Żyjemy? Nie, wegetujemy

Z danych Instytutu Pracy i Polityki Społecznej wynika, że nawet 40 proc. polskich rodzin żyje poniżej minimum socjalnego.

- To wskaźnik, który pokazuje, ile musi wynosić dochód na osobę w rodzinie, by mogła ona uczestniczyć w życiu społecznym – pojechać na tanie wakacje, mieć telefon, najtańszy abonament telewizyjny, by dziecko mogło od czasu do czasu wyjść z kolegami, a dorosłego stać było na dojazd do pracy. W przypadku minimum egzystencji bierze się pod uwagę to, ile potrzeba, by przeżyć – tak doktor Piotr Kurowski, autor raportu, tłumaczy w rozmowie z „Rzeczpospolitą” różnicę między minimum socjalnym i minimum egzystencji. Jak pokazują wyliczenia Instytutu Pracy i Polityki Społecznej, trzyosobowa rodzina z małym dzieckiem musi mieć do dyspozycji 2661,36 złotych, czteroosobowa – 3437,68 złotych, a pięcioosobowa – 4216 złotych miesięcznie, żeby można było powiedzieć, że jej członkowie żyją, a nie wegetują. Dwie osoby dorosłe bez dzieci na utrzymaniu potrzebują przynajmniej 1793,60 złotych, a dwuosobowe gospodarstwo emeryckie – 1799,24 złotych miesięcznie. W swoich obliczeniach Instytut nie wziął jednak pod uwagę rat kredytu hipotecznego – zadłużona rodzina potrzebuje odpowiednio wyższego dochodu, aby móc żyć „na poziomie”. – Szacujemy, że dochody na poziomie minimum socjalnego lub poniżej ma około 40 proc. rodzin w Polsce – interpretuje wyniki badań profesor Janusz Czapiński, psycholog społeczny.

Doktor Ewa Flaszyńska, dyrektor Ośrodka Pomocy Społecznej, podkreśla, że ludziom o niskich dochodach najtrudniej się żyje w małych miastach i na wsi. – W większych miastach, takich jak Warszawa, możliwości pomocy są większe, w mniejszych wszystko zależy od zasobności gminy – mówi. Poza tym biedne dzieci miejskie mogą korzystać na przykład z darmowych wejść do muzeum. Dzieci wiejskie takiej możliwości nie mają, bo nie stać ich na bilet, żeby dojechać do miasta.

Doktor Flaszyńska zwraca uwagę na to, że wykluczenie społeczne w pewnym sensie podlega dziedziczeniu. – Jeśli rodzice są wykluczeni społecznie, to ich dzieci tak samo. Często dziedziczą tę biedę i bezrobocie. Pewne przyzwyczajenia wynoszą z domu, więc jak widzą, że ojciec całe życie nie pracował, to później powielają te schematy – podkreśla.

Teorię potwierdza praktyka. „Rzeczpospolita” dotarła do pani Elwiry z Warszawy, kucharki, która razem z mężem wychowuje dwoje nastoletnich dzieci. – Zarabiam 2,5 tys. złotych brutto. Mąż dorabia miesięcznie około 500 złotych „na czarno”. Zakupy robię w dyskontach, czasem jakieś jedzenie przynoszę z pracy, gdy szef pozwala zabrać coś, co zostanie po imprezie – opowiada. Stara się „dorabiać” na różne sposoby, na przykład pilnując psa znajomej czy zasiadając w komisji referendalnej. Nie chodzi do kina, teatru ani na koncerty, nie kupuje książek ani gazet.

Download PDF
Powrót Drukuj stronę