Kania, Kociołek, Jaruzelski, Kiszczak – to oni są winni tej zbrodni

44 lata mijają od masakry grudniowej w 1970 r., kiedy władze ówczesnego PRL-owskiego systemu wydały decyzję o skierowaniu luf karabinów i czołgów na zwykłych ludzi. Elżbieta Grott miała wtedy 16 lat. Chciała, jak inni tego dnia, iść do pracy. Przecież dzień wcześniej namawiał do tego w telewizji wicepremier Stanisław Kociołek. Nie dała rady. Koło kolejki SKM w Gdyni trafiła ją kula karabinu.

To, co się wtedy wydarzyło, zaważyło na całym moim życiu. Nigdy tego nie zapomnę – mówi Elżbieta Grott. 16-letnia Ela pracowała jako goniec w Energoprojekcie. W domu było bardzo ciężko. Samotna matka, pracująca jako kucharka w przedszkolu, i troje dzieci. Dziewczyna nie dostała się do szkoły introligatorskiej. Wspólnie w domu postanowiono więc, że pójdzie do pracy. Trzeba było przecież jakoś żyć, no i pomóc rodzinie.

Kryptonim „Jesień ’70”

„Jesień ’70” – pod tym kryptonimem ówczesne władze przygotowywały akcję mobilizacyjną przed wprowadzeniem podwyżek cen artykułów detalicznych. 8 grudnia 1970 r. gen. Wojciech Jaruzelski wydał rozkaz (0084/oper) w sprawie zasad współpracy Ministerstwa Obrony Narodowej i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w zakresie „zwalczania wrogiej działalności, ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego oraz przygotowań obronnych”. Dwa dni po wprowadzeniu podwyżek cen, 14 grudnia 1970 r., protestujący ludzie wyszli na ulice Gdańska. Przeciwko demonstrującym robotnikom i mieszkańcom skierowano pododdziały MO i ZOMO. Tego dnia starcia w różnych częściach Gdańska trwały do późnych godzin wieczornych. Nie strzelano jeszcze wtedy do ludzi, milicja i ZOMO użyły pałek i środków chemicznych, aby rozprawić się z protestującymi.

Dzień później, 15 grudnia, Biuro Polityczne KC PZPR podjęło decyzję o użyciu broni przez służby porządkowe i wojsko w przypadku bezpośredniego atakowania funkcjonariuszy i żołnierzy, podpalania i niszczenia obiektów, a także zagrożenia życia osób. W Gdańsku ludzie na ulicach wyrażali swój protest. Demonstrowali pod Komendą Miejską MO, Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, siedzibą Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych, podpalili budynek KW PZPR. Wtedy władze wprowadziły do akcji pierwsze czołgi i transportery opancerzone.

Tego dnia jednak w Gdyni, choć na ulicach protestowali ludzie, było spokojnie. Robotnicy Stoczni im. Komuny Paryskiej i innych zakładów pracy przeszli w pokojowym marszu pod Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Ich delegacja rozmawiała z przewodniczącym PMRN Janem Mariańskim, doszło nawet do podpisania porozumienia między władzą a demonstrantami. Robotnicy powołali Główny Komitet Strajkowy dla miasta Gdyni, który wśród postulatów postawił żądanie uwolnienia wcześniej aresztowanych demonstrantów. W nocy milicja opanowała gmach, gdzie obradował Komitet Strajkowy i aresztowała jego członków.

16 grudnia do Gdańska wkroczyły oddziały wojska, czołgi i transportery opancerzone. Na redzie portu zakotwiczyły cztery okręty wojenne. Tego dnia wojsko już strzelało do robotników, wychodzących z okupowanej przez strajkujących Stoczni Gdańskiej. Padli zabici i ranni.

Strajk okupacyjny prowadziły również zakłady w Gdyni. Na ulicach miasta dochodziło do starć z milicją.

Przystąpcie do normalnej pracy

16 grudnia wieczorem o godz. 20 w telewizji gdańskiej przemówił wicepremier Stanisław Kociołek: „Jeszcze raz stoczniowcy ponawiam do was adresowane wezwanie: Przystąpcie do normalnej pracy. Są do tego wszystkie warunki”. Kociołek nie powiedział słowa o decyzji zawieszenia pracy w stoczniach. Elżbieta Grott, posłuchała go, razem z innymi rano wsiadła do trolejbusu, by dostać się do pracy.

– Kociołek mówił, że robotnicy mają iść do pracy. Więc na drugi dzień rano o godz. 7.15 pojechałam trolejbusem z Witomina do Gdyni na plac Konstytucji. Wysiadłam, bo już nie było energii, odcięli prąd i nie można było jechać. Więc musiałam dojść piechotą do Gdyni Stoczni. Wielu ludzi tak jak ja szło piechotą. Robotnicy szli do pracy. Koło wiaduktu stał czołg. Stali tam żołnierze. Kiedy doszłam pod wiadukt i szłam na ulicę Czechosłowacką, otrzymałam strzał. Widziałam, że na wprost mnie stał czołg. Trochę wcześniej zobaczyłam jednego robotnika, który wołał: „Do Polaka będziecie strzelać?!”. Rozpiął kurtkę i koszulę, był obwiązany bandażem. Wołał: „Do rannego będziecie strzelać?”. Ale oni strzelili i mężczyzna padł. A po chwili ja też dostałam kulę – relacjonuje Elżbieta Grott. Podniosło ją czworo mężczyzn. Obcy taksówkarz zawiózł do szpitala. – Byłam nieprzytomna. Kiedy się ocknęłam, zobaczyłam, że w szpitalu było pełno ludzi. Leżałam na oddziale damskim. Nie mogłam spać spokojnie. A śniło mi się w nocy, że byłam w szpitalu wojskowym. Widziałam mnóstwo wojska. I strzelali wokół. A mnie zastrzelili. Lekarz dał mi lekarstwo na uspokojenie. Tak było przez całą noc. Budziłam się i dostawałam leki na uspokojenie. W pewnym momencie zobaczyłam, że lekarze i pielęgniarki leżą koło nas na sali. Tego dnia do godz. 22 był zakaz chodzenia po ulicach. Dlatego lekarze i pielęgniarki nie mogli iść do domu. Koło mnie leżała inna postrzelona kobieta, trochę starsza ode mnie, koło czterdziestki, też robotnica, nie wiem, czy jeszcze żyje. I wkrótce nowa ranna się pojawiła, trochę młodsza. Na drugi dzień dowiedziałam się, że na nasz oddział przyszedł milicjant i chciał nas zabić. Nie wiem, czy to prawda, ale tak mówili i lekarze, i pielęgniarki – wspomina Elżbieta Grott.

Pięć kilo pomarańczy

24 grudnia wypisywano Elżbietę Grott ze szpitala. – Przyjechali jacyś ludzie w białych fartuchach. Przynieśli prezent – pięć kilogramów pomarańczy. I mamie jeszcze dali odszkodowanie, chyba od partii – 10 tys. zł – opowiada. Dodaje, że od tamtej pory ma problemy ze zdrowiem. – Czuję ból od ucha, przez plecy aż do nóg. Chodzę o kulach. Nie wiem, czy mam iść na operację, ale od tamtego czasu boję się. Boję się szpitala – skarży się Elżbieta Grott.

Po 18 latach od wniesienia aktu oskarżenia przeciwko sprawcom morderstwa z grudnia 1970 r., 19 kwietnia 2013 r., sąd wydał w końcu niejednogłośny wyrok. Uznano za „bezprawną i przestępczą” decyzję władz PRL o użyciu broni wobec robotników protestujących przeciw drastycznym podwyżkom cen w 1970 r. W grudniu 2013 r. Elżbieta Grott otrzymała odpis wyroku z uzasadnieniem.

