Zmarł Ojciec Jan Grande, bonifrater

Czytelnicy „Magazynu Solidarność” pamiętają zapewne publikowane kilka lat temu w odcinkach na naszych łamach – dzięki uprzejmości Marzeny i Tadeusza Woźniaków – porady Ojca Jana Grande, zakonnika, zielarza i dietetyka, autora popularnych poradników zdrowotnych.

Ojciec Jan Grande. Fot. Tadeusz Woźniak

 

„Garnęli się do Niego zwłaszcza ci, którym medycyna konwencjonalna niewiele już oferowała. Zakonnik nikomu nie obiecywał, że go uzdrowi, zastrzegał, że nie jest dyplomowanym lekarzem, obiecywał natomiast wzmocnienie organizmu, uruchomienie jego sił żywotnych i pokładów energii, które wspierają proces leczenia. Każdy chory był dla Ojca Jana indywidualnym przypadkiem, odrębnym światem” – wspominają Marzena i Tadeusz Woźniakowie.

Ojciec Grande, właściwie Jerzy Majewski, zmarł w Rzepinie 9 kwietnia br.

Przypomnijmy jeden z odcinków porad Ojca Grande – cykl postaramy się kontynuować na naszych stronach internetowych.

 

Chleb, woda i ogień

Na podstawie materiałów gromadzonych podczas powstawania wywiadów z ojcem Janem Grande z Wrocławia, które ukazały się w bestsellerowej książce (ok. 500 tys. sprzedanych egzemplarzy) „Ojca Grande przepisy na zdrowe życie”, publikujemy refleksje słynnego zakonnika na temat polskich tradycji żywieniowych.

– Wzorcem, który dostarcza nam dziś drogocennych wskazówek, jest polska kuchnia przedrozbiorowa, zbierająca ciąg wielowiekowych doświadczeń. Później wszystko się urwało. Przyszła nędza okresu rozbiorowego, pierwsza wojna światowa i związany z nią głód; potem nastał krótki czas niepodległości, zbyt krótki, by matki mogły przekazać w ugruntowany sposób swoje doświadczenie córkom; druga wojna światowa i degeneracja pojęć o żywieniu, a po wojnie – wiadomo jak było. Kobiety zaangażowane w pracę zawodową szukały sposobów na jak najszybsze, w związku z tym – byle jakie przygotowanie posiłków. Dawna kuchnia słowiańska była tak pożywna, bogata w biopierwiastki, mikroelementy, witaminy i dostarczała tyle energii, że można było z nadmiaru tej energii ściany rozwalać. Podstawą żywienia był prawdziwy chleb – pieczony na liściu łopuchowym we własnym piecu, wielki na pół stołu, posypany czarnuszką albo kminkiem. Przekrojony błyszczał w środku od dobrego wykwaszenia…

– Czy można jeszcze gdzieś na kuli ziemskiej spróbować smaku takiego chleba?

– Obawiam się, że smak prawdziwego chleba zaniknął na dłuższy czas. Zboże na mąkę wyrasta z przechemizowanej, skażonej ziemi, jej oczyszczenie potrwa kilkaset lat. Niegdyś piekarnię można było wyczuć na kilkadziesiąt metrów, tak wokół niej pachniało świeżym chlebem. Dziś musimy się zadowolić fałszywym, niepachnącym pieczywem, do którego dodano chemiczne polepszacze i spulchniacze (jakaż to polszczyzna, Panie Boże uchowaj!). Narażają one nasz przewód pokarmowy, podobnie jak narażone są ręce pracowników piekarnianych molochów, z których skóra schodzi płatami. Mądra pani domu powinna zaopatrywać się w pieczywo w niewielkich piekarniach, gdzie chleb pieką jeszcze na drożdżach i zakwasie. Unikajmy też chleba krojonego na gorąco maszyną i zaparzonego w foliowym opakowaniu. Zgaga gwarantowana.

– Jakie znaczenie dla smaku i zapachu chleba ma wypiek w piecu chlebowym?

– Ogromne. Ogień i temperatura, jakie dają drewno i węgiel, są inne od gazowych czy elektrycznych, bardziej „prawdziwe”. Wystarczy porównać barwy: z jednej strony złocistoczerwony i gorący ogień z pieca, z drugiej – niebieski i zimny, jakby martwy, ogień kuchenki gazowej. Nie rozgrzeje on, na przykład, dawnych garnków żeliwnych, jest na to za słaby. A z kolei współczesna patelnia teflonowa postawiona na otwartym ogniu piecyka – spali się. Jeśli ktoś ma możliwości, niech porówna placki ziemniaczane smażone na kuchni opalanej węglem i drewnem, na otwartej fajerce, na starodawnej żeliwnej patelni, z plackami „z gazu”. Są to zupełnie różne smaki, zapachy i konsystencje. Podobnie z chlebem… A już ten najnowszy diabelski wymysł, czyli kuchenki mikrofalowe – toż to istne horrendum. Strumień drgających elektronów niszczy cząsteczki białka i potrawa z takiej kuchenki tylko wygląda jak pożywienie, ale pożywieniem nie jest.

– Prawdziwy chleb i prawdziwy ogień… Pozostało nam jeszcze powiedzieć coś o prawdziwej wodzie, ojcze Janie.

– Jeśli ktoś mieszka poza miastem i ma możliwości, powinien postarać się o własną studnię. Kopać należy głęboko, wodę trzeba dokładnie przebadać. Prawdziwa, czysta, żywa woda z cembrowanej studni jest darem Przedwiecznego, zawiera magnez, krzem, żelazo… Można, a nawet należy pić ją bez przegotowania… Chrońmy się przed zanieczyszczeniami i sztucznością jak tylko można, żeby nas one w końcu nie zeżarły.

Rozmawiali Marzena i Tadeusz Woźniakowie

Cdn…

Download PDF
Powrót Drukuj stronę