Czarne wesele

Wesele kojarzy się z obrządkiem ślubu, z młodą parą, z zabawą, tańcami, suto zastawionym stołem i radosną muzyką, ale dlaczego czarne? A na dodatek każdego roku powtarzane w pierwszych dniach maja?

Otóż „czarne wesele” nie ma nic wspólnego z potocznym znaczeniem słowa wesele. Chociaż ani muzyki, ani tańców, ani śpiewów i jadła nie brakuje. Rozgrywa się w plenerze, w maleńkiej miejscowości, dawnej wsi słowińskiej o nazwie Kluki (gmina Smołdzino, powiat Słupsk). Określenie „czarne wesele” oznacza odwieczny zwyczaj rozpoczęcia kopania torfu, czyli zaślubiny z czarną ziemią. Co roku powtarzano je na początku maja, kiedy wody gruntowe były najniższe. Mieszkańcy Kluk, głównie mężczyźni, wychodzili wówczas na okoliczne łąki. Z kilkumetrowych, prostokątnych poletek zdejmowali darń, czyli wierzchnią warstwę ziemi porośniętą trawą, po czym specjalnymi łopatkami (nożami na długim trzonku) wycinali prostokątne pryzmy torfu, wielkości dużej cegły. Układano je nieopodal, konstruując specjalny system stożków, tak aby z każdej z nich woda ściekała do ziemi. Przez całe lato torfowe pryzmy suszono na słońcu. Jesienią przenoszono je z łąk pod domy, układano wzdłuż zewnętrznych ścian chat, pod okapami, aby nie zamakały. Zimą wykorzystywano je do ogrzewania domów.

Przed laty, kiedy w Klukach żyli jeszcze Słowińcy, torf kopali wszyscy mieszkańcy przez 2-3 tygodnie. Każdego dnia kopano go dla innego obejścia, a dzień pracy kończono biesiadą, czyli wspólnym ucztowaniem u tego gospodarza, dla którego w danym dniu przygotowywano opał.

Dzisiaj obrządek ten stanowi bardziej etnograficzne widowisko, niż autentyczną potrzebę zdobycia opału. Bowiem w ramach powojennych czystek etnicznych Słowińców – utożsamianych przez władzę radziecką z Niemcami – wyrzucono za Odrę. Obecnie wieś zamieszkuje ludność, która przywędrowała znad Buga. Po długim okresie życia w trudnym, bagiennym terenie, gdzie jeszcze w latach 50. XX wieku koniom nakładano na nogi specjalne, drewniane buty, zwane klumpami, aby łatwiej mogły chodzić po mokradłach, właśnie ci przybysze zainteresowali się odwiecznymi zwyczajami i chętnie je prezentują.

Ponieważ w Klukach zachowało się sporo drewnianych domów Słowińców, charakterem zbliżonych do tych, które nowi osadnicy musieli zostawić na terenach swoich przodków, stworzenie niezwykłego skansenu (Muzeum Wsi Słowińskiej, czyli skansenu Słowińców) złożonego z autentycznych zagród wyposażonych w oryginalne sprzęty, dało okazję do reaktywowania lokalnych zwyczajów.

W ten sposób Kluki – usytuowane niemal na końcu świata, czyli na południowo-zachodnim brzegu jeziora Łebsko, za którym dalej, na północ, są najpierw bagna porośnięte trzciną, a następnie piaszczyste, ruchome wydmy, zwane polską Saharą, i wreszcie morze – stały się miejscem niezwykłej widowiskowej imprezy.

Przez pierwsze trzy dni maja w Klukach jest tłoczno i gwarno. Tłumy turystów, bo każdy chce zobaczyć, jak żyło się w tej wsi 100-150 lat temu, zaglądają do chałup i w obejścia, gdzie kobiety i mężczyźni wykonują swoje codzienne zajęcia. Gospodynie piorą i maglują bieliznę, przędą, tkają, haftują, ubijają masło w kierzynce, smażą drożdżowe wafle, wypiekają chleb w specjalnych, glinianych piecach.

Mężczyźni, których głównym zajęciem jest poławianie ryb na jeziorze, szyją i naprawiają sieci rybackie, wyplatają kosze, dłubią klumpy dla koni, kręcą konopne powrozy, ręczną piłą traczną przecierają drewno do budowy domów, a nawet szyją trzcinowe dachy, czyli układają nową albo naprawiają starą strzechę. Można też spotkać miejscowego garncarza, który toczy gliniane naczynia na kole, a dalej roztańcowane dziewki i muzykantów wygrywających na niecodziennych instrumentach skoczne melodie.

Jak tam dojechać? – Jedyna droga jezdna prowadzi przez Smołdzino. Można więc dotrzeć autobusem, ale najwygodniej prywatnym samochodem, albo rowerem – ze Smołdzina do Kluk jest 13 km. Rowerem można też przejechać polną drogą przez podmokłe łąki wzdłuż jeziora Łebsko. Z Łeby przez miejscowości Żarnowska, Gać, Izbica poprowadzono pieszo-rowerowy żółty szlak liczący 24 km.

Tekst i zdjęcia Maria Giedz

 

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę