzie. Sens wypowiedzi Wałęsy zgodny był z oświadczeniem Tajnej Komisji Zakładowej „S” stoczni wydanym 29 lub 30 kwietnia, w którym zapowiedziano, że jeżeli władze nie spełnią postulatów hutników z Krakowa, stocznia włączy się w akcję protestacyjną, chociaż na linii przewodniczący – tajna struktura nie doszło do żadnych uzgodnień na ten temat.

 

Początek

W poniedziałek, 2 maja od samego rana w stoczni czuć było, że „coś wisi w powietrzu”. Około godz. 6.30 do działacza TKZ Brunona Baranowskiego (wtedy spawacza na wydziale K-2) zgłosiło się trzech młodych robotników z wydziału K-1 („od Borowczaka”) z pytaniami: „co robić”?, „co ze strajkiem”? Baranowski nie do końca wiedział, co w tej sytuacji należy uczynić. Co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze, w ramach tajnej struktury uzgodnione było, że pogotowie strajkowe (strajk?) rozpocznie się dopiero we wtorek, a nie w poniedziałek. W zamierzeniu działaczy TKZ poniedziałek miał być tym dniem, w którym opadną największe emocje, po drugie Brunon Baranowski nie znał przybyłych do niego stoczniowców, w związku z tym nie do końca im ufał. Po trzecie zaś, jak wspomina ten były działacz podziemnej organizacji: „Byłem obstawiony stoczniowymi esbekami, którzy patrzyli na każdy mój krok. Sytuacja była niejasna, nie wiadomo było, jak to się wszystko skończy. Nie chciałem dekonspirować swoich kontaktów”.
Strajkowi emisariusze z K-1 nie odeszli jednak z kwitkiem, Baranowski zapewnił ich, że jeżeli dojdzie do strajku, to on powiadomi „odpowiednich ludzi, którzy pomogą im w prowadzeniu akcji protestacyjnej”
Strajk wybuchł na wydziale K-1, hasło do rozpoczęcia rzucił spawacz Jan Stanecki. Około godz. 9.30 zawiązała się na kilkudziesięcioosobowa grupa stoczniowców, na czele ze Staneckim, która zadecydowała o przerwaniu pracy. Następnie ludzie ci z biało-czerwonymi i stoczniowymi flagami przeszli przez inne wydziały, nawołując do przyłączania się do akcji strajkowej. Po obchodzie stoczni, w grupie aktywnych strajkujących znalazło się około 400-500 osób, skierowali oni swoje kroki pod budynek dyrekcji.
Według wspomnień Alojzego Szablewskiego, przewodniczącego TKZ, wśród zebranych pod budynkiem dyrekcji 90 procent stanowili ludzie młodzi, o niewielkim stażu pracowniczym. Wybrali oni Szablewskiego na przewodniczącego Komitetu Strajkowego, spisano i ogłoszono postulaty. Było ich pięć:
podwyżka zarobków o 15–20 tys. zł
przywrócenie legalnej działalności NSZZ „Solidarność”
zwolnienie wszystkich więźniów politycznych
przyjęcie do pracy wszystkich zwolnionych za przekonania polityczne
nierepresjonowanie i gwarancje bezpieczeństwa dla wszystkich strajkujących.
Dla Szablewskiego, jak i innych działacz TKZ stoczni najważniejsze było przywrócenie do legalnej działalności „S”. Związek miał bowiem spełniać rolę instytucjonalnej płaszczyzny, a zarazem gwaranta dla realizacji pozostałych postulatów. Rodzaj zgłoszonych żądań jednoznacznie określał polityczny charakter akcji protestacyjnej. O tym, że strajk w stoczni prowadzony będzie pod szyldem „S”, według Brunona Baranowskiego, zadecydowały trzy osoby: Szablewski, Marian Moćko i on sam. Zgodnie z ich intencją, wejście w strajk jako „Solidarność” służyć miało rozciągnięciu nad strajkującymi parasola ochronnego, który w przypadku niepowodzenia akcji protestacyjnej łagodzić miał ewentualne represje władz.
Doszło do pierwszych rozmów z dyrekcją zakładu, które jednak nie przyniosły żadnych rezultatów.
W godzinach popołudniowych do stoczni po raz pierwszy przyjechał Lech Wałęsa, który w swoim oświadczeniu poparł i pozdrowił strajkujących, opuścił ich jednak i udał się do domu.
Na pierwszą strajkową noc w zakładzie zostało około 500–1000 osób.


