Medytacje wrześniowe

Jak to głęboko w nas tkwi! Piękny był wrzesień tego roku, więc ludzie, pamiętający inny wrzesień (co prawda coraz ich mniej) w konwencjonalnych pogaduszkach o pogodzie, chwaląc słoneczne tygodnie, dodawali: „jak w trzydziestym dziewiątym”. Sprzyjała tym skojarzeniom 70 rocznica wybuchu II wojny światowej, obchodzona uroczyście, choć krótko. Oczywiście był to też temat dla mediów.

Tak jak w sierpniu odżyły spory o znaczenie Powstania Warszawskiego, tak teraz wywiązała się polemika w sprawie 17 września. Spodziewano się, że Putin w przemówieniu na Westerplatte choćby półgębkiem coś o tej dacie napomknie, miałby prawo zwalić winę za cios w plecy na Stalina, ale gdzie tam. Prezydent Kaczyński jak gdyby dał mu przykład i zachętę, przepraszając Czechów za udział Polski w rozbiorze Czechosłowacji w r. 1938. Putin „aluziju nie poniał”.

Spór o „czwarty rozbiór Polski” nie dotyczył samego faktu (no bo „fakt faktem”) tylko, czy o nim mówić. Odzywały się głosy (Niesiołowski!), że co się stało, to się nie odstanie, lepiej nie drażnić Rosji. Ta ostatnia dyrektywa wydaje mi się żałośnie naiwna. Polska „drażni Rosję” przez samo swoje istnienie. Stanisław August nie chciał drażnić, dał sobą pomiatać przez kolejnych ambasadorów i co? Wiadomo co. Kolejni ugodowcy, z których najsławniejszy był margrabia Wielopolski, też nic nie wskórali. Nie tylko do tanga trzeba dwojga. Rosja nie chce, nie potrzebuje partnerów, zwłaszcza słabych.

Ale i mocni kapitulację przed nią i to bezwarunkowo. Prezydent mocarstwa światowego, Barack Obama, sprezentował właśnie Rosji „dla miłej zgody” rezygnacje z tarczy antyrakietowej w Polsce i w Czechach. Rosja niby obiecała za to wycofanie rakiet z Prus Wschodnich, ale zaraz wycofała się – z obietnicy. I Obama to przełknie, wielki Roosevelt nie takie rzeczy przełykał.

A nasi politycy licytują się na afronty. Trzeba by im zadedykować bajkę Krasickiego o małych wilczętach: „Same w lesie, kłócicie się?”

Janina Wieczerska

Download PDF
Powrót Drukuj stronę