Rybackie opowieści

Nastała już wiosna i coraz częściej wybieramy się na spacer nad morze. Tym, którzy wędrują trójmiejskim bulwarem, proponuję zatrzymać się przy dawnej przystani rybackiej pomiędzy Sopotem a Jelitkowem. Oficjalnie przystań jeszcze istnieje, ale stoją tam może ze dwie łodzie. Niegdyś, i to wcale nie tak dawno, było to miejsce tętniące życiem. Spotykało się prawdziwych rybaków, którzy pykając fajkę patroszyli ryby, reperowali sieci, wyciągali z morza łodzie. Dzisiaj zrobiło się betonowo, z restauracją, typową jak wszędzie muzyką i bez charakteru. No, chyba że wejdziemy do pierwszego boksu, gdzie świat wygląda zupełnie inaczej, można tam posłuchać morskich, a raczej rybackich opowieści – to minimuzeum rybackie założone przez niemal ostatniego już sopockiego rybaka Jerzego Piątka.

Żeliwny „krystek”, dziesiątki sieci, kule wypornościowe, kapoki, haczyki, chorągiewki i wiele najróżniejszych przedmiotów potrzebnych rybakowi w codziennym życiu tworzą niezwykłą atmosferę pomieszczenia, które stało się izbą pamięci. Przez dziesiątki lat w tym miejscu przeżywano i radości, i tragedie. Jak opowiada Jerzy Piątek, stara drewniana przystań spłonęła w 1974 roku, ale 26 pływających jednostek przetrwało czasy PRL-u. Jeszcze po transformacji politycznej tętniło tu życie. Pan Piątek robi wszystko, aby o tym nie zapomniano.

Z każdym zebranym przez niego eksponatem wiąże się niezwykła historia. Na przykład przy sieciach usłyszałam o dwóch Kaszubkach, córkach kowala, które jako młode dziewczyny ręcznie szyły sieci rybackie. Każda z nich siedziała, a raczej stała oparta o zydelek. Były niezwykle sprawne, ale okazuje się, że każde oczko wymagało takiego ruchu, że dziewczyna całym ciałem przestępowała z nogi na nogę. Pan Jerzy zauważył, że jedna z nich stąpała głównie na lewą nogę. Jak się okazało, była leworęczna, ale bardzo się tego wstydziła. Bała się, że jeśli jej „defekt” wyjdzie na jaw, nikt nie weźmie jej za żonę. Tak się złożyło, że obie panie ukończyły później studia plastyczne, zajmowały się wzornictwem artystycznym, pracowały w fabryce fajansu we Włocławku, założyły rodziny, mają już wnuki i mieszkają w Australii.

Pośrodku pomieszczenia stoi przedziwna konstrukcja składająca się z nóżek fortepianu, rowerowego dzwonka i pedałów oraz zębatki o 27 zębach. Jest to urządzenie wykonane domowym sposobem, a służące do robienia lin, których w PRL-u nie można było dostać. Zachodni rybacy nie wpadliby na taki pomysł, a polscy? Dwie osoby mogły skręcić linę z byle czego. Kaszubi robili je z taśmy izolacyjnej, bo na nic innego nie było ich stać.

Wśród tych przedziwnych dla laika sprzętów znalazłam włok na małe rybki, a także skrzynki z dziurkami na tzw. tubisówki, srebrne rybki żyjące przy brzegu, przysmak kormoranów, ale i drapieżników. To właśnie na nie łowiono duże ryby, np. szczupaki. Panu Jerzemu udało się kiedyś złowić 15-kilogramowy okaz, który go nawet pogryzł. Jednak nie zniechęciło go to i pewnego dnia, kiedy był jeszcze młodym chłopakiem, nie mówiąc nic ojcu, wybrał się pokłusować na szczupaki przy radzieckiej granicy. Polska straż przybrzeżna chciała go zaaresztować, ale pomogli mu Rosjanie, którzy wymienili szczupaki na Moskovskayą. Miał być to prezent dla ojca, ale skończyło się na porządnym laniu i zakazie samotnego pływania po zatoce.

Czego w tym muzeum nie ma? Kotwice dwu- i trzyłapowe, ale i kotwica abordażowa, czyli piracka, jedna z nich liczy sobie co najmniej 250 lat, są też części wręgów z łodzi wikingów wyłowione z okolic Portu Północnego, jest również skamielina bałtycka z babką obłą, żyjącą jakieś 2 miliony lat temu, błyszczki, łyżwy, świdry, śruby, pasy ratunkowe…

Najciekawsze są jednak opowieści, np. o wiszących w muzeum rysunkach czy fotografiach, które znakomicie ukazują życie sopockich rybaków. Na jednej z nich widać łódź z tablicą rejestracyjną SOP 4, którą Finowie wynajęli do kręcenia filmu w 1960 roku. Na pokładzie znajdują się cztery osoby. Ojciec pana Jerzego, kolega ojca, 12-letni Jerzy i nagi mężczyzna, który – jak wynika z opowieści – był fińskim operatorem akurat wyciągniętym z wody, więc się suszył. Jego kolega, również Fin, zrobił mu psikusa i sfotografował łódź, gdy ten był bez ubrania.

Tekst i zdjęcia Maria Giedz

Download PDF
Powrót Drukuj stronę