Andrzej Kołodziej: Od totalitaryzmu do demokracji

Sierpniowe wiece na stoczniowym placu były lekcją demokracji w praktyce. Wszystkie działania podejmowaliśmy wspólnie, były one akceptowane przez pracowników zbierających się na placu. To było niesamowicie szybkie przejście z systemu totalitarnego do modelu demokracji bezpośredniej i stoczniowcy doskonale zdali z tego egzamin. Panowała niesamowita atmosfera – po prostu wolnego życia, której nie można oddać teraz słowami. Ludzie wychowani w systemie komunistycznym dyskutowali nagle o sprawach, które wcześniej były zakazane, których się bano poruszać – mówi Andrzej Kołodziej w rozmowie z Adamem Chmieleckim.

Wolne życie

W naszym cyklu z okazji 35-lecia NSZZ „Solidarność” prezentujemy rozmowę z Andrzejem Kołodziejem, w sierpniu 1980 roku przewodniczącym Komitetu Strajkowego w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, uhonorowanym tytułem Zasłużony dla NSZZ „Solidarność”.

– Jak wyglądał Sierpień ’80 z Pańskiej perspektywy? Pytam, ponieważ o ile w Stoczni Gdańskiej sytuacja była naturalna, tam inicjatorami i liderami strajku zostały osoby dobrze znane stoczniowcom, o tyle w Gdyni na czele strajku stanął Pan, czyli młoda osoba z drugiego końca Polski, będąca dodatkowo pierwszy dzień w pracy. Z drugiej strony działał Pan wcześniej w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża. Czy zatem został Pan liderem przypadkowo, czy było to uzgodnione?

To nie było zaplanowane. Wszystko działo się spontanicznie. W dniu, w którym wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej, podpisałem umowę o pracę w Stoczni im. Komuny Paryskiej. Rankiem 15 sierpnia 1980 r. pojechałem do Gdyni, jednak nie do pracy, ale z zamiarem doprowadzenia do wybuchu strajku. Miałem ze sobą ulotki z nazwiskami osób wyrzuconych z pracy w Stoczni Gdańskiej: Anny Walentynowicz, Lecha Wałęsy i moim. I to ta ulotka stała się dla mnie swoistą legitymacją, uwiarygodniła mnie w oczach gdyńskich stoczniowców, którzy mnie wówczas nie znali.

– Jak został Pan przyjęty?

Wszedłem do zakładu, który zatrudniał ok. 11 tys. osób. Na początku działałem trochę po omacku. Zakładałem, że po wywołaniu strajku będę służył tylko jako łącznik Gdyni z komitetem strajkowym w Stoczni Gdańskiej, w którym działali moi koledzy z WZZ Wybrzeża. Stało się inaczej. Przez pierwsze cztery dni właściwie sam kierowałem strajkiem, później powstał komitet strajkowy. Przydało mi się przygotowanie teoretyczne z działalności w WZZ. Wiedziałem, jak prowadzić strajk, wysuwać postulaty, rozmawiać z dyrekcją. Nasz strajk według wielu zewnętrznych opinii był doskonale zorganizowany.

– Czy były momenty kryzysowe w czasie strajku?

Kryzys nastąpił, gdy 16 sierpnia Wałęsa podpisał porozumienie i wycofał się z ustaleń o powołaniu międzyzakładowego komitetu strajkowego. W przełamaniu tego trudnego momentu niebagatelną rolę odegrał ks. prałat Hilary Jastak, który tego samego dnia zadeklarował, że jest gotów odprawić mszę świętą w stoczni. Uważał, że taka jest jego powinność i nie czekał na żadne zgody ani władz duchownych, ani świeckich. Gdy podałem tę informację, ludzie zapomnieli o załamaniu strajku, od razu zaczęli przygotowywać stocznię do godnego przyjęcia kapłana. Czegoś takiego – mszy św. odprawianej na terenie zakładu pracy – w komunizmie jeszcze nie było. I tak wspólnymi siłami przełamaliśmy kryzys.

– Jeśli porównamy żądania strajkujących – jeszcze nie słynne 21 postulatów MKS, ale te z poszczególnych zakładów pracy – zauważymy pewne różnice. O ile w Stoczni Gdańskiej miały one charakter głównie pracowniczy, socjalny, o tyle w Stoczni im. Komuny Paryskiej były to postulaty wolnościowe. Z czego mogła wynikać ta różnica?

– Do utworzenia wolnych związków zawodowych dążyliśmy na Wybrzeżu przez co najmniej kilkanaście miesięcy przed wybuchem strajków sierpniowych. Wysunięcie takiego postulatu było dla mnie sprawą naturalną. Listę postulatów Stoczni im. Komuny Paryskiej układałem wspólnie z Andrzejem Butkiewiczem, kolegą z WZZ Wybrzeża, który stworzył największą drukarnię strajkową – „Wolną Drukarnię Stoczni Gdynia”. Wcześniej jednak przez kilka godzin przekonywałem stoczniowców do tego, co moim zdaniem było najważniejsze zapewnienie pracownikom niezależnej reprezentacji, która pilnowałaby przestrzegania tego, co wywalczymy. W trakcie dyskusji cała załoga zaakceptowała, aby pierwszy postulat dotyczył właśnie wolnych, niezależnych od władzy komunistycznej związków zawodowych. Wiedzieliśmy, że jest to niemożliwe do spełnienia na poziomie zakładu, dlatego świadomie nie rozmawialiśmy z dyrekcją, potraktowaliśmy ją tylko jako pośrednika do przekazania naszych żądań wyższym władzom.

– No właśnie – dyskusji całej załogi. Mimochodem dotknął Pan tu chyba istoty Sierpnia ’80, a później „Solidarności”, czyli wtłoczenia do stęchłego komunistycznego kraju powiewu świeżego powietrza demokracji, swobody, wolności słowa.

– Sierpniowe wiece na stoczniowym placu były lekcją demokracji w praktyce. Wszystkie działania podejmowaliśmy wspólnie. To było niesamowicie szybkie przejście z systemu totalitarnego do modelu demokracji bezpośredniej i stoczniowcy doskonale zdali ten egzamin. Panowała niesamowita atmosfera – po prostu wolnego życia. Ludzie wychowani w systemie komunistycznym dyskutowali nagle o sprawach, które wcześniej były zakazane. Hasła wcześniej skrywane przez większość Polaków w duchu w obawie przed represjami totalitarnego systemu, jak zniesienie cenzury czy wolność dla więźniów politycznych, nagle znalazły swoje ujście w przestrzeni publicznej.

– Przejdźmy do Pańskiej dalszej działalności opozycyjnej. Tak jak wielu działaczy „S” odsiedział Pan swoje w więzieniu. Ale zapewne nie wszyscy wiedzą, że było to więzienie czechosłowackie. Jak do tego doszło?

– Zostałem aresztowany w Czechosłowacji 19 październiku 1981 r., tuż po zakończeniu I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „S”. Prowadziłem wówczas akcję przerzutu materiałów „S”, do której zorganizowałem grupę górników z Jastrzębia Zdroju pracujących w kopalniach w Ostrawie. Do pobytu w Czechosłowacji niepotrzebny był paszport, ale zlekceważyłem czeską bezpiekę i zapłaciłem za to więzieniem. Po aresztowaniu Czesi chcieli przekazać mnie do Polski, jednak władze PRL wystąpiły o przetrzymanie mnie w areszcie, a po wprowadzeniu stanu wojennego o skazanie i wykonanie wyroku na terytorium Czechosłowacji. I tak przesiedziałem prawie dwa lata w tamtejszym więzieniu. Do Polski przekazano mnie w lipcu 1983 r. W 2000 r. czeski Sąd Najwyższy dokonał kasacji mojego wyroku, uznając go za polityczny. W Polsce moja rehabilitacja trwała kilka lat dłużej – niestety.

– Później działał Pan w Solidarności Walczącej.

Zaangażowałem się w Solidarność Walczącą, bo po tym, co się stało 13 grudnia 1981 r., uważałem, że celem musi być odzyskanie pełnej niepodległości Polski. Naiwnością byłoby zakładać, że w państwie totalitarnym będzie możliwa legalna działalność jakichkolwiek niezależnych organizacji. Żeby być naprawdę wolni, musieliśmy pokonać komunizm. Solidarność Walcząca swoje korzenie miała w szeregach „S”. Spotkałem w niej wielu ludzi, których poznałem w Związku w l. 1980-1981.

– Jak Pan ocenia polską rzeczywistość po 1989 r.? Znacząco o nowej Polsce mówią chociażby Pańskie losy. Nie ma też już stoczni, w której kierował Pan strajkiem.

– To był niezwykle trudny okres dla Polski. Pobratanie się z komunistami oceniam jako zdradę części opozycyjnych elit politycznych. Okrągły Stół nie był uczciwym porozumieniem, ale przyjęciem przedstawionej przez gen. Kiszczaka propozycji podzielenia się łupami. Przystało na to przede wszystkim środowisko lewicy warszawskiej (Kuroń, Geremek, Michnik), które dla uwiarygodnienia swoich działań włączyło w nie część działaczy Związku, jak Bujak czy Frasyniuk. Związek został nieuczciwie wykorzystany dla uwiarygodnienia polityki braterstwa z komunistami. Nastąpiło uwłaszczenie komunistów. Tak naprawdę w Polsce odbyła się transformacja wewnątrzustrojowa, z której największe korzyści odnieśli funkcjonariusze byłego reżimu. W latach 90. kontynuowano wykorzystywanie „S”, niszczenie jej ideałów i pozycji.

– Odbierając tytuł Zasłużony dla NSZZ „S” powiedział Pan, że marzy się Panu sytuacja, w której ulicami Warszawy przejdzie milionowa manifestacja związkowców. Dlaczego?

– Silne organizacje związkowe to w pewnym sensie konieczność dziejowa. Widzimy, że w państwach bardziej demokratycznych i lepiej rozwiniętych od Polski pozycja związków zawodowych jest znacząca. Pewnie i my do tego dojrzejemy. Sądzę, że ten czas nadejdzie już niedługo. Zbliża się moment odejścia elit, które oderwały się od rzeczywistości, elit cwaniactwa politycznego. Podam przykład. Jakiś czas temu rozmawiałem z politykiem wywodzącym się z opozycji demokratycznej w PRL. Powiedziałem mu, że to hańba, iż przez tyle lat nie udało się zadbać o potrzeby, także materialne, weteranów ruchu antykomunistycznego, którzy często nie mają za co żyć. Odpowiedział mi, że rozumie sytuację tych ludzi, ponieważ on sam jako polityk nie może związać końca z końcem. To mi uświadomiło, że ten człowiek niczego nie rozumie. Dlatego Związek musi tworzyć własną siłę, realną i skuteczną, aby bronić interesów swoich członków. Tak dzieje się na całym świecie i tak musi stać się też w Polsce.

Rozmawiał

Adam Chmielecki

Zobacz rozmowę w TV Solidarność Gdańsk

Część 1

 

Część 2

Download PDF
Powrót Drukuj stronę