Nieszczęścia chodzą parami

Jeszcze się nie pozbieraliśmy po katastrofie smoleńskiej, a już mamy następną – powódź. Kiedy to piszę (24 V), wielka woda już opuściła Małopolskę, mija Mazowsze, a żebyśmy nie myśleli, że zalewa nas tylko Wisła, wezbrała Warta, która jest rzeką groźną, bo kapryśną. Wolę ufać, że na tych dwóch katastrofach się skończy i nie chcę wywoływać wilka z lasu. Bo a nuż ten metaforyczny wilk powie sobie: Do trzech razy sztuka, spróbuje jeszcze coś wywinąć…

Na małym ekranie widzę na zmianę to przelewający się, wściekły żywioł, to ludzi wracających do swoich posesji. Patrzą na to, co woda nawyrabiała i płaczą po raz drugi. Szkody są tak ogromne, ze PZU chyba splajtuje, a rząd pójdzie z torbami po prośbie. Na razie premier obiecuje, że nikt nie zostanie bez pomocy, ale nawet przysłowiowy głupi Jaś drapie się po głowie i pyta: skąd on na to wszystko znajdzie forsę?

No bo rzeczywiście nie wiadomo, do czego najpierw ręce przyłożyć. Dylemat jest paskudny: ludzie czy infrastruktura? Ci, którym woda zabrała domy i uprawy, czy zniszczone wały, mosty, drogi? Budżet przecież się niedomyka, a powódź to nie tylko to, co dziś się widzi gołym okiem. To także zator przy płaceniu podatków, ubytek rąk do pracy, bo ludzie będą naprawiać domy, a nie powiększać dochód narodowy brutto.

Szczęściem dla PO wybory parlamentarne są jeszcze względnie daleko. Ale prezydenckie tuż tuż. Komorowski jako p.o. prezydenta nie chce ogłaszać stanu klęski żywiołowej, bo to odroczyłoby wybory prezydenckie. Nie wydaje mi się, że czekanie na dobrą pogodę coś mu da. Z ust do ust krąży bowiem rymowanka: „Przebrała się miarka, głosuję na Jarka!”

Janina Wieczerska

Download PDF
Powrót Drukuj stronę