Szara jesień na zielonej wyspie

Projekt budżetu na 2013 rok: ekonomiczna i społeczna fikcja

Państwo rządzone przez koalicję PO-PSL nie da nam wytchnienia. Inwestycje będą ograniczane, budżetówka nie doczeka się podwyżek, a fiskus zajrzy nam głęboko do kieszeni.

Rząd przygotował projekt budżetu państwa na rok 2013. NSZZ „Solidarność” jasno opowiada się za pobudzeniem gospodarki poprzez zwiększenie popytu.

Nie pójdziemy na zakupy

Tymczasem dotychczasowe oraz planowane na 2013 rok działania Ministerstwa Finansów koncentrują się na cięciach wydatków budżetowych. Prowadzi to do tłumienia rozwoju gospodarczego kraju. Rządowym strategom zabrakło odwagi i konsekwencji w decyzjach prowadzących do nakręcania popytu poprzez zwiększanie dochodów. Gdzie są inwestycje w stabilne zatrudnienie, które przekładają się bezpośrednio na wzrost wpływów podatkowych do budżetu oraz stabilizują system emerytalny? W polityce rządu Donalda Tuska króluje mentalność chłodnego księgowego i kreatywna księgowość. Polacy nie mogą więc liczyć na wzrost dochodów i redukcję deficytu.

Zmienne założenia

Ministerstwo Finansów kierowane przez Jacka Rostowskiego oparło projekt budżetu na założeniu, że polska gospodarka w 2013 roku będzie się rozwijała w tempie 2,2 proc. PKB. A jeszcze w czerwcu, przed wakacjami, przedstawiając wstępne założenia resort finansów zakładał wzrost na poziomie 2,9 proc. To grube przeszacowanie. Co się zmieniło w ciągu trzech miesięcy? Ano Euro 2012 okazało się li tylko propagandową hucpą. W drugim kwartale 2012 r. polska gospodarka rozwijała się zaledwie w tempie 2,4 proc. To i tak nieźle, bo już dzisiaj odzywają się eksperci, którzy przestrzegają i szacują przyszłoroczny wzrost PKB na…1,5 proc. Zielona wyspa PO szarzeje.

Bezrobocie w przyszłym roku ma wynieść 13 proc. Na koniec czerwca rząd przygotowując wstępne założenia do budżetu spodziewał się bezrobocia na poziomie 12,4 proc. W ubiegłym roku rząd prognozował, że stopa bezrobocia wyniesie na początku 2012 r. 10,5 proc. Okazało się, że eksperci rządowi pomylili się o 2 punkty procentowe, czyli o ok. 330 tys. osób. Zgubili gdzieś miasto wielkości Katowic.

Zamrożona kasa na pracę

Stopa bezrobocia na koniec bieżącego roku wyniesie co najmniej 13,5 proc. Ekonomiści, m.in. prof. Stanisław Gomułka, ostrzegają, że bezrobocie już na koniec przyszłego roku może wzrosnąć nawet do 15 proc. Te bezrobocie oficjalne, „rejestrowane”. Wzrost stopy bezrobocia dotknie w szczególności pracowników z branży budowlanej, którzy stracą zatrudnienie w związku z zakończeniem inwestycji związanych z infrastrukturą przeznaczoną na Euro 2012, zmniejszeniem absorpcji środków unijnych, jak również upadłością firm sektora budowlanego wynikającą m.in. z braku zmian w ustawie Prawo zamówień publicznych, które powinny zmierzać do ochrony podwykonawców przed oszwabiających ich „liderów” konsorcjów. Mimo rosnącego bezrobocia pieniądze odkładane na walkę z nim zostaną zamrożone na koncie ministra finansów. Będzie to już – bagatela – 6,1 mld zł. Zamrożony pozostanie Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych – 2,8 mld zł.

Nasza tzw. konsumpcja też spowolniła – wzrośnie co najwyżej o 2,2 proc., a nie o 2,7 proc.

 

Obietnice, obietnice…

W skali makro Ministerstwo Finansów ocenia, że deficyt w państwowej kasie w przyszłym roku wyniesie 35,6 mld zł. Dziura w budżecie powiększy się więc w porównaniu z tegoroczną o 4 mld zł.

Okazało się, że obiecane podczas kampanii 300 miliardów złotych z Unii można porównać jedynie do 100 milionów dla każdego, obiecanych w 1990 roku przez Lecha Wałęsę.

– Stawką tych wyborów jest 300 miliardów złotych. Nie tylko wywalczymy kolejny siedmioletni budżet Unii Europejskiej, ale wywalczymy w nim dla Polski jeszcze więcej niż w tym budżecie. Nie ma drużyny, nie ma ekipy, nie ma partii politycznej w Polsce lepiej do tego zadania przygotowanej – zapewniali politycy PO, m.in. Radosław Sikorski i Jacek Protasiewicz. Dzisiaj te obietnice wzbudzają uśmiech politowania dla tych, którzy dali się nabrać. Unia tnie wydatki. Być może do Polski spłynie czwarta część tej kwoty.

Gospodarki nie będą już napędzać inwestycje publiczne. W przyszłym roku udział inwestycji w PKB spadnie o jeden punkt procentowy – do 4,2 proc. Kończą się pieniądze unijne, a Bruksela rozlicza i każe oszczędzać.
Po raz trzeci z rzędu minister finansów sięgnie po pieniądze odłożone w Funduszu Rezerwy Demograficznej, który miał gwarantować wypłatę naszych emerytur za kilkadziesiąt lat. W 2010 r. z funduszu rząd pobrał 7,5 mld zł. W 2011 – 4 mld zł, a w 2012 razem wyciągnie od nas 2,9 mld zł.

Stawki i progi PIT zostają bez zmian. To oznacza, że uwzględniając wzrost cen oddamy fiskusowi więcej. Na dodatek rośnie VAT. Stawki tego podatku wzrosły od początku 2011 r. z 22 na 23 proc. Wyższe stawki miały obowiązywać przez trzy lata. Obietnice, obietnice. Rząd namówi zapewne kontrolowany przez koalicję parlament do wydłużenia tego okresu. A już dobiegają głosy, że podstawowa stawka VAT powinna wzrosnąć do 25 proc.

 

Tusk to nie Orbán

Jednostronna polityka ekonomiczna rządu, nastawiona na drenaż naszych kieszeni, powoduje narastanie niepokojów społecznych wśród bezrobotnej młodzieży, jak i osób starszych, stojących przed perspektywą pozostania na niepewnym rynku pracy. Cechuje go bowiem wysoki poziom ubóstwa wśród osób pracujących, nadmierne wykorzystywanie umów cywilnoprawnych oraz rekordowa w Europie liczba umów na czas określony.
Cóż, Donald Tusk to nie Viktor Orbán.

– Na Węgrzech Orbán podjął walkę o wprowadzenie instytucji odpowiadających fazie rozwoju jego kraju – przypomina prof. Jadwiga Staniszkis. Mimo konfliktu z Komisją Europejską dało to już efekty – o połowę niższy od polskiego węgierski deficyt w sferze finansów publicznych.
A w naszym kraju trudno ufać rządowym prognozom. Oto np. od 2007 roku zakładany w ustawie budżetowej wskaźnik inflacji był niedoszacowany. W roku ubiegłym skala tego niedoszacowania wyniosła aż 2 punkty procentowe. Tak więc od kilku lat rząd opiera wyliczenia budżetowe na błędnych założeniach.

Najbardziej niepokojący jest wzrost cen towarów i usług mających wpływ na budżety gospodarstw domowych: wzrost cen nośników energii, opłat za mieszkanie oraz cen żywności. Powoduje to spadek realnego poziomu wynagradzania, a co za tym idzie pogorszenie poziomu życia. Kłopoty finansowe kolejnych krajów europejskich – Włoch, Hiszpanii i Grecji – nie napawają optymizmem co do sytuacji gospodarczej UE.

 

Po co nowe exposé, skoro stare nie jest używane?

Premier Donald Tusk ma przemówić i wygłosić kolejne exposé, tym razem najprawdopodobniej na posiedzeniu Sejmu 10-12 października.

Tusk będzie mówił o kryzysie, sytuacji gospodarczej w Europie, rodzinie i walce z bezrobociem. Co zostało z założeń i obietnic, które padły w poprzednim przemówieniu premiera? Na razie Polską rządzą de facto unijni eksperci i lobbyści. To zdanie nie tylko opozycji, ale i np. Witolda Modzelewskiego, wiceministra finansów w latach 1992-1996.

