Solidarność to Polska

Rozmowa z Andrzejem Michałowskim, w latach 80. jednym z liderów portowej „Solidarności”, działaczem podziemnych struktur Związku, więźniem politycznym, autorem książki „Moja Solidarność”.

michalowski

– Czytając Pańskie wspomnienia po raz kolejny przekonałem się, że tzw. wielka historia nierozerwalnie wiąże się z losami konkretnych osób. Wiemy, że bez pamięci o zbrodni Grudnia 1970 nie byłoby Sierpnia 1980. W Pańskim przypadku wszystko również zaczęło się w 1970 roku…

– Grudzień ’70 był moją pierwszą lekcją demokracji, zaangażowania społecznego. Włączyłem się w protesty jako młody pracownik gdańskiego portu. Widziałem ciała zabitych, rannych, którzy padali koło mnie. Na własnej skórze odczułem, jak „ludowa” władza dba o robotników. Gdy z zewnętrz atakowało nas ZOMO, nagle, na umówione hasło, esbecy, którzy byli wśród nas, wyciągnęli ołowiane pałki i zaczęli nas bić od środka. Na ręce założyli czerwone opaski, aby nie bić siebie nawzajem. W czasie takich starć broniliśmy się jak mogliśmy, ja też nieraz chwytałem w ręce metalowe rury służące do budowy rusztowań, których nie brakowało, ponieważ w tym czasie budowano słynny gdański „Zieleniak”. Te rury wkładane w gąsienice skutecznie blokowały milicyjne i wojskowe transportery opancerzone.

– Mimo takich doświadczeń dziesięć lat później włączył się Pan w kolejny protest.

– W sierpniu 1980 r. siedziałem dosłownie na walizkach. Byłem marynarzem, oficerem w Wydziale Usług Żeglugowych, ale miałem już załatwiony dobrze płatny kontrakt u zagranicznego armatora. Zupełny przypadek zdecydował, że włączyłem się w powstanie „S”. Władza chciała sprytnie podejść solidaryzujących się ze stoczniowcami portowców, argumentując, że muszą wprowadzić do portu statek z fosforanami, aby uchronić ciągłość produkcji w gdańskich zakładach fosforowych. Przekonałem kolegów, że to fortel, że nie możemy przerwać strajku z żadnego powodu. W ten sposób uznano mnie za jednego z liderów strajku w porcie.

– Jak wyglądał ten strajk?

– Zostałem członkiem portowego komitetu strajkowego, uczestniczyłem w rozmowach z delegacją wicepremiera Tadeusza Pyki. Szybko okazało się jednak, że nie ma on żadnych pełnomocnictw. Zerwaliśmy rozmowy. Wysłaliśmy swoich przedstawicieli do MKS w Stoczni Gdańskiej. Udało się osiągnąć główny cel – powołanie niezależnych związków zawodowych. Powstanie „S” przyjęliśmy z euforią. Do organizacji związkowej w porcie zapisało się ponad 90 proc. załogi! Ja zostałem przewodniczącym komisji wydziałowej, byłem delegatem na I WZD Regionu Gdańskiego.

– Miał Pan też szczególną umiejętność do… wykrywania esbeków.

– Wiedzieliśmy, że do „S” zapisują się nie tylko partyjniacy, ale także esbecy. Wbrew pozorom bardzo łatwo można było ich wyłapać z grona nowych pracowników i zarazem kandydatów na członków Związku. Przynosili podejrzane życiorysy, w których ostatnie miejsce pracy było trudne do zweryfikowania, na przykład znajdowało się daleko od Gdańska. Dzwoniłem do podawanych w CV miejsc pracy i weryfikowałem dane. W większości były to kłamstwa, a takie osoby już się więcej nie pojawiały. Nie mam jednak wątpliwości, że wielu bardziej sprytnych esbeków lub agentów przeniknęło do Związku.

– Czy sukces „S” był możliwy między innymi dlatego, że u jego początków stali robotnicy, twardzi mężczyźni, bardziej odporni na fizyczne represje stoczniowcy i portowcy?

– Nie przeceniałbym tego czynnika. „S” szybko stała się olbrzymim ruchem społecznym obejmującym wszystkie grupy społeczne, intelektualistów, studentów, kobiety, po prostu zwykłych Polaków. Jeśli policzyć wszystkich członków, ich rodziny i sympatyków, „S” to była niemal cała Polska. Takiego ruchu nie można było zdmuchnąć, zdusić tak jak w grudniu 1970 roku.

– Nadchodzi kolejny, najbardziej dramatyczny strajk, w grudniu 1981 r. Mało kto pamięta, że to właśnie w porcie odbył się najdłuższy w stanie wojennym protest w Regionie Gdańskim.

– Port to duża i skomplikowana struktura. Kilkanaście kilometrów nabrzeża po dwóch stronach kanału. Trudno w takich warunkach chociażby o komunikację. Już pierwszej nocy ZOMO rozbiło portowe drukarnie, aresztowało wiele osób. Na miejsce protestu wybraliśmy najtrudniejszy do pacyfikacji Rejon II. Tam około półtora tysiąca portowców podjęło strajk okupacyjny. To była niemal twierdza, otoczona ogródkami działkowymi, rowami melioracyjnymi, torowiskami tramwajowymi. Dodatkowo z dwóch stron ustawiliśmy barykady z pustych cystern i wagonów z siarką oblanych ropą. Byliśmy gotowi do czynnej obrony. Przez kilka dni ZOMO i wojsko tylko się czaiło, latali nad nami helikopterami i straszyli militaryzacją portu. Chcieli nas uznać za żołnierzy i oskarżyć o niewykonywanie rozkazów.

