Polacy drugiej kategorii

Łącznie ponad 6 milionów Polaków pracuje na tzw. umowach śmieciowych, samozatrudnieniu, umowach na czas określony. Gdy dodamy do tego ponad milion osób pracujących na czarno – to otrzymujemy przerażający obraz polskiego rynku pracy. Jak żyć, gdy się nie wie, czy na drugi dzień zarobi się parę groszy, gdy nie ma się zabezpieczenia zdrowotnego ani emerytalnego, gdy nie można wziąć kredytu w banku, gdy pracodawca traktuje cię jak śmiecia, który nie zasługuje na to, aby podpisać z nim uczciwą umowę o pracę.

 

 

Życie na czarno

W kwietniu br. bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy było w Polsce 2 mln 250 tys., większość z nich, bo 1 mln 872 tys., to osoby bez prawa do zasiłku. Według GUS, około 1,1 mln bezrobotnych pracuje na czarno.

Andrzej S. (lat 58, 25 lat pracy „uzusowionej”), były stoczniowiec, od dłuższego czasu bezskutecznie szuka zatrudnienia, od czasu do czasu pracuje dorywczo na budowach. Jego żona Anna (52 lata, 20 lat pracy na etacie) też straciła legalną pracę w sklepie na osiedlu, co prawda dostała zatrudnienie w innym sklepie, ale już bez żadnej umowy, musiała zarejestrować się w pośredniaku, by mieć ubezpieczenie. Zarówno pan Adam, jak i jego żona już nie pytają pracodawców o umowę, z doświadczenia wiedzą, że skończy się to natychmiast zwolnieniem.
Praca na czarno jest możliwa, nie tylko dlatego, że są na nią chętni, ale dlatego, że służby zajmujące się patologiami rynku pracy nie mają odpowiednich środków i uprawnień umożliwiających skuteczną walkę z nielegalnym zatrudnieniem.

– Pracowałem przez wiele tygodni na budowie, szef co prawda podpisał z nami umowy, ale trzymał je w szufladzie. Gdy została zapowiedziana kontrola z inspekcji pracy, wpisał datę poprzedzającą termin wizyty inspektorów – mówi pan Jan.

W zeszłym roku poseł Janusz Śniadek przedstawił w Sejmie projekt dotyczący nowelizacji ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy. Zakłada on między innymi wprowadzenie obowiązku zawarcia przez pracodawcę pisemnej umowy o pracę przed dopuszczeniem pracownika do pracy. Obecnie funkcjonujący przepis „pozwala” na potwierdzenie pracownikowi w formie pisemnej rodzaju i warunków pracy najpóźniej w dniu rozpoczęcia pracy. W razie więc kontroli, nieuczciwi pracodawcy brak umowy o pracę tłumaczą, mówiąc, że „umowę właśnie zawarto, a pracownik otrzyma ją pod koniec dnia”. Projekt posła Śniadka zakłada również wyposażenie inspektorów pracy w uprawnienie umożliwiające im nakazanie pracodawcy zastąpienia umowy cywilnoprawnej umową o pracę, jeśli inspektor stwierdzi, że wykonywana praca odpowiada warunkom określonym w art. 22 par.1 kodeksu pracy. – Jeśli byłaby taka regulacja prawna, dająca inspektorowi pracy, który w trakcie kontroli stwierdzi, że jest naruszane prawo, możliwość wydania nakazu zawarcia umowy o pracę, to pozwoliłoby to skrócić proces przywracania prawidłowego stanu prawnego. Takie rozwiązanie byłoby skutecznym narzędziem w walce przeciw nieuczciwym pracodawcom. – mówi Mieczysław Szczepański, okręgowy inspektor pracy w Gdańsku.

Projekt – jak wiele innych – leży w sejmowej zamrażarce.

Liczby

W IV kwartale ubiegłego roku w Polsce pracowało według danych GUS 15,6 mln osób, w tym:

  • 12,2 mln to pracownicy najemni
  • 2,9 mln to pracujący na własny rachunek, w tym 659 tys. pracodawców
  • 550 tys. wspomagających członków rodzin

 

W szarej strefie pracowało około 1,1 mln osób.

Brak jest natomiast precyzyjnych danych, ile osób pracuje na umowy cywilnoprawne. Według obliczeń przeprowadzonych przez portal forsal.pl, osób wykonujących pracę wyłącznie na umowę-zlecenie lub umowę o dzieło było

w 2011 roku ponad 1,5 mln.

 

Zła praca wypiera dobrą

Z przeprowadzonych w latach 2010-2012 kontroli przez Państwową Inspekcję Pracy wynika, że w co drugim skontrolowanym podmiocie stwierdzono nieprawidłowości w zatrudnieniu pracowników, a w co piątym wręcz nielegalne zatrudnienie.

Szczególnie narasta problem stosowania umów cywilnoprawnych w miejsce umów o pracę.

W 2010 roku inspektorzy zakwestionowali 10 proc. skontrolowanych umów, rok później było ich 13 proc., w 2012 roku nieprawidłowo zawartych umów było już 16 proc. Dane przedstawione przez PKPP Lewiatan są jeszcze bardziej niepokojące, wynika z ich, iż aż 33,2 proc. firm zatrudnia pracowników bez żadnej umowy, rok temu było ich 28,9 proc. – informuje „Rzeczpospolita”. Najwięcej nielegalnych pracowników jest w budownictwie, z szacunków organizacji pracodawców wynika, że znajdują się oni w prawie 60 proc. firm.

Piotr O. (lat 38, 5 lat pracy z opłaconym ZUS-em) W zeszłym roku dostał pracę u podwykonawcy jednej z firm budujących autostradę. Zarobki miały być dobre, skończyło się na obietnicach. W miejscach, w których pracował, nigdy nie zetknął się ze służbami, które kontrolowałyby przestrzeganie prawa pracy czy bezpieczeństwo. Od pracodawcy dostawał tylko drobne kwoty, do tej pory nie wypłacono mu kilku tysięcy złotych. Zastanawia się, czy pójść do sądu, ale to też wymaga pieniędzy, których nie ma.

Patologiczne formy zatrudnienia dotykają również handlowców, informatyków, bankowców, dziennikarzy.

Ewa G. (lat 50, 5 lat uzusowionej pracy) od 25 lat pracuje w mediach, pracowała dla warszawskich pism kobiecych, również dla firm robiących programy dla Polsatu i TVP. Ostatni raz miała etat 20 lat temu, później była fikcyjnie zatrudniona w firmie brata, teraz korzysta z ubezpieczenia męża. – W mediach często jest tak, że obok siebie pracują dziennikarze, operatorzy czy związkowcy, którzy wykonują dokładnie tę samą pracę, jednak jedni zatrudnieni na umowę o pracę, drudzy na umowę cywilnoprawną.

Komu zależy na utrzymaniu patologii

Umowy śmieciowe, wymuszone samozatrudnienie, a nawet pracę na czarno zaczynają stosować nawet te przedsiębiorstwa, które do tej pory starały się uczciwie zatrudniać pracowników. Tak jak gorszy pieniądz wypiera lepszy, tak dobra praca (na umowę o pracę) coraz częściej zastępowana jest przez gorsze formy zatrudnienia. Tracą na tym przede wszystkim pracownicy, ale także uczciwi pracodawcy, którzy przegrywają w konkurencji z przedsiębiorcami omijającymi prawo. Traci również budżet państwa i ZUS. Dlatego dziwi, że państwo utrzymuje mechanizmy sprzyjające patologiom, a co gorsza, zdaniem wielu ekspertów, to właśnie państwo wymusza zawieranie umów śmieciowych bądź stosowanie minimalnego wynagrodzenia w umowach o pracę. Jeśli przy zamówieniach publicznych jedynym kryterium wyboru wykonawcy stanowi wyłącznie cena, to konsekwencją tego jest, że przetargi wygrywają przedsiębiorcy, którzy zaniżają cenę, przede wszystkim kosztem swoich pracowników. Dlaczego wśród kryteriów stawianych wykonawcom nie ma wymagań dotyczących formy zatrudnienia pracowników?