 

Prawo do przekrętów

Afera związana z piramidą finansową Amber Gold i upadłością linii lotniczych OLT Express pokazała, że państwo nie gwarantuje obywatelom bezpieczeństwa. Sam premier zadeklarował, że nie zamierza ograniczać „prawa do ryzyka”. Jak w soczewce widać, że państwo pod rządami PO i PSL niezdolne jest do zagwarantowania przejrzystych reguł gry w biznesie i otoczone zostało siecią grup interesu. Premier na czas rozplątywania afery się schował – widocznie przygotowuje swoje wystąpienie. Czy poruszy w nim gorące tematy, jak podwyższenie wieku emerytalnego, ubożenie społeczeństwa, umowy śmieciowe, wzrost bezrobocia, brak perspektyw dla ludzi młodych, którzy wolą szukać swego szczęścia za granicą, czy w końcu ograniczanie wolności słowa?

 

Zdublowane exposé

W listopadzie 2011 roku premier wygłaszał już swoje exposé. Z obietnic, jakie wówczas szef rządu złożył w imieniu swego gabinetu, tylko skromna cząstka została zrealizowana. O pardon! Jest sfera, którą rząd Tuska zrealizował. To wzrost podatków i obciążeń nakładanych na obywateli.

 

Podatkiem w obywatela

Wprowadzony został podatek od wydobycia miedzi i srebra oraz uszczelniono przepisy tak, by uniemożliwić zakładanie lokat wolnych od „podatku Belki”. Już w lutym tego roku rząd podwyższył składkę rentową płaconą przez pracodawców o 2 punkty procentowe. Opozycja poszła z tym do Trybunału Konstytucyjnego. W rok 2013 wejdziemy też bez ulgi na Internet i ulgi dla twórców. Nie będzie też „becikowego” dla bogatszych rodzin. Rząd zapewne zdąży do końca listopada wprowadzić nowelizację przepisów podatkowych, zabierając 50-procentowy koszt uzyskania twórcom mającym przychody ponad 85 528 zł, a także likwidując ulgę rodzinną w rodzinie z jednym dzieckiem, której dochód przekracza 112 tys. zł rocznie.

Rząd szuka kasy i wyciąga pieniądze z naszych kieszeni. Nieubłaganie bowiem tyka licznik długu publicznego, wskazując we wrześniu 891 mld zł. Według zapowiedzi premiera, w 2012 r. miał on spaść do 52 procent. Obiecane ograniczenie poziomu długu publicznego miało wymiar propagandowy, oparty na  wirtualnej księgowości. Deficyt w finansach publicznych będzie wyższy niż zakładane 3 proc. Produktu Krajowego Brutto (PKB).

Tusk jesienią ub.r. obiecywał obniżenie deficytu do 1 proc. PKB do 2015 r. Minister finansów Jacek Rostowski jednak zapowiedział, że deficyt w 2012 r. osiągnie poziom 3,5 proc. PKB. O 1 procencie na koniec kadencji nie wspominał. To i tak wersja optymistyczna. Nie mamy bowiem rygorystycznego duszenia deficytu, co z drugiej strony nie doprowadziło do zdławienia popytu wewnętrznego. A przecież im więcej wydajemy w naszych sklepach, kupując rodzime towary, tym bardziej oliwimy naszą gospodarkę.

 

Emerytury – jak dekret

W jednym zaś rząd jest konsekwentny, to podwyższenie wieku emerytalnego (wprowadzone w ekstraordynaryjnym trybie, bez społecznych konsultacji, z lekceważeniem dwóch milionów obywateli, którzy podpisali się pod referendalnym wnioskiem). W tym spełniły się zapowiedzi premiera z exposé. Wiek uprawniający do przejścia na emeryturę przesuwa się o trzy miesiące każdego roku. Finał to 67 lat dla kobiet i mężczyzn. „Solidarność” ustawę o emeryturach powszechnych zaskarżyła do Trybunału Konstytucyjnego. Podobnie związki zawodowe służb mundurowych. Zresztą i tak premier zadbał o tych ostatnich. Ta grupa zawodowa otrzymała zapowiedziane podwyżki o 300 zł na funkcjonariusza. O siły porządkowe trzeba dbać.

