Strzebielinkowcy. Śniegu było do kolan

W naszym cyklu rozmów z osobami internowanymi w czasie stanu wojennego w obozie w Strzebielinku przedstawiamy Henryka Mierzejewskiego.

 

Henryk Mierzejewski

rocznik 1949, uczestnik Grudnia ’70 w Gdyni, w sierpniu 1980 współorganizator strajku w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, członek Prezydium KS, członek NSZZ „Solidarność”, wiceprzewodniczący Komitetu Założycielskiego, skarbnik i członek Prezydium KZ, członek Społecznego Komitetu Budowy Pomników Ofiar Grudnia 1970 w Gdyni, delegat na I WZD, członek ZR, delegat na I KZD 

Henryk Mierzejewski1024

 

– Trafił Pan do Strzebielinka na samym początku, w grudniu 1981 roku, gdy panowały tam najgorsze warunki. Jak to się zaczęło?

– Byłem na posiedzeniu komisji na terenie Stoczni Gdańskiej. Kwadrans przed północą wróciłem do Wejherowa, a za pięć dwunasta już walili do drzwi, także zdążyłem zacząć późną kolację i na tym się skończyło. Do Strzebielinka zostałem dowieziony po godzinie pierwszej w nocy, ponieważ chwilę trwało, zanim przewieźli mnie z Wejherowa. Byłem drugą osobą w celi. Pierwszą był Lech Kaczyński.

– Został Pan wprowadzony na ten teren i co Pan zobaczył?

– Znałem to miejsce, wiedziałem, że znajduje się tutaj ośrodek pracy więźniów, ale bałem się, że jeśli wsadzą mnie do kryminalistów, to ktoś może zrobić mi krzywdę. W Strzebielinku zobaczyłem jednak wiele samochodów, a w nich ludzi „solidarnościowych” i wiedziałem już, że jestem wśród swoich. Przestałem się bać. Rano, gdy się obudziliśmy, cela była już pełna – 16 osób. Powiedziałem wówczas, że my mamy za zadanie porządnie siedzieć, natomiast gorzej mają ci, którzy zostali w domach, bo muszą się zadeklarować, co dalej robić. Oni mieli trudniej, musieli dokonać jakiegoś wyboru, ponieważ sytuacja była zwodnicza. Śmiałem się na początku i powiedziałem: „W poniedziałek z pocałowaniem ręki mnie odwieziecie, bo co ludzie powiedzą, jak wrócą do pracy”. Niestety, okazało się, że spacyfikowany został cały kraj. Niedługo później dowiedziałem się o zabójstwach. Było to bardzo przykre i smutne. Przygnębiająca była  także Wigilia i święta Bożego Narodzenia, gdy nie mieliśmy jeszcze kontaktu z rodziną.

– Najbliższe osoby nie wiedziały, gdzie Pan jest?

– Wiedziały, że mnie zamknęli, ale szczegółów nie znały. Dopiero później, już po świętach, pozwolono nam wysłać do domu jakieś wiadomości. Było to możliwe dzięki episkopatowi, biskupowi Marianowi Przykuckiemu, który był ordynariuszem diecezji pelplińskiej, żyjącemu jeszcze wtedy biskupowi Lechowi Kaczmarkowi oraz tamtejszym księżom. Z czasem, gdy odbywały się wizyty Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, sytuacja się unormowała, ale na początku było bardzo ciężko.

– Grudzień to początek zimy. Jakie warunki wtedy panowały?

– Wszędzie było śniegu do kolan. Wykopano tylko przejścia, żebyśmy mogli spacerować. Obóz internowania ochraniali zomowcy, którzy dostawali codziennie pół litra wódki. Starali się prowokować, żeby nas pobić, rozładować w ten sposób swoje emocje. Nie daliśmy się i pewnej nocy pobili się ze strażnikami więziennymi, którzy byli w Strzebielinku. Dla nas to taka trochę humorystyczna sprawa. A my staraliśmy się w jakiś sposób zorganizować ten cały pobyt. Zaraz na drugi dzień zaczęliśmy tworzyć jakieś piosenki, organizować się, policzyć, kto skąd jest.

– Wiedział Pan, że takich ośrodków powstało kilkadziesiąt na terenie Polski?

– Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że aresztowania działaczy i ludzi niepokornych miały miejsce w całej Polsce. Staraliśmy się policzyć, ale w pierwszych dniach była tutaj także część Krajowej Komisji Porozumiewawczej „Solidarności” oraz kobiety, które później gdzieś zabrali. Pamiętam takie zdarzenie, że gdy wyprowadzali część Krajówki do transportu, to jedna z osób płakała, żeby jej nie wywozić na Sybir.

– W jaki sposób został Pan zwolniony?

– W Wielką Sobotę dostałem silnej gorączki i pogotowie zabrało mnie do szpitala w Wejherowie. Tam przebywałem do 3 maja, kiedy zostałem zwolniony z internowania.

 

(TWitt)

Download PDF
Powrót Drukuj stronę