Żyją „Solidarnością”

Duchem są ciągle młodzi, chociaż 14 września obchodzili 55 rocznicę ślubu, czyli platynowe gody. „Solidarność” wpisała się w ich codzienność i bez niej nie potrafiliby funkcjonować. Ona Elżbieta z domu Guzińska, on Jerzy Pałubicki, oboje Kaszubi spod Chojnic, poznali się dawno temu, pokochali, pobrali, urodzili dwójkę synów. Na swoim kącie mają więzienia, aresztowania, rewizje, ale i służbę przy grobie bł. ks. Jerzego, a przede wszystkim aktywną do dzisiaj działalność na rzecz ludzi pracy.

 

Oboje urodzili się podczas II wojny światowej, czyli są wojennymi rocznikami. On pochodzi z wielodzietnej rodziny – miał siedemnaścioro, a nawet więcej rodzeństwa, ale przeżyło tylko kilkoro. Ona jest jedynaczką. Jako 16-letni chłopak Jerzy Pałubicki opuścił rodzinne strony, bo w domu nie żyło się łatwo. Przyjechał do Gdańska. Zamieszkał w hotelu robotniczym na Przeróbce. Pracę znalazł na kolei. Został manewrowym i tak było aż do stanu wojennego, a właściwie do dnia aresztowania. Pani Elżbieta po skończeniu szkoły w Chojnica podjęła pracę w sklepie. Tam poznała swojego przyszłego męża. Przyszedł kupić prezent na urodziny dla swojej siostrzenicy, która jak się okazało była koleżanką pani Elżbiety. Na owych urodzinach zaczęli razem tańczyć i tak się zaczęła ich wspólna przygoda. Razem jeżdżą na pielgrzymki, również do św. Wojciecha w intencji trzeźwości narodu, razem gotują, sprzątają, pikietują, służą innym. Od początku żyją „Solidarnością”.

Pan Jerzy niechętnie opowiada o sobie. Jest człowiekiem wesołym, stale żartuje, a w historii swojego życia nie widzi niczego nadzwyczajnego. Chociaż aresztowanie i zdradę kolegi pamięta dokładnie.

- Był stan wojenny. 10 maja 1982 roku pracowałem we Wrzeszczu na stacji kolejowej. W pewnym momencie z okna przejeżdżającej kolejki ktoś wyrzucił ulotki. Kolega z pracy Jerzy Sidorow pozbierał te ulotki i poszedł do przełożonych powiedzieć, że to ja je rozrzucałem. Kolej była wówczas zmilitaryzowana. Aresztowano mnie z art. 48 za niezaprzestanie działalności związkowej w stanie wojennym. Zrobili mi w pracy rewizję. Ktoś do mojej szafki podrzucił ulotkę. Nie przyznałem się, ale wywieźli mnie do jednostki wojskowej w Rzeszowie. Sidorowi zasądzono 3,5 lat więzienia. Ja dostałem 4 lata – wspomina Jerzy Pałubicki.

Rozprawa odbywała się w sądzie wojskowym w Rzeszowie. Po rozprawie Jerzy Pałubicki trafił do więzienia w Hrubieszowie. Przebywał tam 9 miesięcy, bo… zachorował na astmę i musiał się leczyć w Gdańsku. Zanim jednak powrócił na Wybrzeże w hrubieszowskim więzieniu prowadził działalność podziemną. Znał alfabet morsa, więc nadawał grypsy do radia Wolna Europa. Pomagała mu w tym córka naczelnika więzienia, obserwując z domku obok okienko celi pana Jerzego. Gdy tylko się uchyliło zapisywała znaki przekazywane przez pana Jerzego.

- W więzieniu byłem znany, bo malowałem kolorowymi długopisami różne obrazki, a to na kopertach, a to na tkaninie – mówi pan Jerzy i pokazuje namalowaną na tkaninie Matkę Boską Częstochowską.

