Jesteśmy jedną rodziną, która nazywa się „Solidarność”

Są w różnym wieku, mają różne temperamenty, doświadczenie, ale mówią o sobie: Jesteśmy jak rodzina. Tak naprawdę jesteśmy do siebie podobni. Mamy podobną wrażliwość. Ważny jest dla nas człowiek i nie potrafimy być obojętni wobec ludzkiego nieszczęścia. Po prostu musimy działać. Mowa o Komisji Zakładowej NSZZ „S” w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie w Gdańsku.

Maciej Dąbrowski, przewodniczący „S” w MOPR w Gdańsku, mówi, że miał ogromną potrzebę przynależności do grupy. – A to szczególna grupa. Grono ludzi połączonych wspólną ideą – niesienia pomocy innym. Tak właśnie rozumiem słowo „solidarność” – dodaje Dąbrowski.

Podobnie uważa Teresa Gniewkowska, członek Komisji Zakładowej. Ale dla niej ważne są także korzenie „Solidarności”:

– Pamiętam strajki solidarnościowe z 1980 roku. Chodziłam 3 Maja razem z innymi manifestować pod pomnikiem Sobieskiego w Gdańsku – opowiada Gniewkowska. – Zawsze mi się podobało, że w obliczu trudnych chwil ludzie pomagali sobie wzajemnie. Że jeden był dla drugiego. Dla mnie to nadal istotne. Staram się, żeby ludziom było lepiej. Zwykłym ludziom.

Grzegorz Gawroński, członek Komisji Zakładowej, wspomina, że wyrastał w atmosferze „Solidarności”. – Chodziłem pod Stocznię Gdańską. Zbierałem gazetki strajkowe, potem roznosiłem je dalej. Bardzo przeżywałem tamte wydarzenia. Dla mnie słowo „Solidarność” znaczy i dziś nadal bardzo dużo – wspomina Gawroński.

Izabela Nowak, sekretarz KZ, dodaje, że Związek jako jedyna organizacja stara się polepszyć warunki pracy i życia.

– Nadal trzeba walczyć o prawo do lepszego, godniejszego życia dla zwykłych ludzi. Ale my, pracownicy, musimy też walczyć o nas samych. Dlatego musimy stanowić grupę i działać razem – przekonuje Nowak.

mopr1

Od lewej: Maciej Dąbrowski, Teresa Gniewkowska, Izabela Nowak i Grzegorz Gawroński.

W gdańskim MOPR pracuje ok. 560 osób, 120 z nich to członkowie „Solidarności”. Komisja Zakładowa liczy siedem osób. Ustalili, że będą spotykać się co dwa tygodnie, ale bywa, że robią to częściej, ponieważ problemami trzeba zajmować się na bieżąco.

 

Staramy się myśleć o innych

– Kiedy się budzę, pierwsza myśl to zastanowienie się, czy wszyscy moi podopieczni mają co jeść, czy nic im się złego nie stało. Problemów jest strasznie dużo, więc zastanawiam się, jak można im pomóc, do jakich drzwi jeszcze zapukać, z kim porozmawiać – opowiada Maciej Dąbrowski, który jest pracownikiem socjalnym terenowym.

Teresa Gniewkowska tłumaczy, że pracowników terenowych jest za mało w stosunku do liczby podopiecznych. W Polsce na jednego pracownika terenowego przypada kilkudziesięciu podopiecznych, a np. we Francji ma on kilka osób, które są pod jego stałą opieką.

– Wielu osobom i rodzinom trzeba pomagać na bieżąco. Trudno temu sprostać, kiedy jest po prostu za mało czasu, a do wszystkich chciałoby się dotrzeć, wszędzie porozmawiać, rozeznać się w ich sytuacji. Tych spraw codziennych, z którymi nie radzą sobie nasi podopieczni, jest dużo. A to potrzebne są środki na życie, a to lekarstwa, ubrania, innym razem trzeba pomóc w sprawach rodzinnych, dzieciom, porozmawiać z kuratorem. Ostatnio np. trzeba było załatwić dla jednego z naszych podopiecznych dowód osobisty i pomóc w przyznaniu orzeczenia o niepełnosprawności. Współpracujemy z pielęgniarkami, lekarzami, policją – wyjaśnia Gniewkowska.

Maciej Dąbrowski mówi, że w swojej codziennej pracy muszą być kreatywni, starać się nie myśleć stereotypowo. – Jeśli urzędnik np. mówi, że czegoś się nie da załatwić, zaczynamy się zastanawiać, jak podejść do sprawy z innej strony, co jeszcze można zrobić – opowiada Dąbrowski.

Izabela Nowak dodaje, że co roku pracownicy terenowi prowadzą również spis bezdomnych.

– Opiekujemy się bezdomnymi. Chodzimy na ogródki działkowe i w inne miejsca, gdzie wiemy, że najczęściej przebywają. To także nasi podopieczni – mówi Nowak. – Teraz jest zima, więc jest dodatkowy problem. Nie wszyscy chcą lub mogą przebywać w schronisku dla bezdomnych. Więc tak po ludzku martwimy się o nich.

Grzegorz Gawroński tłumaczy, że w schronisku przebywają osobno kobiety i mężczyźni. – Są tacy, którzy nie chcą się rozdzielić, więc szukają innych sposobów na przetrwanie.

Gawroński opowiada, że w ich pracy zdarzają się też zabawne sytuacje.

– Pamiętam, jak kiedyś roznosiłem koce dla bezdomnych. Było strasznie zimno, brnąłem po kolana w śniegu. I wtedy przyszła taka myśl, żeby samemu owinąć się w te koce, bo przecież nie dam rady – mówi Gawroński. – Ale przemogłem się, wytrzymałem.

 

Nasza praca jest misją

– Tak naprawdę nie liczymy na podziękowanie ze strony naszych podopiecznych. Bo to zdarza się rzadko – opowiada Dąbrowski. – Czasami jednak, a to są naprawdę piękne chwile, usłyszymy jakieś miłe słowo od dzieci. Nawet od tych starszych.

– Sam widok cieszących się dzieci, ta świadomość, że się im pomogło daje nam dużo radości. I siły. A to nam jest potrzebne w pracy – mówi Teresa Gniewkowska. – Przecież nie wszystkie osoby, z którymi mamy do czynienia, są miłe i grzeczne. Opiekujemy się nie tylko osobami, które znajdują się w ciężkiej sytuacji materialnej, bo spowodowała to choroba czy utrata pracy. Są też osoby dysfunkcyjne, nadużywające alkoholu, bywa, że bardzo nieprzyjemne albo też agresywne.

Pracownicy MOPR mówią, że ich praca jest misją. Bez potrzeby pomagania innym, dostrzegania na co dzień krzywdy ludzkiej, nie da rady wykonywać tej trudnej pracy.

Członkowie „Solidarności” w gdańskiej pomocy społecznej mówią, że lubią swoją pracę, ale też lubią siebie nawzajem. Są jak rodzina. Interesują się problemami kolegów i koleżanek, razem cieszą się, a kiedy trzeba, pomagają sobie nawzajem.

– Nasza praca to misja. Ale misją jest też przeżyć za nasze pensje – żartują. Zdarza się, że niektórzy z nas są w podobnej sytuacji do osób, którym pomagają.

– Z roku na rok przybywa wniosków o pomoc finansową. A to świadczy, że ludziom jest coraz trudniej, także naszym pracownikom – dodaje Izabela Nowak.

 

Pieniędzy coraz mniej

Nie tylko ich pensje – wydaje się – że się kurczą w stosunku do kosztów życia, ale na pomoc społeczną rząd także przeznacza coraz mniej środków. Coraz trudniej jest im więc wykonywać pracę.

– Jak pomóc ludziom, mając coraz mniej pieniędzy? – zastanawia się Izabela Nowak.

Ale to niejedyny problem pracowników socjalnych i pomocy społecznej. Obawiają się, że wkrótce potrzebujący zostaną pozbawieni opieki, a oni sami znajdą się na bruku.

30 listopada protestowali przed Ministerstwem Pracy i Polityki Społecznej w Warszawie.

– Ogólnopolska pikieta pracowników socjalnych i pomocy społecznej była sprzeciwem wobec procedowanych i planowanych przez ministerstwo destrukcyjnych zmian w ustawie o pomocy społecznej – wyjaśnia Maciej Dąbrowski. – Według nowych przepisów usługi w zakresie świadczenia pomocy społecznej miałyby przejąć organizacje pozarządowe. Nie chcemy się na to zgodzić.

W tej sprawie, jak tłumaczą członkowie „S” gdańskiego MOPR, nie chodzi tylko o kwestie zabezpieczenia pomocy społecznej ludziom będącym w trudnej sytuacji finansowej, ale także oznacza to zwolnienia pracowników zatrudnionych przez gminy w domach oraz ośrodkach pomocy społecznej.

– Protestowaliśmy wcześniej przeciwko proponowanym przez ministerstwo zmianom – mówi Maciej Dąbrowski. – Choć przepisy mają obowiązywać od 2015 roku, prezydent Paweł Adamowicz postanowił wprowadzić je wcześniej i Gdańsk miałby prowadzić pilotaż w tym zakresie.

W piśmie skierowanym do dyrektora MOPR w Gdańsku, które zostało także przekazane prezydentowi Pawłowi Adamowiczowi, czytamy m.in.: „U podstaw proponowanej dywersyfikacji zadań dotychczas pozostających w gestii jedynie OPS, jest idea rozwoju i wsparcia organizacji pozarządowych, spółdzielni socjalnych itp. i trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to świadome odsuwanie od państwa przypisanych mu zadań z zakresu szeroko pojętej polityki społecznej”.

– Boimy się o naszą przyszłość, ciężko pracować w takiej sytuacji – mówią pracownicy gdańskiego MOPR. – Przy okazji świąt słyszymy, że jesteśmy filarem pomocy społecznej, ale na co dzień nie odczuwamy ze strony rządu ani zrozumienia naszej pracy, ani dania nam narzędzi, abyśmy skutecznie mogli ją wykonywać.

Olga Zielińska

Maciej Dąbrowski
– Nie chciałbym wykonywać innej pracy. Ona mi daje satysfakcję. Poszedłem na studia na kierunek resocjalizacja, bo wiedziałem, co chcę robić w życiu – pomagać innym. Pracownikami terenowymi jesteśmy też po pracy. Takimi „załatwiaczami”, doradcami. Tak po prostu angażujemy się w problemy innych ludzi, którym trzeba pomóc. W sposób naturalny zastanawiamy się, co trzeba zrobić, gdzie pójść, jakie złożyć dokumenty. My tacy już jesteśmy.

Download PDF
Powrót Drukuj stronę