Dzień drugi

Lech Wałęsa przybył do stoczni następnego dnia – 3 maja, w dalszym ciągu był jednak niezdecydowany, czekał na rozwój wydarzeń, był zawiedziony małą liczbą strajkujących.
Do stoczni przybyli pierwsi doradcy: Jarosław i Lech Kaczyńscy, Krzysztof Dowgiałło. Lech Kaczyński został wybrany rzecznikiem Komitetu Strajkowego. Również 3 maja mecenas Jacek Taylor złożył w Sądzie Wojewódzkim w Gdańsku wniosek o rejestrację Komitetu Założycielskiego NSZZ „S” Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Wniosek podpisany został przez czternastu członków komitetu, na liście znaleźli się: Andrzej Durzyński, Jan Grzelka, Eugeniusz Ignarski, Jan Jabłoński, Paweł Maciejewski, Adam Makarewicz, Marian Moćko, Wiesław Piela, Bronisław Przybysz, Edmund Soszyński, Alojzy Szablewski, Grzegorz Szrejder, Jan Wójcik, Paweł Zińczuk. Z tych osób tylko dwie (Szablewski i Zińczuk) były formalnie członkami Tajnej Komisji Zakładowej „S” stoczni.
Zgodnie z przyjętym planem postępowania, w trakcie majowego strajku nie doszło do zdekonspirowania podziemnej struktury. Tylko pojedynczy jej członkowie w sposób oficjalny włączyli się w organizowanie i prowadzenie akcji protestacyjnej oraz w próbę legalizacji (na terenie stoczni) związku zawodowego „S”. Jednak nawet oni przy okazji swoich działań nie ujawniali ani nie powoływali się na swoje związki z tajną strukturą.
Tego samego drugiego dnia protestu w Stoczni Gdańskiej wybrano formalnie Komitet Strajkowy. Jego skład do 6 maja był tajny. Dopiero trzy dni po powstaniu struktury strajkujący zdecydowali się ujawnić listę jego członków. W momencie utworzenia w skład KS wchodziły następujące osoby: Mieczysław Chełminiak, Edwin Dobrzyński, Andrzej Durzyński, Roman Gałęzewski, Jan Górczak (wiceprzewodniczący), Jan Grzela, Janusz Maliczenko, Marian Moćko, Zdzisław Pokładzki, Krzysztof Siwek, Jan Stanecki, Alojzy Szablewski (przewodniczący), Edward Szwajkiewicz, Paweł Świerczyński, Jan Wójcik. Skład komitetu nie był stały. W trakcie trwania strajku doszło do kilku zmian w jego ramach. W momencie, gdy zdecydowano się ujawnić nazwiska osób tworzących Komitet Strajkowy, w jego składzie nie było już Grzeli, Maliczenki, Pokładzkiego i Siwka. Zastąpili ich: Marek Hinburg, Jan Jabłoński, Wojciech Kreft (przedstawiciel Uniwersytetu Gdańskiego).

 

Dzień trzeci

Środa, 4 maja rozpoczęła się od porannego przemarszu po terenie stoczni, zaopatrzonych w biało-czerwone flagi (z napisem „Solidarność”) robotników. Strajkujący zachęcali przybyłych do zakładu pracowników, aby ci przyłączali się do akcji protestacyjnej. Podczas zebrania KS strajkowe władze poinformowały o poparciu, jakim cieszył się protest stoczniowców. Odczytano listy z wyrazami poparcia nadesłane przez kilkanaście środowisk i zakładów pracy. Wśród nich były: PSK nr 3 i Akademia Medyczna w Gdańsku, Zakład Remontowy Energetyki, Spółdzielnia Pracy Usług Wysokościowych Gdańsk, Spółdzielnia Doradca, Modem, Spółka Omega, środowisko „Przeglądu Politycznego”, pismo gdańskich neonarodowców „Polityka Polska”, Ośrodek Analizy Wartości.
Przybyli delegaci „S” Ziemi Tczewskiej, robotnicy ze stoczni Radunia oraz studenci Uniwersytetu Gdańskiego, którzy równolegle podjęli solidarnościowy strajk okupacyjny na Wydziale Humanistycznym. 4 maja zastrajkowali również studenci Politechniki Gdańskiej, strajk wobec nacisków prokuratora i Senatu uczelni został jednak zawieszony.
Wobec utrzymującego się od początku strajku faktu ignorowania strajkujących przez dyrektora stoczni Czesława Tołwińskiego, radosną dla nich wiadomością było przybycie wysłanników Episkopatu Polski – Tadeusza Mazowieckiego i Andrzeja Wielowieyskiego wraz z nimi ponownie przyjechał Lech Wałęsa, a także trzech kolejnych doradców: Andrzej Celiński, Aleksander Hall, Adam Kinaszewski. Optymizm ten niebawem przygasł, kiedy to wysłannicy Episkopatu wrócili z rozmów z dyrekcją z pustymi rękoma. Na dodatek nie udało się rozpocząć strajku w Gdańskiej Stoczni Remontowej, pomimo wysłania tam dwustu stoczniowców na czele z Andrzejem Gwiazdą. Taki obrót sprawy w nieuchronny sposób negatywnie wpłynął na samopoczucie osamotnionych stoczniowców Stoczni Gdańskiej.

