Andrzej Kołodziej: Zawieźliśmy do Gdyni rewolucję

Z Andrzejem Kołodziejem, działaczem WZZ Wybrzeża, liderem strajku w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, wiceprzewodniczącym MKS, działaczem Solidarności Walczącej, rozmawia Artur S. Górski.

Obejrzyj rozmowę w TV Solidarność Gdańsk

– Jest Pan niepoprawnym buntownikiem. Kiedy przyjechał Pan do pracy z Podkarpacia na Wybrzeże, miał Pan osiemnaście lat. Od razu też zaczęła się „wywrotowa” działalność. Skąd ten bunt?

– Winę za to ponosi wychowanie w domu rodzinnym (śmiech). Nasłuch Radia Wolna Europa, opowieści o 1939 roku, o antykomunistycznej partyzantce. Jesteśmy z pogranicza. Dla mnie Stocznia Gdańska po 1970 roku to był symbol oporu…

andrzej_kolodziej

– Jednak to rozmowy, a nie czynny opór doprowadziły do zmian w Polsce…

– Rozmowy? Geneza tzw. Okrągłego Stołu to ugoda części opozycji z przypartą do muru władzą. Nie respektowaliśmy porozumienia zawartego z szefem SB Czesławem Kiszczakiem, który do rozmów dobrał część wygodnej opozycji i pod wpływem strajku z maja i sierpnia 1988 kilku „niepokornych” działaczy. Cały Okrągły Stół był teatrzykiem. Mieliśmy informacje, że już w czerwcu 1988 roku ruszyła maszyneria zmian korzystnych dla ludzi upadającego systemu. Dowiedziałem się pod koniec 1988 roku, że pomoc ekonomiczna będzie przekazana przez Zachód dla ZSRS w zamian za ustępstwa polityczne. Była to dziwna informacja, ale pochodziła z otoczenia Jaruzelskiego. Informacja, iż jest plan zjednoczenia Niemiec spłynęła do komunistów w Polsce już pod koniec 1987 roku. Zobowiązałem się do zachowania dyskrecji, więc proszę mnie nie pytać, od kogo mieliśmy informacje. Chodziło o umowę o zjednoczeniu Niemiec. Ekipa Gorbaczowa miała otrzymać 10 miliardów dolarów pomocy gospodarczej.

– Mieliście takie dane w 1988 roku?

– Tak, częściowe. Dalszy ciąg dopracowałem w oparciu o dokumenty już po zmianach. W styczniu1988 roku zostałem aresztowany, ale nawet w więzieniu nastąpiła zmiana frontu. Ostatecznie – nie dla nas. Dwa miesiące potem Kornela Morawieckiego i mnie wyrzucono z Polski. Uczestniczył w tej „humanitarnej” operacji, niestety, ksiądz biskup Alojzy Orszulik i profesor Andrzej Stelmachowski, którzy z nami rozmawiali, nakłaniając do wyjazdu.

– W ZSRS od dwóch lat była już pieriestrojka…

– Zmiany w Polsce, przerażenie aparatu, wywołała przede wszystkim decyzja o zjednoczeniu Niemiec podjęta podczas rozmów między Reaganem a Gorbaczowem. Zaczęli w wąskim gronie przygotowywać strategię. Do tego czasu Jaruzelski nie dopuszczał żadnych rozmów z opozycją. A tu okazuje się, że przy pośrednictwie kilku ludzi Kościoła można zaaranżować trójpodział władzy na PZPR, różowych i opozycję demokratyczną.

– Stąd i te 35 procent w wyborach 4 czerwca 1989 roku?

– To arytmetyka. Wynikała ona z planu przygotowanego na czerwiec – ale 1988 r. To był jeden z powodów, że nas wyeliminowano, nakazując wyjazd z Polski. Wyrzucono nas, byśmy nie przeszkadzali. Nie szliśmy na ugodę.

– Częściowe wybory to była jedyna szansa przemian?

– Szansa, ale utrzymania wpływów ludzi PRL, ludzi systemu, który zbankrutował. Ludzie władzy w porozumieniu z częścią opozycji o podobnych, bo PZPR-owskich, korzeniach już szykowali się do następnego ruchu i do skoku na kasę, gdy w Europie walił się system.

– Działaliście jako „SW” także poza granicami Polski. To wynik zdolności przewidywania?

– Przekonani byliśmy, iż nie uda się przeprowadzić zmiany ustroju w jednym z państw bloku wschodniego…

A więc to była taka rewolucja À rebours. Rewolucjonista totalitarny Lew Trocki uważał, że nie uda się zbudować komunistycznego porządku tylko w jednym państwie, że potrzebna jest wszechświatowa rewolucja.

kolodziej

– Metody wyjścia z totalnej dyktatury musiały oprzeć się też na powszechnym wystąpieniu. Stąd i wynikło słynne Posłanie I Zjazdu NSZZ „Solidarność” do Ludzi Pracy Europy Wschodniej. Do Kornela Morawieckiego dotarł rosyjski emisariusz Nikołaj Iwanow, który przekazał słowo od robotników moskiewskich do zjazdu „Solidarności”. Kornel je przywiózł na zjazd. Utrzymywaliśmy kontakty zagraniczne. Udało nam się nawet drukować ulotki w języku rosyjskim i przerzucaliśmy je na Ukrainę i do sowieckiej Rosji.

– Posłanie wprawiło Moskwę w zaniepokojenie. Leonid Breżniew, na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR, powiedział: To niebezpieczny i prowokacyjny dokument. Podobno wcześniej Kreml tak ocenił powstanie WZZ. SB i partia was nie doceniły, ale Moskwa przestrzegała. To syndykaliści i marynarze kronsztadzcy stawili pierwszy opór bolszewickiej dyktaturze. Kreml wiedział, jak samoorganizacja robotnicza może być niebezpieczna…

– Atak na „Solidarność” z grudnia 1981 roku był przygotowany wcześniej. Podobnie zresztą jak przygotowane wcześniej było i wyjście z komunizmu.

– Warto było strajkować w 1980 roku i narażać się na szykany do 1989 roku?

– Tak, nie mam cienia wątpliwości. Nie wszystko potoczyło się tak, jak chcieliśmy, ale to był początek końca imperium.

– Wcześniej były WZZ i 14 sierpnia 1980 roku…

– Ulotki były drukowane w absolutnej konspiracji przez Andrzeja Butkiewicza, później szefa Wolnej Drukarni Stoczni Gdynia. Ustaliliśmy, że mam ten strajk zrobić. Bogdan Borusewicz to koordynował. Obowiązywały zasady partyzanckiej konspiracji. Andrzej wydrukował informacje o strajku w Stoczni Gdańskiej, a ja zawiozłem je do Gdyni. Zawiozłem do Gdyni rewolucję, bo w Stoczni Komuny Paryskiej była rewolucja. Jak ktoś mówi, że byliśmy manipulowani, to absurd. To była demokracja bezpośrednia. Pierwszym postulatem była legalizacja WZZ i uwolnienie więźniów politycznych oraz zniesienie cenzury. Nie było rozmów z dyrekcją. Dyrektora potraktowaliśmy li tylko jako ewentualnego emisariusza do zwierzchników. Internowaliśmy dyrekcję, a nawet ludzi służb. Opanowaliśmy radiowęzeł. Przejęliśmy poligrafię. Wiedzieliśmy, że musimy być razem i mieć gwarancje na czas po strajku, czyli działające oficjalnie WZZ.

– Ta wasza rewolucja była ograniczana. Jakie były kulisy negocjacji?

– Po tygodniu przybyli eksperci z Warszawy. Nie znaliśmy ich. Znał te osoby Bogdan Borusewicz, bo był z KSS KOR. Przywieźli ze sobą list popierający od intelektualistów warszawskich. Ich poparcie dla nas było cenne. Wszystko działo się szybko. Ale otrzymaliśmy sugestię ze strony Jadwigi Staniszkis, że doradcy mogą chcieć przejąć kontrolę nad strajkiem, bo pierwszy postulat, czyli WZZ, niezależne związki zawodowe, ich zdaniem był nie do strawienia dla władzy. Moje nastawienie do nich było od rozmowy ze Staniszkis na dystans. To my decydowaliśmy w MKS i NSZZ „Solidarność” powstał.

– W 1980 i 1981 roku mieliśmy do czynienie z niedokończoną rewolucją. Czy dzisiaj niektóre z 21 postulatów są aktualne?

– Powiem więcej: niemal wszystkie postulaty są aktualne.

– Wspomniał Pan o odporności na manipulacje latem 1980 roku. Czyżby służby specjalne PRL zaspały?

– Rewolucja WZZ-ów zaskoczyła służby PRL. Esbeków odwoływano w sierpniu z urlopów. SB się wydawało, że po zwolnieniu z więzienia Darka Kobzdeja i Tadeusza Szczudłowskiego oraz ciszy przez tydzień po zwolnieniu z pracy Ani Walentynowicz sytuacja jest uspokojona. Mieli informację, że Gwiazdowie są w Bieszczadach, że Bogdan Borusewicz wyjechał do Warszawy, a Kołodziej wrócił w rodzinne strony (śmiech).

– Jednak żartów nie było ze służbami podczas strajku…

– Sam 31 sierpnia był dniem dramatycznym. Na 1 września szykowany był atak na MKS. Niezależnie od rozmów z MKS był plan blokady stoczni. Do Gdańska został skierowany Wydział Zabezpieczenia Komendy Stołecznej MO. Był w dyspozycja generała milicji Stachury. To były plutony specjalne MO, którymi dowodził major Edward Misztal. To one były bezpośrednio zaangażowane w 1981 roku w pacyfikacje kopalni Manifest Lipcowy i Wujek.

– Porozumienie zostało podpisane i zaczęła się droga do wolności…

– Sytuacja była dynamiczna. Wiedzieliśmy przede wszystkim, że nie można dopuścić do dramatu, jaki stał się udziałem protestujących w 1970 roku. To się nam udało dzięki przyjętej przez WZZ strategii. Po trzech tygodniach, dzięki samoorganizacji Polaków, powstała wielka organizacja – „Solidarność”.

– Okazaliście się sprawną „kadrówką”?

– Owszem (śmiech). SB szacowała po demonstracji 3 Maja 1980 roku nasze szeregi w WZZ na sto osób, a całej trójmiejskiej opozycji na jakieś czterysta. Aktywnie w akcjach ulotkowych uczestniczyło około trzydziestu – czterdziestu osób. Cóż, od 1988 roku niestety nastąpił proces uwłaszczania się towarzyszy z PZPR. W konsekwencji ochrony interesów ludzi PRL i serii afer nie mamy gospodarki narodowej. Władza uważa, że społeczeństwo ma jej nie przeszkadzać. Mimo wszystko – warto było.

„Magazyn Solidarność” nr 9/2012

fot. Adam Chmielecki

Download PDF
Powrót Drukuj stronę