„Solidarność” od początku była chrześcijańska

Rozmowa z prof. Janem Żarynem, historykiem z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego

jan_zaryn

 

– Czy często się zdarza w Kościele katolickim, że jakaś organizacja otrzymuje oficjalnego patrona? Co to właściwie oznacza?

– „Solidarność” otrzymała niezwykłego patrona. Niezwykłe jest także to, że odbyło się to w przededniu 30 rocznicy męczeńskiej śmierci bł. księdza Jerzego Popiełuszki. Wiedział o tej rocznicy papież Franciszek, który jako głowa Kościoła powszechnego ma prawo obdarowania konkretnego środowiska właśnie takim patronatem. W Kościele mamy wielu patronów, którzy w sposób szczególny opiekują się nami. Mną np. opiekuje się św. Tomasz Morus, patron humanistów i dziennikarzy. Patronat oznacza, że mamy się do kogo modlić, że jest ktoś, kto wyjednuje nam u Boga specjalne łaski.

– To bardziej decyzja podsumowująca przeszłość, historię „Solidarności”, czy raczej otwierająca nowy rozdział?

– „Solidarność” to wspólnota, która ma swoją tradycję, ale również wyzwania, które zmieniają się co pokolenie, co dekadę. Patron daje nam gwarancję, że otrzymamy jakąś wskazówkę, podpowiedź, czy mamy podążać tymi samymi drogami, czy określić nowe wyzwania itd. Drogą do otrzymania takich wskazówek, czasem refleksji, jest modlitwa.

– Historia życia ks. Popiełuszki jest niesamowita, można powiedzieć wręcz, że nie miała prawa się wydarzyć. Oto skromny, niepozorny ksiądz z małej podlaskiej wioski pociąga za sobą tłumy, staje się wrogiem publicznym totalitarnego państwa, a nawet całego bloku komunistycznego…

– Kapłaństwo ks. Jerzego było zarazem zwykłe i nadzwyczajne. Jego wielka misja w kościele św. Stanisława Kostki, a później męczeńska śmierć, mówią nam, że praktycznie w każdym z nas drzemie świętość. My też jesteśmy jednocześnie zwykli i nadzwyczajni. Kapłaństwo ks. Jerzego pokazało polskiemu duchowieństwu w latach 80., jak wygląda drogą, którą polski kapłan przechodził i pewnie będzie musiał przechodzić. Polska droga nie jest usłana tylko różami, a kapłani mają misję ratowania nas, ratowania narodu. Jan Paweł II modląc się przy grobie ks. Popiełuszki w 1987 r. dał wyraźną wskazówkę, że takich kapłanów Polska potrzebuje.

– Bada Pan m.in. akta NRD-owskiej Stasi dotyczące ks. Jerzego. Czy mogą one rzucić jakieś nowe światło na jego życie i okoliczności śmierci?

– W aktach Stasi nie ma informacji, które by nas zbliżały do tajemnicy śmierci ks. Popiełuszki. Nie wiemy wciąż z całą pewnością, czy zginął 19 października 1984 r., czy może przejęła go druga ekipa i dokonała mordu później w zupełnie innych, nieznanych nam dzisiaj okolicznościach. Czy mordercami byli Polacy, czy Sowieci, a tylko tak daleko należało zamaskować całą sprawę, że trzeba było skazać porywaczy ks. Jerzego? Na tym poziomie, na jakim ja rozpoznałem akta Stasi, nie rozwiązują one tej zagadki. Ale są to bardzo ciekawe dokumenty, które pokazują, w jaki sposób tajne służby NRD próbowały rozpoznać nastroje panujące wśród niemieckich katolików i protestantów po zabójstwie ks. Jerzego. Stasi wychwytywała nawet tak drobne gesty solidarności z polskim Kościołem i „Solidarnością”, jak posiadanie obrazków czy zdjęć z wizerunkiem ks. Popiełuszki. Ich posiadacze byli natychmiast represjonowani.

– Jaka była skala tej solidarności?

– Niewielka, ale była. To pojedynczy wierni i kapłani, co ciekawe – także protestanccy – którzy mieli np. odwagę informować swoich wiernych 3 listopada 1984 r. o pogrzebie niezłomnego kapłana, który odbywał się tego dnia w Polsce.

– Jak można krótko podsumować represje wobec ks. Popiełuszki przez służby PRL?

– Ksiądz Jerzy początkowo był inwigilowany rutynowo, tak jak każda osoba duchowna. Momentem, w którym SB w sposób szczególny się nim zainteresowała, był początek stanu wojennego. Parafia św. Stanisława Kostki już wcześniej była rozpracowywana. Jej proboszcz ks. prałat Teofil Bogucki w okresie 16 miesięcy karnawału „Solidarności” zainicjował msze św. za ojczyznę, a ze względu na swój życiorys (m.in. udział w Armii Krajowej) od dawna uczył swoich parafian prawdziwej historii Polski. To oddziaływało także na ks. Popiełuszkę, gdy pojawił się w parafii św. Stanisława Kostki. Miał on w postaci ks. Teofila swojego nauczyciela.

– Wróćmy do momentu, gdy SB na większą skalę zainteresowała się osobą ks. Jerzego.

– Doszło do tego, gdy przejął on odprawianie mszy św. za ojczyznę. Pierwsze raporty SB wymieniające ks. Jerzego pojawiają się w styczniu 1982 r. W kwietniu 1982 r. jego rozpracowanie zostało podniesione na najwyższy stopień operacyjny – rozpoczęto Sprawę Operacyjnego Rozpracowania Kryptonim „Popiel”. Od tego momentu jego inwigilacja była już pełna. Bezpieka wykorzystywała wszystkie dostępne środki – techniczne, jak podsłuchy, agenturę i inne. Ksiądz Jerzy zaczął odczuwać tę „opiekę” funkcjonariuszy SB. Zrozumiał, że jest śledzony, fotografowany itd., inaczej mówiący – opasany pajęczyną inwigilacji ze strony SB. W październiku 1983 r. zapadła decyzja polityczna o wszczęciu śledztwa przeciw kapelanowi „S” i postawieniu go w stan oskarżenia.

– Ksiądz Jerzy Popiełuszko w pewien sposób symbolizuje wsparcie, jakie Kościół w Polsce udzielił „Solidarności” w latach 80., a wcześniej innym środowiskom opozycji antykomunistycznej. Jakie były te wzajemne relacje Kościoła i Związku w czasach PRL?

– Kiedy przedstawiam swoim studentom genezę powstania „Solidarności”, nie mogę nie rozpocząć tego od daty 16 października 1978 r. I nie jest to żadna kurtuazja wobec św. Jana Pawła II, tylko ewidentnie – z punktu widzenia warsztatu historycznego – jest to początek wielkiego przełomu. Wówczas oczywiście nie byliśmy tego w pełni świadomi. Ten przełom został skonsumowany w czasie wielkiego strajku w sierpniu 1980 r., kiedy to wbrew pewnej logice symbolem nadziei dla robotników stał się krzyż, a nie jakaś poprawiona wersja marksizmu, leninizmu czy innej lewackiej ideologii. Krzyż i portrety Matki Bożej oraz Jana Pawła II sprawiały, że „S” od początku była związkiem chrześcijańskim. Ten Związek wyrastał z najgłębszych polskich tradycji. Jako Polacy stanęliśmy trochę na przekór dominującej na Zachodzie logice, że z reżimem totalitarnym może wygrać tylko lewica, a więc np. trockistowskie związki zawodowe. Nie, w sierpniu 1980 r. – patrząc w perspektywie historycznej – to prawica wywalczyła niepodległość Polski.

– Czy miał Pan okazję poznać osobiście ks. Jerzego?

– Niestety, nie, ale ogromnym przeżyciem był dla mnie udział w jego pogrzebie. Wcześniej zastraszano warszawiaków, aby nie wybierali się na ten pogrzeb, bo różne „elementy antysocjalistyczne” mogą przygotować prowokacje. To oczywiście należało odczytywać jako gotowość ZOMO do spałowania każdego, kto się tam pojawi. Mimo tego pożegnać ks. Jerzego przyszły tłumy warszawiaków. I co się okazało? Gdy ten tłum wylał się z okolic kościoła św. Stanisława na ulice Warszawy, tam nie było ZOMO. Tak jakby władza zrozumiała, że to jest moment, w którym trzeba się odsunąć, że z tej mszy pogrzebowej wyrasta za duża siła. Miałem wówczas takie poczucie, że nagle, przynajmniej na kilka minut, znajduję się w innej, wolnej Warszawie.

– Jest Pan aktywny nie tylko na polu naukowym, ale również społecznym, m.in. jako członek „Solidarności”. Jak to się zaczęło? 

– W latach 80. byłem nauczycielem w warszawskim liceum im. Stefana Batorego. Pamiętam jak dziś – we wrześniu 1988 r. na tablicy w pokoju nauczycielskim napisałem zaproszenie na spotkanie organizacyjne nowego związku zawodowego nauczycieli. Na zebraniu pojawiła się Małgorzata Bart, która w latach 1980-1981 działała w oświatowej „S” i zdziwiona spytała, dlaczego chcemy tworzyć nową organizację, skoro mamy już jeden niezależny związek. Od razu podjęliśmy uchwałę o reaktywowaniu „S”. Wybraliśmy na przewodniczącą Małgorzatę Oszmaniec. Kilka tygodni później otrzymała ona propozycję objęcia stanowiska wicedyrektora naszej szkoły. Zaaprobowaliśmy tę decyzję, chociaż zdawaliśmy sobie sprawę, że ze strony dyrekcji jest to gra mająca zalegitymizować ją w nowym systemie – który jeszcze nie istniał, ale przecież było go już widać na horyzoncie. Można powiedzieć, że to był taki Okrągły Stół w liceum im. Batorego, na długie miesiące przed prawdziwym Okrągłym Stołem. W tym czasie wprowadziliśmy też legitymacje związkowe. Moja ma chyba datę wystawienia w styczniu 1989 r. W Regionie Gdańskim „S” ten mechanizm półjawnej działalności jest dobrze znany chociażby z historii portowej i stoczniowej „Solidarności”.

Rozmawiał Adam Chmielecki

„Magazyn Solidarność” nr 10/2014

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę