„Solidarność” jak u Grechuty

„Solidarność to podobnie czuć i myśleć, Solidarność znaczy razem iść do celu, aż w ciemnym tunelu światełko zabłyśnie” – śpiewał niezapomniany Marek Grechuta. Przedstawiamy wspomnienia reprezentantów „drugiego szeregu”  Związku. Tych, których nie znamy z wielkiej polityki, którzy nie zostali obsypani orderami, ale którzy podobnie czuli i myśleli, razem szli do celu. A właściwie nie szli, tylko wciąż idą, już 35 lat.

Sierpień 1980

Jan Block, obecnie zastępca przewodniczącego OZ NSZZ „S” PKP Intercity Zakład Północny w Gdyni, na kolei pracuje od 1978 r. Od razu dostał propozycję zapisania się do PZPR, ale odmówił. Wkrótce nadszedł Sierpień 1980 r. – To był dzień radości dla wszystkich. Wreszcie mamy to, czego chcieliśmy! Postulaty były słuszne, bo było naprawdę ciężko. Walczyliśmy przede wszystkim o godne życie, o normalną płacę, o to, żeby naszym dzieciom lepiej się żyło. Taki mieliśmy cel – wspomina Jan Block.

Wszystko, jak wiadomo, zaczęło się w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Jak przypomina sobie Paweł Glanert, fotograf współpracujący z „Magazynem Solidarność”, który w gdańskiej stoczni pracował od 1960 roku (w pamiętnym Sierpniu jako monter kadłubów na pochylni wydziału K-2), początki protestu były trudne: – Potrzebna była jakaś iskra. Takie sprzyjające warunki zdarzyły się w 1980 roku. Ten strajk się udał, ale na początku to wszystko nie wyglądało tak różowo. Nie wszyscy byli przekonani co do sensu protestów. Nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy z efektów, jakie to przyniesie.

Efekty jednak były, czasami całkiem niespodziewane. Barbara Werbińska, emerytowana nauczycielka z Gdańska, w „S” od 1980 r., obecnie w KM NSZZ „S” Pracowników Oświaty i Wychowania w Gdańsku, pamięta posiedzenie rady pedagogicznej pod koniec sierpnia 1980 roku: – Jedna z naszych koleżanek publicznie odmówiła zapłacenia składki na Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Nagle zrobiła się cisza. Od tej pory się zaczęło.

Wojny gdańskie

Rok później komunistyczne władze przystępują do rozprawy z „Solidarnością”. – Jest noc 12 grudnia 1981 roku. Byliśmy w centrum Gdańska. Nagle widzimy pędzących ludzi. Biegną z krzykiem. Co się dzieje? Jadą samochody i wojsko! I rzeczywiście, od dworca PKP jedzie ogromna ilość samochodów opancerzonych! Tramwaje nie chodzą. Zaczyna się popłoch. Staliśmy dwie godziny w nocy. W końcu jakiś tramwaj przyjeżdża. Jedziemy koło dworca – oświetlony niebywale, ogromna ilość wojska – wspomina „noc generała” Barbara Werbińska.

Mimo zaskoczenia związkowcy wiedzą, co trzeba robić. Jan Block pamięta, że jego starsi koledzy szybko ukryli sztandar kolejarskiej „S” w kościele na gdyńskim Grabówku. – Przechowaliśmy go tam aż do 1989 roku. W międzyczasie jako młody człowiek brałem udział w wielu wiecach, manifestacjach, żeby przywrócić nasz Związek. Wierzyłem w to cały czas – dodaje Jan Block.

Krzysztof Przesmycki, wciąż czynny lekarz, członek KZ NSZZ „S” w Podmiocie Leczniczym Copernicus, w latach 80. pracował w Szpitalu Kolejowym w Gdańsku. – To był czas, jak ja to nazywałem, wojen gdańskich. Jeśli tylko była jakaś ważna rocznica, to były demonstracje. Do nas trafiali ranni demonstranci. Pomagaliśmy im. Po prostu udzielało się pomocy i nie wpisywało tego w dokumentacji – opisuje Przesmycki.

