Czas ludzi niepokornych

Rozmowa z profesorem Wojciechem Polakiem, historykiem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, autorem książek o opozycji antykomunistycznej w okresie PRL, członkiem NSZZ „Solidarność”

– Jest Pan historykiem o szerokich zainteresowaniach badawczych, od dziejów polskiego parlamentaryzmu i relacji polsko-moskiewskich w XVI i XVIII wieku po historię najnowszą. Jak w takiej perspektywie jawią się Sierpień ’80, a później powstanie i działalność NSZZ „Solidarność”?

– Bez wątpienia „Solidarność” wpisuje się w polską tradycję dążenia do wolności. Właściwie od końca XVIII wieku przez wiek powstań – wiek XIX – po rok 1989 w naszej historii istnieje ciągłość tych dążeń wolnościowych. Wolność, obok godności, była fundamentem tzw. karnawału „Solidarności” w latach 1980-1981. Tego dążenia nie przerwał nawet stan wojenny. W ruchu „Solidarności”, zbudowanym wokół związku zawodowego, ale będącym zjawiskiem szerszym, ujawniło się po raz kolejny polskie umiłowanie wolności, niezależności, gen niepoddawania się. Nie wszystkie narody mają taki charakter. Przykładowo Niemcy ze swoim przywiązaniem do porządku uważają, że przegrani muszą się podporządkować zwycięzcom. Polacy nigdy nie uznają się za pokonanych i zawsze kontynuują dążenia do wolności.

– Powstaje jednak pytanie, dlaczego udało nam się właśnie w latach 80. i właśnie „Solidarności”, skoro jarzmo komunizmu próbowaliśmy zrzucić praktycznie od pierwszego dnia po zakończeniu II wojny światowej? Jedna z Pańskich książek o historii „Solidarności” nosi tytuł „Czas ludzi niepokornych”. Nawiązując do tego można powiedzieć, że Polacy byli niepokorni jeszcze przed Sierpniem ’80.

– Procesy historyczne wynikają najczęściej ze splotu wielu czynników. Widzę tu pewne podobieństwa z odzyskaniem przez Polskę niepodległości w 1918 roku. Jeszcze w 1914 roku, przed wybuchem I wojny światowej, mało kto uznawał za realne to, że w takim czasie możliwy jest upadek wszystkich trzech zaborców i odrodzenie Polski. Podobnie jeszcze w drugiej połowie lat 80. większości Polaków nie mieściło się w głowie, że niedługo na mapie świata może zabraknąć Związku Sowieckiego, a Polska nie będzie podległa komunizmowi. A jednak udało się w obu przypadkach i w obu był to wynik gotowości i działalności samych Polaków, jak i korzystnej sytuacji międzynarodowej.

– Ma Pan tu już na myśli koniec lat 80. i rozkład ZSRS?

– Tak. Bez względu na sympatię lub nie do Michaiła Gorbaczowa, ostatniego przywódcy ZSRS oraz na ocenę jego intencji – którymi było oczywiście utrzymanie sowieckiego imperium – to zainicjowanie przez niego polityki pierestrojki (przebudowy) i głasnosti (jawności) doprowadziło najpierw do liberalizacji, a później upadku ZSRS, co znacznie ułatwiło przemiany w Polsce. Ale w odzyskaniu niepodległości w 1989 roku widzę też inny czynnik. Pan Bóg błogosławi tym, którzy są po stronie dobra i którym się chce działać.

–  Niektórzy historycy porównują, może nieco na wyrost, podziemną działalność Związku do Polskiego Państwa Podziemnego w czasie II wojny światowej…

– Nie może tu być oczywiście mowy o pełnej analogii, ale rzeczywiście w latach 80. wokół „Solidarności” powstały struktury, które tym Polakom, którzy odrzucali władzę komunistyczną i chcieli żyć przynajmniej namiastką wolności, umożliwiały dostęp do zakazanej oficjalnie wiedzy (poprzez bezdebitową prasę i książki), udział w niezależnych spotkaniach, wydarzeniach kulturalnych i naukowych, udział w życiu Kościoła. Powstało swoiste podziemne społeczeństwo obywatelskie. Dotyczy to zresztą całego okresu 1981-1989, bo przecież prawne realia stanu wojennego, formalnie zniesionego w 1983 roku, obowiązywały do końca PRL. Przepisy z dekretów stanu wojennego zostały po prostu wprowadzone do prawa powszechnego.

– Jak Pan ocenia kluczowy moment polskiej transformacji, czyli rozmowy Okrągłego Stołu?

– To była dobra metoda na przejęcie władzy od komunistów. Oczywiście należało ją traktować czysto taktycznie, czyli już po powstaniu III RP odebrać funkcjonariuszom dawnego reżimu możliwość wpływu na politykę, na władzę. Można było to zrobić, bo przecież szybko przestała istnieć strona, która zawarła porozumienia Okrągłego Stołu, czyli PZPR. Błędem było długie trwanie przy postanowieniach Okrągłego Stołu, które zapewniały komunistom wpasowanie się w życie polityczne i społeczne III RP.