Inna obietnica premiera, czyli cyfryzacja, na razie sprowadziła się do utworzenia nowego resortu – Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, zawalonego jak przystało na cyfryzację… papierami. Unia Europejska zaś już pół roku temu zakręciła kurek z pieniędzmi dla Polski na elektroniczną administrację. Powód – znikome efekty zagospodarowania środków finansowych. W „polu” jest zapowiedź skrócenia czasu oczekiwania na pozwolenie na budowę. Podobno, jeśli wierzyć premierowi, wydawanie pozwoleń na budowę miało trwać do 100 dni, a nawet do 60 dni dla małych inwestycji.

Rząd, zgodnie z zapowiedzią premiera, zmienił też zasady waloryzacji rent i emerytur z procentowej na kwotową. W tej sprawie też ma wypowiedzieć się Trybunał Konstytucyjny. Zanosi się też na zmianę stawek VAT na kolejne produkty, jak kawa i mrożonki.

 

Gruba administracja

Gdzieś zapodziała się obietnica odchudzenia administracji publicznej i – jak obiecywał premier – „uczynienia administracji coraz bardziej przyjazną i służebną”. Zamiast tego w ciągu poprzedniej kadencji rządu PO-PSL przybyło nam 20 tysięcy etatów w urzędach administracji centralnej. Premier jesienią ub.r. zapowiedział uchwalenie ustawy o opodatkowaniu koncesjonariuszy wydobycia gazu łupkowego. Na razie trwają rządowe spory w tej materii między ministerstwami Środowiska, Finansów, Spraw Zagranicznych i Skarbu.

A rolnicy i zapowiadana reforma systemu ubezpieczeń? Też w proszku. Nie wiemy zatem, jaką składkę zdrowotną mają płacić rolnicy. Nikt chyba w kraju nie wie, kiedy ma też pojawić się zapowiadana rachunkowość w gospodarstwach rolnych.

Czekamy zatem z niecierpliwością na kolejne exposé. Cóż, zabiegi propagandowe uśpią pytania o niezrealizowane ubiegłoroczne zapowiedzi. O 195 obietnicach Tuska złożonych w exposé z 2007 roku nie wspominając.

 

Jeden wskaźnik rośnie rządowi: stopa bezrobocia

W państwie Donalda Tuska przynajmniej jeden wskaźnik rośnie… stopa bezrobocia. W sierpniu w powiatowych urzędach pracy woj. pomorskiego zarejestrowało się kolejne 1200 osób. Tym samym stopa bezrobocia sięgnęła tu 12,1 proc. W lipcu było to 12 proc., a w sierpniu 2011 r. – 11,5 proc. Bezrobocie rośnie mimo prac sezonowych i mającego jakoby nastąpić po Euro 2012 ożywienia gospodarczego. Tymczasem inwestycje utknęły, kontrahenci nie otrzymują należnej gratyfikacji za wykonane prace, kolejne firmy składają wnioski o upadłość, a do urzędów pracy zgłaszają się poszukujący zajęcia.

Dane przekazane przez urzędy pracy wskazują, że 31 sierpnia br. liczba zarejestrowanych bezrobotnych w woj. pomorskim sięgnęła 103,8 tys. osób. To wzrost o 1,1 proc. w porównaniu z lipcem. Godne zauważenia jest, że przed rokiem w sierpniu odnotowano spadek liczby osób bez pracy o 0,4 proc.

Wzrost bezrobocia dotknął piętnaście pomorskich powiatów. Największy odnotowano w powiecie kartuskim – aż o 5 procent, czyli o 207 osób. Bezrobocie spadło w pięciu powiatach. Najkorzystniejszą tendencję odnotował powiat kwidzyński, w którym 200 osób wyrejestrowało się z PUP.

Pocieszające jest, że pracodawcy zgłosili do urzędów pracy 6,2 tys. wolnych miejsc pracy, czyli o 1,3 tys. więcej niż w lipcu.

Nie jest też łatwo znaleźć zajęcie powracającym z zagranicy. Do Wojewódzkiego Urzędu Pracy w sierpniu wpłynęły 93 wnioski o przyznanie prawa do zasiłku dla bezrobotnych po okresie zatrudnienia za granicą.

Download PDF
Powrót Drukuj stronę