– Państwo popiera umowy śmieciowe. Uczciwy pracodawca, zatrudniający pracowników na umowy o pracę, nie ma szans na wygranie przetargu – mówi Piotr Duda, przewodniczący Komisji Krajowej. Koalicja PO-PSL nie spieszy się jednak z wprowadzeniem zmian dotyczących zamówień publicznych.

Według Państwowej Inspekcji Pracy, jednym ze sposobów walki z patologiami występującymi na rynku pracy mogłoby być wprowadzenie regulacji prawnych, które uniemożliwiłyby nieuczciwie zatrudniającym pracowników przedsiębiorcom korzystanie z pomocy publicznej (np. z funduszy unijnych, dotacji czy ulg podatkowych).

NSZZ „Solidarność” przygotował projekty dwóch ustaw, których celem jest ograniczenie nadużywania przez pracodawców umów cywilnoprawnych. Pierwszy projekt wprowadza uzusowienie wszystkich umów, także tych o dzieło.

Karol S. (lat 33, 4 lata pracy z ZUS-em) pracował w przetwórni rybnej na umowę o dzieło przez 6 miesięcy. Praca była na zmiany, po 8 godzin dziennie. Gdy upomniał się o umowę o pracę, zagrożono mu zwolnieniem. Dlatego siedzi cicho, ale gdy tylko znajdzie coś nowego, to na pewno odejdzie.

Drugi projekt „Solidarności” dotyczy pracowników tymczasowych i ma na celu wyeliminowanie patologii, jakie niesie ze sobą ta forma zatrudniania. Na przykład przewiduje obowiązek przekształcenia terminowej umowy zawartej przez agencję z pracownikiem w umowę o pracę na czas nieokreślony.

Walka z bezrobociem czy z bezrobotnymi?

Koalicja rządząca, zamiast prowadzić działania wspierające powstawanie nowych miejsc pracy, chce zmniejszyć bezrobocie metodami statystycznymi. Według przepisów, które mają wejść od maja 2014 r., bezrobotny, który odmówi przyjęcia pierwszej złożonej mu oferty przez urząd pracy – zostanie wykreślony z rejestru osób poszukujących pracy na czas dziewięciu miesięcy.

Urzędnikom wydaje się, że praca na czarno jest dobrowolnym wyborem tysięcy Polaków, i że to pracownik sam wymusza na pracodawcy, by broń Boże nie podpisywał z nim umowy o pracę. Żadna z osób bezrobotnych, z którymi rozmawialiśmy, nie mówiła, że pracuje na czarno z własnej woli. Co więcej, to właśnie często w pośredniaku dostają namiary na pracodawców, którzy nawet nie mają zamiaru zatrudnić legalnie pracowników (oferty drukowane z Internetu). I nawet, gdy urzędnicy od swoich podopiecznych dowiadują się, że dany pracodawca jest nieuczciwy, nadal wysyłają kolejnych bezrobotnych zamiast zawiadomić Państwową Inspekcję Pracy. Zapewne nowe przepisy obniżą statystyki, ale na pewno nie rozwiążą problemu pracy na czarno.

Małgorzata Kuźma

Beata O., lat 29, sprzedawczyni
Pomimo że pracuje od 18 roku życia, do tej pory „uzbierała” tylko 3 lata pracy z opłaconym ZUS-em. Większość swojego życia zawodowego spędziła pracując bez żadnej umowy, a w najlepszym razie na umowie śmieciowej. Stara się być zarejestrowana jako bezrobotna, aby mieć ubezpieczenie zdrowotne. Raz straciła to ubezpieczenie, gdy pracując na czarno nie mogła opuścić sklepu i nie zgłosiła się do pośredniaka na obowiązkową wizytę. Kiedyś o umowę o pracę było łatwiej, teraz praktycznie małe sklepy spożywcze nie zatrudniają na żadną umowę. Inaczej jest w sklepach wielkopowierzchniowych, ale praca jest tam bardzo ciężka, a normy wyśrubowane. Pani Beata pracy szuka na wiele sposobów, przede wszystkim jeździ do urzędu pracy, ale tam zwykle dostaje namiary na oferty, które można znaleźć w Internecie. Cały wysiłek urzędniczki polega na wydrukowaniu ogłoszenia z Internetu. – Oprócz tego pani w urzędzie wyznacza kolejną wizytę, gdy się na nią nie zgłoszę, to skreślą mnie z rejestru bezrobotnych. W ciągu kilku lat bycia zarejestrowaną w urzędzie pracy dostałam tylko raz formalne skierowanie do pracy. Było to siedem lat temu – mówi pani Beata. Próbowała też znaleźć pracę zgłaszając się do sklepów, które wywieszają kartki z napisem „Przyjmę ekspedientkę”, ale po kilku próbach już wie, że właściciele tych sklepów w ten sposób szukają taniej siły roboczej. Przez pierwszy tydzień obiecują stałą pracę, większą pensję, po dwóch tygodniach okazuje się, że pracownik się nie nadaje i traci pracę, a co przepracował za „gołe” 7 zł na godzinę bez żadnych świadczeń, to czysty zysk pracodawcy. Znów kartka pojawia się na sklepie i znów łowi się nieświadomych ludzi.

Bogusław S, lat 55, monter, przez 20 lat był zatrudniony w Stoczni Gdynia i tyle lat z opłaconym ZUS-em
Ostatnio pracował u jednego z podwykonawców w Stoczni Crist. Właściciel firmy obiecywał 18 zł na godzinę i umowę-zlecenie. Po dwóch miesiącach zapadł się pod ziemię, a kilkunastu stoczniowców zostało bez niczego, ani umowy, ani pieniędzy. Nie mają nawet jak udowodnić, że pracowali przez dwa miesiące. Pan Bogusław mówi także o strasznych warunkach pracy, braku wentylacji, złej organizacji pracy, braku ubrań ochronnych. Zdarzają się wypadki w pracy, które nawet nie są nigdzie zgłaszane.

Andrzej K., lat 39, grafik komputerowy, budowlaniec, 4 lata pracy z opłaconym ZUS-em
Ostatni raz na umowę o pracę był zatrudniony 10 lat temu. Później został zmuszony na przejście na samozatrudnienie, ale gdy się okazało, że zarobione w drukarni pieniądze starczają ledwie na opłacenie ZUS-u i podatku, zlikwidował działalność. Ma duże umiejętności graficzne, ale żeby dostać zlecenie trzeba mieć znajomości. Pracował jako podwykonawca, ale dostawał 10 procent wartości wykonywanej przez siebie pracy. Przez wiele lat żył bez żadnego ubezpieczenia, teraz zarejestrował się jako bezrobotny, ale nie dostał żadnej propozycji pracy ani skierowania na szkolenie. Obecnie pracuje przy rozładunku tirów, oczywiście na czarno, musi przecież z czegoś żyć. Przynajmniej pieniądze dostaje do ręki.

Daniel K., Lat 34, od wielu lat pracuje na umowach cywilnoprawnych, 4 lata z opłaconym ZUS-em
Nigdy nie dostał z urzędu pracy żadnego skierowania do pracy ani na szkolenie. W zeszłym roku zainwestował i za własne pieniądze skończył kurs dający uprawnienia elektryka. Teraz pracuje na umowę o dzieło, zakładając instalacje elektryczne w jednym z biurowców. Aby nie musieć rejestrować się fikcyjnie w urzędzie pracy, pobrali się ze swoją dziewczyną, która pracuje na etacie i wzięła go na swoje ubezpieczenie. Już dawno przestał wierzyć w państwo, w jego służby, programy pomocy bezrobotnym. Kolega właśnie załatwia mu pracę w Norwegii.

Download PDF
Powrót Drukuj stronę