Stan wojenny, czyli de facto cała dekada lat 80., a nie tylko okres, w którym stan formalnie obowiązywał (do lipca 1983 r.), wyzwolił pokłady wzajemnej pomocy i solidarności. – Wiele osób zostało internowanych. Naszym zadaniem było zebrać informacje, komu należy pomóc. Spotykaliśmy się w domu parafialnym przy bazylice Mariackiej pod opieką ks. infułata Stanisława Bogdanowicza – wspomina Barbara Werbińska. W końcu, jak śpiewał Marek Grechuta, „Solidarność jest siłą ,co zburzy mur jak kruche szyby, każdy cios zadany wolności odeprze”.

Droga do wolności

Początkiem powrotu Związku do legalnej działalności były strajki majowe i sierpniowe w 1988 roku. I znów to Stocznia Gdańska była centrum protestu. Paweł Glanert pracował wówczas w stoczniowym dziale kontroli technicznej. – Nie mogliśmy się pogodzić z delegalizacją „Solidarności”. Dzięki strajkom w 1988 r., w których sam brałem udział, Związek działający w podziemiu niejako wrócił do czynnego życia – podkreśla Paweł Glanert.

Podobnie uważa Edward Szwajkiewicz, stoczniowy elektryk, który w maju 1988 był członkiem, a w sierpniu wiceprzewodniczącym Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej. – Głównym postulatem tamtych strajków było przywrócenie „Solidarności” do legalnej działalności. Na prośbę Lecha Wałęsy przerwaliśmy ten strajk. To nie była przegrana, ale nie odnieśliśmy takiego zwycięstwa, jakie zakładaliśmy na początku. Wałęsa wyprosił na organizatorach strajku jego zakończenie, argumentując to gwarancjami Czesława Kiszczaka, że przywrócenie „Solidarności” będzie możliwe w trakcie rozmów między opozycją a ówczesną władzą. Możemy tylko powiedzieć, że „Solidarność” wyzwoliła ducha demokracji – ocenia Szwajkiewicz.

Lech Hasse działa aktywnie w „S” od 1981 r. do dnia dzisiejszego. Cały czas w jednym miejscu pracy (Politechnika Gdańska) i w jednej organizacji związkowej. Obecnie jest skarbnikiem zakładowej „S” na gdańskiej uczelni technicznej. – Pierwszy okres po reaktywowaniu Związku w 1989 roku był bardzo burzliwy. Odbywały się spotkania z władzami. Decydującym momentem były wybory czerwcowe w 1989 roku. Byłem wówczas członkiem jednej z komisji wyborczych. Wybory zakończyły się pełnym sukcesem Związku, wszystkie miejsca mandatowe, które były do obsadzenia, objęli kandydaci popierani przez „S” – mówi Lech Hasse.

Bohaterowie naszego tekstu brali udział w historycznych wydarzeniach, które zmieniły Polskę i świat. Po 1989 roku nie spoczęli jednak na laurach. Pomagali młodszym kolegom zmieniać Polskę, a także samą „Solidarność”. Do dziś angażują się w związkową działalność, nawet jeśli znajdują się już na emeryturze. Ich przykład pokazuje, że choć przez ostatnie 35 lat zmieniły się warunki ustrojowe, społeczne i gospodarcze, misja „S” wciąż pozostaje ta sama. A jaka to misja? Odwołajmy się jeszcze raz do znakomitego utworu Marka Grechuty: „Solidarność w walce o los sprawiedliwy, w dążeniu upartym o jutro wciąż lepsze (…) w solidarności w walce o prawa, w solidarności w pracy dla chleba”.

Dobry wiatr

W 1980 r. „Solidarność”, jak śpiewał piosenkarz, „miała dobre oczy, jej uśmiech pomógł zacząć nowe życie”. Czego można życzyć wszystkim członkom Związku – i nie tylko im – 35 lat później? Chyba tego, aby aktualne pozostały słowa z utworu Marka Grechuty: „Ludzie, którzy pragną wyrazić swą jedność w ożywczych poglądach na kraj swój, na świat, niosą sztandary z napisem solidarność i rozwija je na tle nieba dobry wiatr”.

Adam Chmielecki, Martyna Werra

„Magazyn Solidarność” nr 7-8/2015

Download PDF
Powrót Drukuj stronę