Zaraz po aresztowaniu pana Jerzego w mieszkaniu Pałubickich milicja przeprowadziła rewizję. Ich młodszy syn Dariusz był na tyle przytomny, że wszystkie znaczki „Solidarności” i inne trefne drobiazgi włożył pod czapkę, po czym wyniósł je z domu, tłumacząc milicjantom, że musi pójść do szkoły.

Pani Elżbieta co miesiąc jeździła do Hrubieszowa na widzenia do męża. Wszyscy jej w tym pomagali, bo często brakowało pieniędzy na bilet – naczelnik PKP odebrał jej kolejową legitymację, albo przyjechała w dniu, w którym właśnie nie było odwiedzin. Przywoziła mężowi nie tylko jedzenie. W pozostawianych paczkach były święte obrazki i różne rzeczy przydatne do odprawiania mszy świętej na więziennym korytarzu, do przesyłania grypsów, malowania, pisania… Pałubiccy o szczegółach nie chcą opowiadać.

Już w tamtych czasach pan Jerzy znał ks. Henryka Jankowskiego, gdyż działał w służbie kościelnej przy parafii św. Brygidy. Po powrocie do Gdańska pracował w parafii, bo jak twierdzi „towarzysze nie życzyli sobie wywrotowca na kolei”. Potem, dzięki pomocy żony i wielu przyjaciół został palaczem w sklepach „Społem”, gdzie jednocześnie drukował ulotki dla podziemnej „S”. Pewnego dnia służb bezpieczeństwa przeprowadziły w kotłowni kontrolę, więc wszystko łącznie z matrycą wrzucił do pieca. SB nie znalazła nic.

O ich życiu można napisać książkę, chociaż żyją niezwykle skromnie, w dwupokojowym mieszkanku na ostatnim piętrze bloku bez windy na gdańskich Stogach. Dorobili się jedynie kolekcji znaczków z podziemnej poczty stanu wojennego, najróżniejszych plakietek z podobizną ks. Jerzego Popiełuszki, fikcyjnych banknotów „Rzeczpospolitej Solidarnej” z wizerunkiem Jana Pawła II, albo „Sowieckiego Banku Światowego” o wartości 50 srebrników z głową Wojciecha Jaruzelskiego.

W 1984 r. działająca przy parafii św. Brygidy w Gdańsku religijna organizacja Bractwa Oblatów zmieniła formułę organizacyjną i stała się właściwie podziemną „Solidarnością” do której przynależeli Pałubiccy. Po śmierci ks. Jerzego Popiełuszki oboje włączyli się w służbę przy grobie błogosławionego, jeżdżąc po kilka razy w roku do Warszawy. Pan Jerzy był w poczcie sztandarowym Bractwa. Pani Elżbieta prowadziła modlitwę wiernych. Pracowała też w kiosku przy św. Brygidzie. Ze „Społem” zrezygnowała. Przeniosła się do służby zdrowia. Była rejestratorką w rentgenie, prowadziła sekretariat „S” w szpitalu, a na koniec została sekretarką wszystkich szpitalnych związków zawodowych.

- Pałubickich poznałem dopiero w 1984 r. po zamordowaniu ks. Jerzego – wspomina Krzysztof Żmuda, członek ZRG NSZZ „S” i przewodniczący „S” w Stoczni Remontowej Shipbuilding. – Wspólnie pełniliśmy służbę przy ks. Jankowskich, chroniliśmy go, aby nie zginął jak ks. Jerzy. Ela i Jurek byli zawsze aktywni. To Eli zawdzięczamy, że służba przy grobie ks. Jerzego do dzisiaj trwa. Ona inspirowała wszystkich. Podobnie było w Bractwie Oblatów św. Brygidy. Mobilizowała również mnie. Na przykład w sierpniu, miesiącu trzeźwości, organizowała pikiety przed sklepami monopolowymi, stojąc z tabliczkami na których widniały napisy m.in.: „wódka ogłupia”. Dla mnie są to bardzo prawi ludzie. Ja ich takich znam i do tej pory się na nich nie zawiodłem.

Maria Giedz
Zdjęcia ze zbiorów Elżbiety i Jerzego Pałubickich

Download PDF
Powrót Drukuj stronę