Franciszkański krucyfiks

Z gdańskim klasztorem Ojców Franciszkanów usytuowanym na Starym Przedmieściu wiąże się bogata historia i wiele opowieści. Jedna z nich podaje, że tuż po wybudowaniu wielkiej i wspaniałej świątyni, nazywanej „najwspanialszym klasztorem szarych mnichów”, w dniu 3 października 1503 r. kościół po prostu runął. Kiedy kilka lat później go odbudowano, stał się największym w Polsce franciszkańskim zespołem klasztornym. Od tego czasu zaczęły się tam dziać dziwne rzeczy, między innymi jeszcze niedawno mówiło się, że w kościele straszy, bowiem nocą było słychać walenia do bramy oddzielającej klasztorny dziedziniec od ulicy. Walenia ustały, kiedy dziedziniec poświęcono, a znalezione w obrębie klasztoru setki porzuconych szkieletów, zapewne zmarłych podczas XVII-wiecznej zarazy, pochowano i odprawiono za nich mszę żałobną.

 

Inna opowieść mówi o samoczynnie grającym bębnie stojącym w rogu klasztornego pomieszczenia do ping-ponga, gdzie bawili się chłopcy z młodzieżowego duszpasterstwa, albo o tajemniczych osobach modlących się w kościele po północy, które znikały, kiedy kościelny do nich podchodził. Jednak najbardziej intrygująca jest ta o późnogotyckim krucyfiksie. Otóż po ukończeniu budowy kościoła zabrano się za ozdabianie jego wnętrza. Bracia franciszkanie stawiali tam ławy i ołtarze. Wreszcie przyszedł czas na wykonanie figury Chrystusa Ukrzyżowanego, którą zamierzano umieścić na dużym drewnianym krzyżu. Dzisiaj znajduje się on na ścianie zamykającej nawę boczną, tę od północy, czyli od ul. Świętej Trójcy.

Kiedy patrzy się na tę rzeźbę, dreszcz przechodzi przez ciało. Postać Chrystusa wyglądała jak żywa, a właściwie dopiero co ukrzyżowanego mężczyzny. Jednak najbardziej niesamowita jest jego twarz i te niepasujące do całości oczy. Ze starych zapisów dowiadujemy się, że przed tym spojrzeniem nie można było uciec. Autor owego dzieła, brat Laurenty, który wcześniej wyrzeźbił koronkowe stalle, do teraz wzbudzające powszechny podziw, długo się modlił, zanim przystąpił do pracy. Potem zamknął się w pracowni i z nikim nie rozmawiając rzeźbił. Chciał wejść w osobę Chrystusa, wczuć się w jego rolę. Kiedy zakonnik ukończył pracę, dzieło okazało się być niezwykle realistyczne. Kościół tłumnie nawiedzali wierni, ale im bardziej się gromadzili, tym większa panowała w świątyni cisza. Wierni stawali się uczestnikami Golgoty. Mówili, że to sam Nazarejczyk, we własnej osobie. Największe wrażenie sprawiały oczy.

Z powodu tych oczu zaczęto franciszkanina oskarżać, że przychodzące do kościoła ciężarne kobiety rodzą krzywe dzieci o okropnych twarzach i straszliwych oczach. Ponoć jedna z nich nawet poroniła. Zapewne plotki te upowszechniali zawistni gdańscy rzeźbiarze. Niemniej rzeźba wywołała w mieście spore zamieszanie. Chcąc zachować spokój, przeor klasztoru nakazał bratu Laurentemu przemalować twarz Chrystusa. Artysta nie był z tego zadowolony, ale jako posłuszny zakonnik wszedł na rusztowania. Wyjął pędzel, zamknął nim powieki Ukrzyżowanego i wypowiedział słowa: „Niech Pan przymknie oczy na waszą niegodziwość”. Jeszcze tego samego dnia umarł.

Do dzisiaj Chrystus ma zamknięte oczy, ale ponoć przed wszystkimi ważnymi wydarzeniami dla Gdańska je otwiera. Po raz pierwszy ktoś zauważył, że Chrystus miał otwarte oczy przed wojną ze Szwedami, potem podczas wojen napoleońskich. Starzy gdańszczanie twierdzą, że widzieli te niesamowite oczy również przed ostatnią wojną. A jak jest dzisiaj? Niestety, podczas ostatniej konserwacji twarz Chrystusa została ponownie przemalowana i już nie jest tak realistyczna. Zmieniono też Ukrzyżowanemu koronę cierniową, bo zapewne uznano, że tamta XVI-wieczna była zbyt stara.

Kościół franciszkanów jest wspaniałą budowlą pełną niespodzianek. Już sam fakt, że składa się z trzech kościołów (Wieczerzy Pańskiej z 1431 r., przerobionego na prezbiterium, św. Anny z ok. 1484 r. i wielkiego halowego kościoła Świętej Trójcy z 1514 r.) wzbudza zadziwienie. O tym i o innych ciekawostkach warto dowiedzieć się, odwiedzając tę świątynię.

Tekst i zdjęcia Maria Giedz

Download PDF
Powrót Drukuj stronę