– Czy ten pierworodny grzech zaniechania zaważył na kształcie transformacji? Nikt nie kwestionuje sukcesów III RP, takich jak chociażby integracja ze strukturami politycznymi i militarnymi Zachodu, gołym okiem widać jednak, że wielu rzeczy nie udało się naprawić. Rośnie rozwarstwienie społeczne, wiele grup funkcjonuje w coraz trudniejszej rzeczywistości, w tym, paradoksalnie, ci, którzy stanowili o sile „Solidarności”, czyli polscy pracownicy.

– Niestety, po 1989 roku „Solidarność”, jako związek zawodowy, jako reprezentacja pracowników, zapłaciła cenę za grzechy, których w większości nie popełniła. Politycy, którzy wyrośli na ruchu „Solidarności”, w większości zapomnieli o swoich korzeniach, zaczęli realizować politykę skrajnie liberalną, począwszy już od tzw. planu Balcerowicza. Oczywiście, gospodarka przejęta w spadku po PRL była w fatalnym stanie i wymagała reform. Oczywiste jest także, że każdy okres transformacji wymaga wyrzeczeń i ofiar. Jednak takie koszty muszą mieć swoje uzasadnienie, a później powinny przynieść dobre efekty. Poza tym w liberalnych reformach poszliśmy dużo dalej, niż to było potrzebne do naprawy gospodarki. Dlaczego zlikwidowaliśmy przemysł albo w najlepszym wypadku sprzedaliśmy go innym? Łatwo było przewidzieć, że najpóźniej po kilku latach wiele zakładów zostanie zamkniętych przez zagranicznych właścicieli, aby nie stanowić konkurencji dla tych z Zachodu. Tak niestety się stało.

– Tymczasem rządząca od ośmiu lat koalicja PO-PSL zdaje się tego nie dostrzegać. Narracja władzy mówi o „złotym wieku” w historii Polski. Czy Pan się z tym zgadza?

– Nie. Z jednej strony są oczywiście całe kategorie beneficjentów przemian, z drugiej miliony młodych Polaków, którzy wyemigrowali z kraju, głównie w poszukiwaniu pracy, lub – jak pokazują badania opinii publicznej – mają taki zamiar. Wiele innych grup spycha się niejako poza nawias, nie korzystają one z możliwości rozwoju. Dzięki środkom unijnym rozwija się wprawdzie infrastruktura, powstaje wiele inwestycji, ale dopiero czas zweryfikuje, ile z nich okaże się swoistymi wioskami potiomkinowskimi, ułudą rozwoju? W dużej części żyjemy teraz na kredyt.

– Jaką strategię powinna zatem przyjąć „Solidarność”, jako związek zawodowy, na obecne czasy? Patrząc historycznie, nie sprawdziło się chyba ani bezpośrednie sprawowanie władzy, ani coś przeciwnego, czyli być może nieco naiwne zawierzenie politykom, którzy później wyalienowali się ze społeczeństwa?

– Konieczne jest wypracowanie modelu skutecznego rozliczania władzy z jej działalności, z realizacji zapowiedzi. Przy tym powinno się to odbywać na możliwie najbardziej szczegółowym, konkretnym poziomie, a nie w sferze ogólnych deklaracji.

– Czyli, jak rozumiem, podpisana w kampanii wyborczej umowa programowa między „Solidarnością” a ówczesnym kandydatem na prezydenta Andrzejem Dudą, dziś już urzędującą głową państwa, była krokiem w dobrą stronę?

– Tak. W takich przypadkach można nawet w pewnych punktach ustąpić, bo ma się gwarancję, że zyskuje się w innych. Odradzałbym natomiast nadmierne wchodzenie przez związek zawodowy bezpośrednio w struktury władzy. „Solidarność” powinna pamiętać, że siła i wpływ na sytuację zależy zarówno od jej mitu (w pozytywnym znaczeniu tego słowa), etosu, z którym utożsamiają się miliony Polaków, jak i od liczby członków. „Solidarność” ma prawo mówić w imieniu polskich pracowników, ale także szerzej – w imieniu polskiego społeczeństwa. Nie ma w Polsce drugiej tak silnej, tak umocowanej, tak akceptowanej organizacji społecznej.

– Na koniec chciałbym spytać o Pańskie osobiste doświadczenia związane z „Solidarnością”. Odwołując się ponownie do tytułu jednej z Pańskich książek, jest Pan od początku „wielbicielem Panny »S«”.

– W sierpniu 1980 roku przypadał środek moich wakacji przed rozpoczęciem studiów historycznych w Toruniu. Pamiętam tamtą atmosferę eksplozji radości, euforii, poczucia, że dzieje się coś wielkiego, że następuje zmiana. Z „Solidarnością” sympatyzuję od początku jej powstania. Nie byłem pracownikiem, więc nie mogłem zapisać się do związku zawodowego, ale tuż po rozpoczęciu studiów zaangażowałem się w działalność związanego z „S” Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Później działałem w podziemnych strukturach Związku, a w 1988 roku osobiście reaktywowałem organizację zakładową „Solidarności” w Instytucie Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Do dzisiaj jestem członkiem Związku, to część mojego życia.

Rozmawiał Adam Chmielecki

„Magazyn Solidarność” nr 9/2015

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę