Komisja Zakładowa Portu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”

– Warto było wtedy ryzykować, nawet więzienie. To była spontaniczna decyzja. Chłopcy byli już przecież opisani przez SB. Dlatego, kiedy spojrzeli na mnie, zaproponowałam swoją pomoc. Bo trzeba było coś zrobić – wspomina Krystyna Filip, która przemycała sztandar gdańskiego portu na pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie w 1984 r., ukrywając go pod swoją kurtką.

 

Historia sztandaru gdańskiego portu jest niezwykła. Był z ludźmi „Solidarności” w ważnych chwilach, dodając im odwagi i siły, towarzyszył podczas rocznicowych uroczystości i mszy. Pierwszy raz publicznie pokazany był także w ważnym historycznym momencie – 30 sierpnia 1981 r., podczas uroczystej mszy świętej z okazji przywrócenia krzyża na Westerplatte, który komuniści usunęli jeszcze w 1962 r. Poświęcił go wtedy biskup gdański Lech Kaczmarek.

– Decyzję o wykonaniu sztandaru podjęliśmy krótko po zarejestrowaniu Komisji Zakładowej Portu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” – opowiada Stanisław Jarosz, pierwszy przewodniczący portowej „Solidarności”.

– Wymyśliłem wtedy, jak on powinien wyglądać, biało-czerwoną wstęgę i zieleń – kolor portowców. A najważniejsze, żeby był napis „Bóg, honor, ojczyzna”.

Sam projekt sztandaru przygotowały Zakłady Artystyczne „Art” z Gdańska, a wyhaftowały go hafciarki z Bysewa.

– Kochałem ten sztandar wtedy, kocham go i dziś – mówi wzruszony Stanisław Jarosz. – Bo on naprawdę widział wiele. I we wszystkich ważnych momentach był z nami.

Kiedy w grudniu 1981 r. wprowadzono stan wojenny, portowcy obawiali się, że komuniści zarekwirują sztandar. Tak stało się przecież wtedy z wieloma symbolami polskości i „Solidarności”.

– To dzięki nieżyjącemu już Marianowi Podgórskiemu udało się go uratować – wspomina Ireneusz Leszka, redaktor naczelny „Portowca” i także były przewodniczący MKK Portu Gdańskiego NSZZ „S”.

– Ukrył go wtedy w klasztorze Ojców Franciszkanów w Nowym Porcie. Ale nie leżał tam cały czas. Kiedy był potrzebny, braliśmy go, by wspierał nas, by był z nami.

 

Zawsze z nami na Pielgrzymkach Ludzi Pracy

Pielgrzymki Ludzi Pracy na Jasną Górę były od samego początku dla portowców ważnym świętem. Podczas pierwszej, zapoczątkowanej przez ks. Jerzego Popiełuszkę w 1982 r., nie było jeszcze portowego sztandaru. Ale rok później, już jako symbol „Solidarności”, był wystawiony na wałach klasztoru.

– Byliśmy wtedy wszyscy ogromnie wzruszeni. Nasz sztandar należał do kilku nielicznych solidarnościowych chorągwi, które wtedy były na Jasnej Górze – wspomina Czesław Nowak. – Ludzie podchodzili do nas i go całowali. To było ogromne przeżycie.

Z obawy przed komunistami portowcy zdecydowali, żeby sztandar ukryć w jasnogórskim klasztorze. Został tam aż do 1984 r. Nikt się nie spodziewał, że z tego powodu mogą też wyniknąć kłopoty. Sztandar o mało co a nie towarzyszyłby związkowcom podczas kolejnej pielgrzymki.

– W międzyczasie zmarła siostra zakonna, która wzięła od nas sztandar na przechowanie. A rozmowa z inną siostrą nie była łatwa. Długo tłumaczyłem, jak wygląda nasz sztandar, a także opisywałem siostrę, która go wtedy od nas odbierała – opowiada Nowak. – Musiałem też wyjaśniać, dlaczego chcemy go zabrać. A przecież bardzo nam zależało, aby sztandar był z nami.

Wkrótce wrócił on do Gdańska, przemycał go w samochodzie Julian Filip.

 

Dla ks. Jerzego warto było ryzykować

Niedługo potem w 1984 r. sztandar towarzyszył portowcom podczas bardzo smutnej uroczystości – pogrzebu ks. Jerzego Popiełuszki. Tym razem ukrył go w aucie Tadeusz Bork. Samochód się zepsuł jednak na trasie i nie wiadomo było, kto ma go zabrać do Warszawy, a należało się spodziewać na trasie kontroli milicji. Dwudziestoosobowa grupa portowców zebrała się więc w domu kolegi z Milanówka, aby omówić sytuację i zdecydować, co zrobić dalej.

– Dyskutowano, bo niebezpieczeństwo było duże. W pewnym momencie wszyscy spojrzeli na mnie – wspomina Krystyna Filip. – Byłam wtedy bardzo szczupła, więc wymyślono, że opaszą mnie sztandarem w talii, a potem nałożę kurtkę. Bałam się, to oczywiste. Czułam jednak, że sztandar musi być na pogrzebie ks. Jerzego. Wtedy warto było ryzykować, nawet więzienie. Mieliśmy wówczas małe dzieci. Zostawiliśmy je u teściów, wiedziałam więc, że im się krzywda nie stanie.

Największe kordony milicji były w pobliżu kościoła św. Stanisława Kostki. W jego pobliżu jest park. Tam Krystyna Filip zdjęła z siebie sztandar i przymocowano go do drzewca. Kiedy go uniesiono, tłum ludzi się rozstąpił, a portowcy dumnie wkroczyli do kościoła.

– Nasz sztandar wśród innych nielicznych solidarnościowych chorągwi stał blisko mogiły – opowiada Czesław Nowak. – Potem po uroczystościach żałobnych to ja się nim owinąłem, żeby przewieźć go do Gdańska. Bo ryzyko zarekwirowania przez SB i milicję było bardzo duże. „Solidarność” straciła w tamtym czasie kilka sztandarów. Więc trzeba było bardzo uważać.

Rok później sztandar znowu był zagrożony. Podczas przewożenia go na pielgrzymkę na Jasną Górę Juliana Filipa zatrzymała milicja. Przeszukiwali auto.

– Całe szczęście, że po otwarciu bagażnika milicjanci nie sprawdzili, co znajduje się w kocu – opowiada Julian Filip. Jego żona Krystyna wspomina wzruszona, że w Częstochowie ludzie całowali sztandar, oddawali mu hołd. To był przecież symbol „Solidarności”, walki o wolną Polskę.

 

Nasz sztandar symbolem patriotyzmu

Dziś w gdańskim porcie nie ma historycznego sztandaru. W gablocie znajduje się jego replika, która towarzyszy związkowcom podczas różnych uroczystości.

– W ciągu 20 lat służby wiele przeszedł, nic zatem dziwnego, że w wysłużonym stanie przekazaliśmy go we wrześniu 2006 r. jako wotum wdzięczności za opiekę Matki Boskiej na Jasną Górę – mówi Edward Fortuna, przewodniczący KM NSZZ „S” Zarządu Morskiego Portu Gdańsk SA.

Ireneusz Leszka dodaje, że sztandar potrzebny jest i dziś. To symbol patriotyzmu.

– Po co się szyje sztandary, po co się je wyświęca? Tak przecież było od setek, tysięcy lat. Ludzie ginęli w obronie sztandarów, w obronie swoich przekonań, patriotyzmu – wylicza. – Dla mnie sztandar to świętość. Miałem zaszczyt i przyjemność wielokrotnie być w jego asyście. I za każdym razem było to dla mnie ogromne przeżycie.

A Stanisław Jarosz oponuje przeciwko twierdzeniom, tak często dziś głoszonym, że patriotyzm jest już niemodny, że to słowo już nic nie znaczy, a mówią o nim jedynie starsze osoby.

– Myślę, że i honor, i Bóg, i ojczyzna dla każdego Polaka powinny być na pierwszym miejscu – podsumowuje Jarosz. – Dziś też, może tym bardziej teraz. Bo kiedyś łatwiej było jednoczyć się przeciwko wspólnemu wrogowi, przeciwko komunie.

Czesław Nowak natomiast dodaje, że patriotyzm potrzebny jest na co dzień. Dlatego trzeba podtrzymywać idee, które mówią o prawie do godności człowieka.

– Naszym zadaniem, ludzi, którzy wiele pamiętają, jest przypominanie o tych najważniejszych wartościach – mówi z przekonaniem.

Ireneusz Leszka dopowiada, że patriotyzm był i zawsze będzie potrzebny. A sztandar jako jego symbol także.

– Ludzie gromadzą się wokół sztandaru, wokół wspólnych idei. To nawet w formule modlitewnej padają słowa „…i zgromadzeni wokół sztandaru”. To pokazanie przez ludzi skupionych wokół niego, że wyznają wspólne wartości, są przywiązani do tych samych symboli i tego, co one reprezentują.

Edward Fortuna, patrząc na replikę historycznego sztandaru, kończy:

– „Bóg, honor, ojczyzna” – ten napis na sztandarze coś znaczy, do czegoś zobowiązuje. To przypominanie na co dzień o tym, kim jesteśmy, jacy powinniśmy być. Sztandar to drogowskaz naszego sumienia, naszej solidarności.

Olga Zielińska

Download PDF
Powrót Drukuj stronę