Strzebielinkowcy. Wiedzieliśmy, że w Polsce nie jest najlepiej

W naszym cyklu rozmów z osobami internowanymi w czasie stanu wojennego w obozie w Strzebielinku przedstawiamy Jana Wyrowińskiego.

Strzebielinek - Jan Wyrowinski1024

Jan Wyrowiński

rocznik 1947, członek NSZZ „Solidarność” w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym „Chemoautomatyka” w Toruniu, internowany w Potulicach 13 grudnia 1981 r., a następnie w Strzebielinku od 31 marca do 29 kwietnia 1982 r.

 

– W którym momencie trafił Pan do Strzebielinka?

– To był ostatni dzień marca. Zostałem przywieziony wraz z 44 kolegami z ośrodka odosobnienia dla internowanych w Potulicach, który tego dnia zamknięto i rozwiązano. Przetransportowano nas, nie informując, dokąd jedziemy i tak rozpoczął się kolejny epizod w czasie internowania.

 

– Właśnie. W Pana przypadku historia była o tyle specyficzna, że trafił Pan z innego ośrodka.

– Strzebielinek stał się w pewnym momencie takim zbiorczym obozem. Po kilku miesiącach od wprowadzenia stanu wojennego władze postanowiły – w związku ze zmniejszającą się liczbą internowanych – aby ograniczyć liczbę ośrodków. Tym sposobem Region Toruński, Bydgoski i z tego co wiem również Zachodniopomorski zostały przewiezione do Strzebielinka, który stał się częścią naszej biografii. W momencie, kiedy nas rozładowywali w bramie, zza muru usłyszeliśmy potężny śpiew, słowa „O, Panie, któryś jest na niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń”. Pierwszy raz ją słyszałem i dla mnie było to niesamowite przeżycie. Zresztą dla kolegów też. Wyraz symbolicznej solidarności z nami, z historią, z tym wszystkim. Krzepiące.

 

– Powiedział Pan, że nie był informowany, dokąd was wiozą.

– Nie, nie było zwyczaju, aby informować o tym. Powiedziano, że jest transport i zaczęła się cała procedura z tym związana. Byliśmy przewożeni w więźniarkach, towarzyszyli nam uzbrojeni zomowcy. Domyślaliśmy się, że jedziemy na północ. W tym czasie nasiliły się naciski ze strony SB na podpisywanie „lojalek”, a wobec tych, którzy nie chcieli, naciski na to, aby wyjechać za granicę. W związku z tym braliśmy pod uwagę czarny scenariusz, czyli że wiozą nas do portu i na przykład zapakują na statek. Wszystko było wtedy możliwe. Podczas jazdy okazało się, że nasz transport się zgubił i trzeba było zapytać o drogę miejscową osobę. Zapytany odpowiedział po kaszubsku, a że ja jestem Kaszubą, domyśliłem się, że to jednak nie port. Zresztą Strzebielinek był dla nas zmianą na lepsze, dlatego że w Potulicach znajdowało się normalne więzienie, a w Strzebielinku otwarty zakład karny. Mniejszy rygor, otwarte cele, można było nieco swobodniej żyć za kratami.

 

– Z kim dzielił Pan celę?

– Byli tu m.in. Stanisław Śmigiel, jeden z najważniejszych działaczy opozycji jeszcze przed Sierpniem ’80 w Toruniu, Jurek Przybylski z grudziądzkiej Warmy, Ryszard Mueller z toruńskiego Metronu, Konrad Turzyński, także działacz opozycji przedsierpniowej. Z Torunia był jeszcze niedawno zmarły Zdzisław Dumowski. Skład się zmieniał. Ja przebywałem tam tylko przez miesiąc, ponieważ później zostałem zwolniony.

 

– Jak wyglądała komunikacja ze światem zewnętrznym?

– Była oczywiście poddana rygorowi.

 

– Ale mimo to informacje przechodziły w obie strony.

– Oczywiście. Jednym z kanałów informacyjnych były rodziny, które przyjeżdżały do nas na widzenia. Z Torunia przez Bydgoszcz to kawał drogi, szczególnie w tamtych czasach, ale działała „Solidarność”, taksówkarze i inne osoby. Była grupa, która wiele zrobiła, żebyśmy mogli spotykać się z rodzinami, bodajże raz na miesiąc. I oczywiście księża, którzy przyjeżdżali do nas z posługą. Szczególnie pamiętam rekolekcje w Strzebielinku, które prowadził (wówczas jeszcze nie biskup) ksiądz Edmund Piszcz. Poza tym niektórzy mieli prymitywne radia, więc wiadomości docierały. Nie w takim tempie, jak byśmy sobie życzyli, ale na tyle, że wiedzieliśmy, że w Polsce nie jest najlepiej. Myślę, że osoby na zewnątrz były od jakiegoś czasu nawet w gorszej sytuacji, dlatego że my byliśmy razem, z jednego obozu, z jednej „Solidarności”. Ten wspólny pobyt nas umacniał, utwierdzał w przekonaniach i sensie tego, co robiliśmy. Mimo porażki większość z nas nie traciła nadziei, że kiedyś wszystko odwróci się dla dobra Polski i dla nas.

(Witt)

Download PDF
Powrót Drukuj stronę