 

Dzień czwarty

5 maja nad ranem dotarła do Stoczni Gdańskiej wiadomość o pacyfikacji przez oddziały ZOMO strajku w Hucie im. Lenina. W odpowiedzi na pacyfikację Nowej Huty, Komitet Strajkowy w Stoczni Gdańskiej wydał specjalny komunikat, w którym potępiono zastosowanie przemocy wobec robotników oraz stwierdzono, że takie działanie jest sprzeczne z narodowym interesem Polski. Strajkowe władze opublikowały również protest w sprawie decyzji dyrektora stoczni o zawieszeniu jej działalności.
Kolejny dzień nie przyniósł poprawy nastrojów, do strajkujących dotarły informacje o decyzji dyrektora Tołwińskiego w sprawie zawieszenia działalności stoczni – od 5 maja do odwołania. Decyzja wywołała spory niepokój wśród robotników. W tamtej chwili ich morale nie było zbyt duże. Pojawiły się dramatyczne pytania o dalsze losy stoczni oraz o to, co stanie się w przyszłości z załogą zakładu. Dla przeciwdziałania dalszym negatywnym skutkom otrzymanej informacji Lech Wałęsa (od 4 maja został w zakładzie aż do zakończenia strajku) poinformował strajkujących, że za strajk otrzymają oni wypłaty pochodzące ze środków NSZZ „S”. Obowiązek wypłacenia pieniędzy wzięła na siebie Komisja Interwencji i Praworządności związku, a odpowiednia decyzja została podpisana przez Lecha Wałęsę i Zbigniewa Romaszewskiego.
Pierwsza po pacyfikacji Nowej Huty noc w Stoczni Gdańskiej była bardzo nerwowa. Stoczniowcy spodziewali się, że władze PRL kontynuować będą bezkompromisową postawę wobec strajkujących i że tej nocy celem ataku ZOMO będzie stocznia. Pomimo nocnych prowokacji, do szturmu na stocznię jednak nie doszło.

 

Dzień piąty

6 maja Komitet Strajkowy zdecydował się ujawnić swój skład oraz zwrócił się do biskupa gdańskiego Tadeusza Gocłowskiego o pomoc w umożliwieniu rodzinom stoczniowców podejścia do bramy nr 2 oraz odprawienie przez ks. Henryka Jankowskiego mszy św. na terenie zakładu. Od tej pory biskup gdański aktywnie włączył się w proces szukania porozumienia na linii strajkujący – władze. Jeszcze tego samego dnia o godz. 15 delegacja strajkujących w składzie: Jan Górczak, Brunon Baranowski, Lech Kaczyński, Tadeusz Mazowiecki udała się do rezydencji hierarchy gdańskiego, by wspólnie zastanowić się nad możliwym rozwojem wydarzeń.
W porównaniu z dniem poprzednim, w piątek, 6 maja nastroje strajkującej załogi znacznie się poprawiły. Nie sprawdziły się dramatyczne przewidywania dotyczące powtórki z pacyfikacji Nowej Huty. Mimo odizolowania stoczni od miasta kordonem ZOMO, do zakładu dzięki ofiarności wielu osób (w tym dzieci) docierały żywność, lekarstwa i informacje. Dzięki przebywającym w stoczni osobom z zewnątrz zaczęła powstawać strajkowa aura. Powstały m.in. oddające ducha majowego protestu przyśpiewki i piosenki. Jedna z nich, w której refren składał się z trzech słów: „Solidarność zwycięży znów”, stała się strajkowym szlagierem.

 

Dzień szósty

Sobota, 7 maja rozpoczęła się od kolejnych nocnych manewrów oddziałów ZOMO. W trakcie jednej z tych symulacji, o godz. 2.30 liczna grupa funkcjonariuszy w bojowym natarciu podeszła do bramy stoczni, oświetlonej przy tym jaskrawym światłem reflektorów. Do ataku na strajkujących nie doszło. Zomowcy pozwolili sobie na żart (z dzisiejszej perspektywy nawet śmieszny). Gdy tylko znaleźli się przy samej bramie, z ich szeregów rozległ się gromki okrzyk: „Życzymy wam spokojnej nocy”.
Po południu doszło do spotkania delegacji strajkujących z władzami stoczni. Dyskusja dotyczyła trzech postulatów: płacowego, dotyczącego powrotu do pracy zwolnionych z powodów politycznych oraz gwarancji bezpieczeństwa dla strajkujących (nie rozmawiano o możliwości ponownego zalegalizowania „S”). W żadnym z trzech punktów dyskursu nie uzyskano zgody obu stron.
Wtedy to coraz bardziej wśród doradców Komitetu Strajkowego i Lecha Wałęsy zaczęła dojrzewać myśl o koncepcji „rozwiązania autonomicznego” (autorstwa Andrzeja Celińskiego), według której w obranym przez siebie momencie strajkujący wyszliby ze stoczni zwartą kolumną i tak zakończyli strajk, nie podpisując „zgniłego porozumienia”, oznaczającego w istocie kapitulację, gdyż nie spełniłoby ono żadnego z postulatów strajkowych (oprócz bezpieczeństwa uczestników). Koncepcja „rozwiązania autonomicznego” była odpowiedzią na rysujący się coraz wyraźniej fakt niepowodzenia strajku.
Warto wspomnieć o jeszcze jednym ważnym wydarzeniu, które miało miejsce w sobotę, 7 maja. Otóż na stadionie we Wrzeszczu odbył się mecz I ligi piłki nożnej gdańskiej Lechii z Górnikiem Wałbrzych, wygranym przez Lechię 1:0. Rozgrywany w obecności około ośmiu tysięcy kibiców mecz był wielką demonstracją poparcia i solidarności z protestującymi w stoczni robotnikami. Zgromadzeni na trybunach kibice wielokrotnie dawali wyraz swoim politycznym sympatiom. Wtedy nad stadionem przy ul. Traugutta rozlegało się potężne skandowanie: „Stocznia Gdańska, Stocznia Gdańska”, a także: „Solidarność, Solidarność”. Tamtego dnia strajkujący stoczniowcy jeszcze raz spotkali się z dowodami sympatii. Tym razem ze strony studentów Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, którzy napisali do protestujących w stoczni robotników specjalny list z wyrazami solidarności. List ten podpisało 600 osób.

 

Dni ostatnie

 Niedziela i poniedziałek, kolejne dni strajku, nie przyniosły przełomu, pomimo rozmów przedstawicieli KS: Baranowskiego, Górczaka, Szablewskiego, Jarosława i Lecha Kaczyńskich, Mazowieckiego z przedstawicielami dyrekcji stoczni. Toczyły się również rozmowy na linii Władysław Siła-Nowicki – gen. Czesław Kiszczak. Negocjacje jednak nie przynosiły żadnych rezultatów.
Los strajku był przesądzony. Osamotniona stocznia nie była w stanie dłużej protestować, przedłużanie strajku w nieskończoność nie miało sensu. Zresztą strajkujących z dnia na dzień było coraz mniej. Do strajku nie przyłączyły się inne zakłady pracy, na co bardzo liczono w Stoczni Gdańskiej.

 

Zakończenie

We wtorek, 10 maja przed południem Komitet Strajkowy podjął ostateczną decyzję o zakończeniu strajku – tego dnia wieczorem o godz. 20 stoczniowcy mieli opuścić teren zakładu. Poinformowano biskupa Gocłowskiego o podjętej decyzji oraz o sposobie, w jaki decyzję tę planowano zrealizować. Bardzo zadowolony z przyjęcia koncepcji „rozwiązania autonomicznego” gdański hierarcha obiecał, że postara się, aby „władze w momencie wyjścia strajkujących ze stoczni zachowały się przyzwoicie”.
Około godz. 18.15 w stoczniowej stołówce rozpoczął się ostatni w czasie tego strajku wiec. Pomysł zakończenia strajku bez uzyskania zgody władz na realizację postulatów nie wszystkim się spodobał. W milczeniu słuchano wystąpień Alojzego Szablewskiego, Lecha Wałęsy, Tadeusza Mazowieckiego, przekonujących, że podjęto najlepszą możliwą decyzję (w tej chwili).
O godz. 20.08 otwarto legendarną drugą bramę. Strajkujący w kolumnie (około tysiąca osób) opuścili stocznię. Na czele pochodu szedł Tadeusz Szczudłowski, trzymając wielki drewniany, strajkowy krzyż. W przejmującej scenerii, w milczeniu, bohaterowie najnowszej historii Polski udali się w kierunku kościoła św. Brygidy. Blokujące drogę milicyjne samochody zjechały na bok. Zniknęły kolejne blokady. Początkowo w trakcie marszu strajkującym nikt nie towarzyszył. Gdańszczanie nie wiedzieli, że stoczniowcy będą wychodzić. Wreszcie, po kilkudziesięciu metrach – już wiadomo – „wyszli”. W jednej chwili tłum mieszkańców miasta otoczył idących w milczeniu strajkujących. W górę podniósł się las rąk ze znakiem zwycięstwa. Setki osób krzyknęły na cały głos: „Dziękujemy!”, „Solidarność!”.


Arkadiusz Kazański
Gdański Oddział Instytutu Pamięci Narodowej

Download PDF
Powrót Drukuj stronę