Historycy do dzieła!

„Rozszumiały się teczki płaczące” – można by przełożyć na słowa melodię mediów w ostatnich tygodniach. Trwa dyskusja, czy teczki udostępniać każdemu, kto chce, czy wybiórczo, czy wcale. Zwolennicy tego trzeciego rozwiązania argumentują, że nieograniczony dostęp do teczek SB może wielu ludzi skrzywdzić, być wykorzystywany do walki politycznej, do pomówień, do żerowania na ignorancji publiczności dla obsmarowania niewinnych itp. To już zresztą tylko historia i należy ją zostawić historykom. Nie twierdzę, że w tych argumentach nie ma ziarna słuszności. Ale reglamentowanie dostępu do teczek jest zarazem reglamentowaniem dostępu do prawdy. Jako obywatelowi jest mi po prawdzie wszystko jedno, czy jakaś początkująca dziennikarka, postraszona i zaszantażowana, „poszła na współpracę”, a potem, też ze strachu, ale i wstydu, nie wyznała tego premierowi, gdy proponował jej eksponowane stanowisko (nb. by ocenić morale dziennikarzy, niepotrzebne są teczki, wystarczą zszywki gazet z lat 1980-90). Natomiast ważna jest dla mnie prawda, i to właśnie historyczna. Na przykład: kto i jakim sposobem ogołocił półki sklepowe, by zwalić winę na strajki i „Solidarność”? Ile kosztował stan wojenny? Jak to się działo, że pewne punkty opozycji były likwidowane z całą surowością „prawa”, a niektóre tak jakby były pod ochroną? Ilu żołnierzy zginęło z nadgorliwości przełożonych i pośpiechu w akcji? Ilu tzw. figurantów (osób inwigilowanych) zawarło z SB niepisany gentlemen’s agreement? Który z takich dżentelmenów zasiadał potem przy okrągłym stole? Kto rozprowadzał fałszywki o listach proskrypcyjnych „Solidarności”, o zamiarze zorganizowania przez nią rzezi? Taka prawda jest pilnie potrzebna społeczeństwu. Choćby dlatego, żeby raz na zawsze przestali głosować na tych, co gorącymi oklaskami witają wejście na salę tego zombie, który zafundował nam stan wojenny. To jest rzeczywiście zadanie dla zawodowych historyków, ale nie tych od średniowiecza.

 

Janina Wieczerska

Download PDF
Powrót Drukuj stronę