– Kania, Kociołek, Jaruzelski, Kiszczak i jeszcze inni – to oni są winni tej zbrodni – mówi dobitnie Elżbieta Grott. – Ja nie otrzymałam żadnego odszkodowania za to, że byłam postrzelona. Nie dostaję specjalnej renty. Chodzę od Annasza do Kajfasza, ale do tej pory nie dostałam żadnego zadośćuczynienia. A minęły już 44 lata. Elżbieta Grott na procesie w Warszawie widziała Jaruzelskiego, Kociołka, Kiszczaka. Patrzyła na ich twarze i rosła w niej gorycz: – Sąd uznał, że oni wszyscy są lepsi ode mnie. Jeden z nich jeszcze żyje, ale oni wszyscy mieli bardzo dobre renty, emerytury. Ja do tej pory czekam na pomoc.

Drży, kiedy wspomina, jak sędzia pytał ją, w jaki sposób do niej strzelano. – Pytano, czy karabin był skierowany na wprost, w górę, na dół, czy na boki. Ta, ta, ta ta… Tak strzelano. Pokazałam, że na wprost. A Kociołek wtedy głową kiwał przecząco i był zły, że tak mówiłam. Sąd uznał, że oni nie byli winni.

45 zabitych, około 1164 rannych

Brak jednolitego dowództwa – taka była linia obrony winnych masakry w grudniu 1970 r. Żaden z ówczesnych decydentów nie poniósł odpowiedzialności za swoje czyny. A oto ich lista: Stanisław Kociołek, Stanisław Kania, Władysław Gomułka, Marian Spychalski, Józef Cyrankiewicz, Wojciech Jaruzelski, Tadeusz Tuczapski, Grzegorz Korczyński.

W 1995 r. Prokuratura Wojewódzka w Gdańsku wniosła do Sądu Wojewódzkiego akt oskarżenia przeciwko Jaruzelskiemu, Kociołkowi, Tuczapskiemu oraz dowódcom wojsk tłumiących protest. Prokurator żądał dla oskarżonych kar po 8 lat więzienia i po 10 lat pozbawienia praw publicznych. Obrońcy i oskarżeni wnieśli o uniewinnienie.

W kwietniu 2013 r. Sąd Okręgowy w Warszawie uniewinnił byłego wicepremiera PRL Stanisława Kociołka. Zdaniem sądu, decyzja o użyciu broni była bezprawna i przestępcza. – W grudniu 1970 r. nie było potrzeby wprowadzania do Trójmiasta w pełni uzbrojonych oddziałów wojska, a taka decyzja prowadziła do nieuchronnej konfrontacji z ludnością cywilną i rozlewu krwi – mówiła w uzasadnieniu wyroku sędzia sprawozdawca Agnieszka Wysokińska-Walczak. Sąd, uniewinniając ówczesnego wicepremiera Stanisława Kociołka, przedstawił kuriozalne wytłumaczenie, że jego przemówienie nie miało na celu nakłonienie robotników do przyjścia do pracy, a jedynie do podjęcia pracy.

Na ławie oskarżonych zasiadły trzy osoby (początkowo było ich 12): oprócz b. wicepremiera PRL Stanisława Kociołka, dwaj b. wojskowi, którzy wydawali rozkazy użycia broni wobec robotników – Mirosław W., dowódca 3 batalionu 55 Pułku Zmechanizowanego, blokującego bramę nr 2 Stoczni Gdańskiej, i Bolesław F., zastępca dowódcy ds. politycznych 32. Pułku Zmechanizowanego blokującego stocznię w Gdyni. Sąd orzekł, że wzięli „udział w pobiciu, polegającym na oddaniu strzałów z broni palnej w kierunku ludności cywilnej”. Prokuratura zarzuciła im sprawstwo kierownicze zabójstwa. Groziło im dożywocie, ale obaj nie przyznawali się do zarzutów. Zostali wprawdzie skazani, ale ich wyroki były wyjątkowo łagodne. Sąd skazał ich na kary 2 lat więzienia w zawieszeniu na 4 lata.

Olga Zielińska

„Magazyn Solidarność” nr 12/2014

Download PDF
Powrót Drukuj stronę