Siła zakładów pracy

Rozmowa z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości

kaczynski2

 

 

– W tym roku obchodzimy 35 rocznicę powstania NSZZ „Solidarność”. Pomimo upływu już ponad trzech dekad ta perspektywa historyczna wciąż dominuje nad polskim życiem publicznym. Zacznijmy więc od początku. Jak pamięta Pan sierpień 1980 roku?

– Na początku lipca wybuchły pierwsze strajki. Antoni Macierewicz i Piotr Naimski stworzyli wtedy plan, który miał być realizowany w razie wybuchu strajków w Warszawie. Chodziło o zajęcie jednej z państwowych drukarni i wydawanie codziennego pisma,  które byłoby organem, ale być może też ośrodkiem kierowniczym, całej akcji. Nic z tego nie wyszło, ale plan w różnych wersjach był aktywny aż do 1989 r. Na początku sierpnia przebywałem na Pomorzu, spędzałem urlop we Władysławowie. Spotkałem się oczywiście z Leszkiem, rozmawialiśmy o sytuacji, przygotowałem na jego zlecenie jakąś ulotkę. Wróciłem do Warszawy 14 sierpnia, w dniu, w którym wybuchł strajk. W stolicy nie kursowały już autobusy, bo trwał krótki strajk komunikacji miejskiej. Rozpoczął się intensywny okres działalności opozycyjnej, z ukrywaniem się i wieloma „przygodami”.

– Jakimi na przykład?

– Przeniosłem się na Saską Kępę do mieszkania ciotki i wuja. Czasami, aby ukryć się przed bezpieką, nocowałem w klasztorze oo. Dominikanów przy kościele św. Jacka. Jeszcze w trakcie strajków sierpniowych pojechałem do Wrocławia. Dostałem się do Pafawagu, a później do zajezdni MPK przy ul. Grabiszyńskiej, gdzie znajdowała się siedziba wrocławskiego Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Informacje tam uzyskane przekazałem telefonicznie do Warszawy, a później wróciłem pociągiem do stolicy. Poszedłem do mieszkania państwa Malickich, gdzie wpadłem w „kocioł” bezpieki. Wylądowałem na tzw. Mostowie, czyli w areszcie Komendy Wojewódzkiej MO w Warszawie w Pałacu Mostowskich.

– Po wyjściu z aresztu zaczął Pan pomagać prawnie i organizacyjnie zakładać struktury Związku.

– Wspólnie z Janem Olszewskim 2 września 1980 r. uruchomiliśmy punkt konsultacyjno-informacyjny przy ul. Bednarskiej. Nie był reprezentacyjny, mieścił się na strychu jednej z kamienic, ale cieszył się ogromnym zainteresowaniem, co też pokazywało potencjał rodzącego się ruchu. Gdy pierwszego dnia przyszedłem na dyżur o godzinie 6, czekała już tam grupka ludzi zainteresowanych pomocą. Dyżurowaliśmy kilkanaście godzin dziennie do późnego wieczora, dołączyły do nas kolejne osoby. Przekonywaliśmy ludzi, że warto założyć organizację w swoim zakładzie pracy, że jest to zgodne z prawem,  udzielaliśmy porad, jak to przeprowadzić prawnie. Zgłaszali się ludzie, aby pomóc im w organizowaniu Związku. Jeździłem więc na spotkania organizacyjne nowych komisji zakładowych. Rozmaitość postaw była ogromna. Jedni mieli motywacje ekonomiczno-społeczne, inni czysto polityczne. Mówili: „Może nas wywiozą na Sybir, ale warto spróbować”. Widać było, że to szeroki ruch, który łączy wszystkie grupy społeczne, od bardzo prostych robotników do intelektualistów.

– Na czym polegała przełomowość Sierpnia ’80?

– Wynikała ona z całego ciągu zdarzeń w 1980 r. Przypomnę, że początkowo władza traktowała Porozumienia Sierpniowe jako coś bardzo krótkotrwałego. Dopiero nieco późniejsze Porozumienia Katowickie zmusiły ją do pewnego rozszerzenia interpretacji porozumień, ale wciąż w moim przekonaniu tymczasowego. Ostatecznym dopełnieniem sierpniowego zwycięstwa było powstanie  „S” i uzyskanie, po walce, rejestracji Związku.

– I tu dochodzimy chyba do sedna sprawy. Siła „S”, przynajmniej w pierwszym okresie legalnej działalności, wynikała z tego, że zwyciężyła koncepcja jednej ogólnopolskiej struktury, która początkowo wcale nie była popularna…

– 12 lub 13 września przyjechałem do hotelu Morskiego we Wrzeszczu, gdzie była pierwsza siedziba MKZ. Pamiętam tamtą atmosferę, trudne obyczaje z fabrycznej hali.Widać było, że rodzi się nowa siła społeczna. Trwały dyskusje nad kształtem Związku. Kluczowe okazało się zebranie przedstawicieli MKZ z całego kraju 17 września. Wcześniej na spotkaniu w wąskim gronie ustaliliśmy z Leszkiem i Janem Olszewskim, że będziemy walczyć o powstanie jednego dużego związku. Wałęsa i Kuroń byli przeciw, Kuroń forsował koncepcję swego rodzaju rad robotniczych. Na zebraniu przyjęto zasadę, że najpierw głos zabiorą działacze robotniczy, a później eksperci. Leszkowi udało się wywalczyć to, że Jan Olszewski zabrał głos właśnie w tej pierwszej części. Jego argumenty za jedną ogólnopolską strukturą sala przyjęła owacjami. W takiej atmosferze przyjęcie koncepcji Karola Modzelewskiego okazało się formalnością. To, a także umiejscowienie centrali w Gdańsku, zapewniło „S” niezależność.

– Powstał formalny podmiot, otwarcie kontestujący komunistyczną rzeczywistość.

– Porozumienia Sierpniowe i powstanie „S” dały poczucie legalności działalności opozycyjnej, a jeśli popatrzymy na polską historię, chociażby na konfederacje szlachty, zauważymy, że Polacy zawsze posiadali potrzebę legalizmu. Na zasadzie zupełnie nielegalnej nie uda się w Polsce niczego wielkiego zorganizować.

– Później przyszły lata marazmu i braku nadziei. Dla Pana był to czas rosnącej pozycji w ruchu antykomunistycznym.

– Od lata 1986 r. do października 1989 r. działałem najpierw w Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej, a później w Krajowej Komisji Wykonawczej „S” jako sekretarz. Później pochłonęły mnie obowiązki redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”. W mojej ocenie stan wojenny skończył się tak naprawdę dopiero wraz z amnestią dla więźniów politycznych 11 września 1986 roku. Rzeczywiście w tym czasie dominował pewien konserwatyzm myślenia, skupienie na bieżącej sytuacji. Zdawałem sobie sprawę, że wszystko zmierza do zmiany, w jakiejś jeszcze nieokreślonej formie, ale mało kto to podzielał. Natomiast rozumieli to dobrze Adam Michnik i Bronisław Geremek.

– Czyli wspólna diagnoza, ale inne plany.

– Zdawałem sobie sprawę, że nie wróci wprost sytuacja z 1980 roku, ale było dla mnie oczywiste, że wrócić musi „S”. Próby obejścia „S” obserwowaliśmy już po stanie wojennym. Komuniści liczyli, że aktywną część społeczeństwa ujmą w ramy, które nie będą dla nich groźne, na przykład legalnych klubów politycznych. Wiedzieli, że groźne są dla nich zakłady pracy. Tam w dalszym ciągu była realna siła społeczna. W kierownictwie „S” był spór o to, co ma znaczenie: zakłady czy postawa inteligenckiej elity. W istocie chodziło o to, kto będzie partnerem dla włądzy. Geremek i Michnik chcieli widzieć siebie w tej roli (wraz ze środowiskiem). Wałęsa też skłonny do ugody, nie zajmował jeszcze stanowiska.

– Poznał Pan dobrze środowiska opozycyjne i w Warszawie, i w Gdańsku. Czy poszczególne Regiony się różniły?

– Cała warszawska opozycja była bardziej inteligencka, w Gdańsku było to środowisko mieszane, bardziej robotnicze. Region Mazowsze zawsze dążył do dużej autonomii i stawiał tezę, że liczy się opór elit intelektualnych. Uważał tak nawet Zbigniew Bujak, który przecież sam wyrósł z robotniczego Ursusa. Region Gdański uważał, z czym ja też się zgadzałem, że – jak to się wtedy mówiło – ważne są załogi, czyli zakłady pracy.

– W Regionie Gdańskim wciąż żywa jest pamięć o udziale Pana i Lecha Kaczyńskiego w strajkach w 1988 roku.

– Oba strajki w 1988 roku bardzo ożywiły sytuację. Gdy na początku maja usłyszałem, że w Gdańsku coś się dzieje, jeszcze tego samego dnia pojechałem tam pociągiem. Dostaliśmy się z Leszkiem do Stoczni Gdańskiej. Gdy wyszliśmy z niej na chwilę, była już otoczona przez milicję i ZOMO. Na teren stoczni pomógł nam wrócić jakimiś zakamarkami kierowca ks. Jankowskiego, bardzo rosły i silny człowiek. Uczestniczyliśmy w jałowych negocjacjach z zastępcą dyrektora stoczni. Nazywaliśmy go „Telefon”, bo niczego sam nie mógł załatwić. Wtedy poznałem abp. Tadeusza Gocłowskiego, jeździłem na rozmowy do kurii w Oliwie. W stoczni było wielu nowych młodych robotników, którzy nie brali udziału w Sierpniu ’80. Uznaliśmy, że nie ma innego wyjścia, niż zorganizowane wyjście ze stoczni. Było to przynajmniej częściowe zwycięstwo, wstępne przełamanie sytuacji, zachęta do dalszych działań.

– A strajki sierpniowe?

– Sierpień był już bardziej zaplanowany. Uczestniczyłem w naradach w kościele św. Zygmunta w Warszawie, na których zakładano, że wszystko zacznie się w Szczecinie. Wcześniej spontanicznie wybuchł jednak strajk w kopalni Manifest Lipcowy. Później był Szczecin, Gdańsk, inne miasta. Strajk się rozszerzał, choć nie tak szybko, jak liczyliśmy. Słaby był mechanizm informacji pomiędzy zakładami. W Gdańsku pamiętam najpierw prawie pustą stocznię, a później szybki rozwój strajku, także w sąsiadujących stoczniach Remontowej i Północnej. Pamiętam młodych stoczniowców z grupy „Dym” pięknie grających na gitarze. Strajki w 1988 roku miały duże znaczenie. Choć słabsze niż osiem lat wcześniej, nie przebiegły tak, jak władza chciała. Władza nie chciała powrotu „Solidarności”. A „Solidarność” wróciła.

– Od niedawna patronem Związku jest bł. ks. Jerzy Popiełuszko. Czy zdaniem Pana, mieszkańca Żoliborza, to dobra decyzja Watykanu?

– To bardzo trafna decyzja, podkreślająca wyjątkową rolę ks. Jerzego nie tylko w wymiarze symbolicznym, patriotycznym czy duchowym, ale realnego wsparcia dla przetrwania „S”. Odprawiane przez niego msze święte za ojczyznę w pewnym momencie stały się najbardziej widoczną, jaskrawą demonstracją tego, że „S” mimo stanu wojennego nie została zniszczona. W kościele św. Stanisława Kostki co miesiąc spotykało się od kilku do 10 tysięcy ludzi. Były sztandary związkowe. Wyczytywano kilkaset delegacji z całego kraju, z regionów, zakładów pracy. Dawało to poczucie wspólnoty. Ksiądz Popiełuszko bez wątpienia miał w sobie charyzmę, którą odczuwamy do dziś.

– Dziękuję bardzo za rozmowę.

Rozmawiał Adam Chmielecki

„Magazyn Solidarność” nr 10/2015

Download PDF
Powrót Drukuj stronę