– Jakie był nastroje? Baliście się?

– Oczywiście, że tak. Nie o siebie, ale o rodziny w domach. To już nie było radości Sierpnia ‘80, była dramaturgia i napięcie. Marynarka Wojenna przygotowała pokaz siły. Podpłynęli dwoma kutrami rakietowymi z pełnym uzbrojeniem, wycelowali je w nasz rejon. W odpowiedzi skupiłem w jednym miejscu, w tzw. trójkącie wiślanym, wszystkie ciężkie holowniki. Wycelowaliśmy w stronę kutrów lufy pomp wodnych. Z wojskiem jednak nie chcieliśmy się bić, inaczej niż z ZOMO. W imię odpowiedzialności za ludzi zdecydowaliśmy się zakończyć strajk 19 grudnia. Wojskowi zarzekali się na słowo honoru, że nikomu z protestujących nic się nie stanie, jednak cały teren obstawiło ZOMO, a z wody nastąpił desant żołnierzy marynarki. Wyłapywali ludzi.

– Dla Pana zaczął się okres działalności podziemnej.

– Wydostałem się potajemnie z portu ukryty w kominie holownika, który Marynarka Wojenna odholowała na Westerplatte. Zaczęła się działalność podziemna, organizowanie kolejnych drukarni, ukrywanie się, zdobywanie fałszywych dokumentów tożsamości.

– Jak wyglądały zasady konspiracji? W podziemiu powstały nawet specjalne poradniki na ten temat.

– Tak, ale każdy działał raczej według własnych zasad i doświadczenia. Niektórzy się do tego w ogóle nie nadawali, np. Aleksander Hall. Był cały czas przestraszony, nie miał sprytu konspiracyjnego, który posiadał chociażby Bogdan Borusewicz. „Borsuk” był jednak przesadnie podejrzliwy, często kluczył nocami po trójmiejskich lasach. Ja wolałem przemieszczać się w dzień, było wówczas mniejsze ryzyko wpadki, np. podczas przewożenia samochodem sprzętu poligraficznego.

– Był Pan jednym z najbardziej poszukiwanych więźniów politycznych. I to dwukrotnie.

– Za pierwszym raz siedziałem w gdańskim więzieniu przy ulicy Kurkowej oraz w Potulicach, za drugim tylko na Kurkowej.

– Czym różniły się oba więzienia?

– W Potulicach panował bojowy nastrój. Śpiewaliśmy przecież „Zima wasza, wiosna nasza”. Siedzieliśmy w większych grupach. Na Kurkowej siedziałem sam, w celi miałem tylko podstawionego kapusia. Traktowano mnie gorzej od więźniów kryminalnych. Byłem odizolowany od innych, miałem prawo tylko do kwadransa spaceru dziennie. Siedziałem w małej, dusznej celi, gdzie światło i świeże powietrze z trudem dochodziło przez kraty, okno, siatkę i płytę z pleksi. Oskarżono mnie o próbę obalenia ustroju socjalistycznego z udziałem obcych mocodawców, czyli szpiegostwo. Przed prokuratorami grałem bohatera, ale po powrocie do celi miałem zupełnie inne myśli.

– Jak trafił Pan na emigrację? W 1986 roku była amnestia.

– Ale mnie i kilku innych więźniów politycznych nie objęła. Wyszedłem na wolność trochę później, na tzw. warunkowe zwolnienie. Oczywiście od razu wróciłem do podziemia. Odbudowałem podziemną poligrafię, a po roku postanowiłem dołączyć do żony i syna, którzy wyemigrowali do Norwegii. Tam włączyłem się w działalność Komitetu Solidarności Polsko-Norweskiej, reprezentowałem też „S” na konferencji MOP w Genewie.

– W Oslo zastał Pana rok 1989. Jak odebrał Pan zmiany w Polsce?

– W wyborach czerwcowych byłem członkiem komisji wyborczej w ambasadzie PRL w Oslo. W tej samej komisji w wyborach prezydenckich w 1990 r. byłem mężem zaufania Lecha Wałęsy. To był koniec mojego zaufania do niego.

– Tyle o faktach. A co, nawiązując do tytułu Pańskich wspomnień, ze zdradą i nadzieją? Czy chodzi o indywidualny wymiar zdrady, na przykład tajnych współpracowników SB?

– Także, chociaż w swojej książce ujawniam z nazwiska tylko tych agentów, których  działalność dotknęła mnie osobiście. Nie chodzi bowiem o zemstę, tylko o prawdę i sprawiedliwość. Każdy przypadek agenturalny trzeba rozpatrywać indywidualnie. „S” była autentyczna i nie można odbierać jej sukcesu.

– Z książki wynika jednak, że Okrągły Stół uznaje Pan jeśli nie za zdradę, to przynajmniej kulawy, zgniły kompromis. Gdzie zatem nadzieja z podtytułu?

– Warto było ponieść ofiarę. Dzisiaj w Polsce sami możemy decydować o własnym losie. O to walczyła „S”. Po II wojnie światowej przez kilka dekad Polacy byli ludźmi poddanymi, w każdym aspekcie życia. „S” to zmieniła. Jesteśmy wolnymi ludźmi.

Rozmawiał Adam Chmielecki

„Magazyn Solidarność” nr 4/2016

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę