Chochla dziegciu
Z okazji dwudziestej rocznicy pamiętnych wyborów czerwcowych, które przełamały monopol PZPR na rządzenie, popłynie pewnie rzeka miodu medialnego: żeśmy tacy mądrzy i roztropni, bo bezkrwawo, kompromisem między władzą a społeczeństwem otworzyliśmy sobie drogę do niepodległości i demokracji. Brawo, hip-hip hurra, ale kusi mnie, by zapytać, cośmy z nimi, tą niepodległością i demokracją zrobili.
 
Do Unii Europejskiej wprowadził nas, o czym się już dziś nie pamięta, jeszcze Miller. Po referendum wyznał mi zaprzyjaźniony student, że głosował przeciw wstąpieniu. Czemu? – spytałam zdziwiona. – Bo nie chcę, żeby wprowadzały nas do UE komuchy – wyjaśnił młokos i niestety miał rację. Dla Millera i towarzyszy akces do UE był zamianą Moskwy na Brukselę, co było oczywiście sukcesem, tak jakby przejście spod panowania chana tatarskiego pod rządy króla konstytucyjnego. Zmiana tak korzystna, że nie wypadało chandryczyć się o drobiazgi, takie jak traktat nicejski.
 
III Rzeczpospolita, wyłoniona z czerwcowych wyborów, była kompromisem słabych ze słabymi. W takich sytuacjach wygrywa ten, co udaje mocniejszego. Zresztą strona solidarnościowa w istocie była mocniejsza, tylko jej przywódcy w to nie wierzyli. A potem z kompromisu zrobili w ogóle cnotę. Tu nawias: nie należy mylić kompromisu z negocjacjami. Wszystkie, albo prawie wszystkie sporne kwestie podlegają negocjacjom, nawet targi o cenę krowy na jarmarku.
 
Bywają kompromisy korzystne dla obu stron, bywają kompromisy zgniły, w których jedna ze stron zdradza wyznawane publicznie zasady. Podzielenie obchodów dwudziestolecia między Gdańsk i Kraków jest natomiast kompromisem kulawym – zarówno jedne, jak i drugie były w rezultacie, by tak rzec – niepełnosprawne.
 
Janina Wieczerska
Download PDF
Powrót Drukuj stronę