Z darami dla Krysowic

Jest środek nocy. Autobus z polską rejestracją zatrzymuje się w niedużej, uśpionej wiosce, gdzie nie pali się ani jedna lampa. Wysiada z niego kilkunastu mężczyzn. Otwierają luki bagażowe i wyjmują dziesiątki czarnych worków pełnych ubrań, jedzenia, butów, zabawek. Wyciągają też rower i dywan. Do pomocy włączają się kobiety. Każdy łapie za worek i niesie w ciemność. Jak się okazuje, do kotłowni sporego budynku, w którym mieszkają zakonnice Służebniczki NMP Niepokalanie Poczętej – trzy przyjechały z Polski, jedna jest miejscowa. Cały ten dobytek przeniesiony z autobusu to dary dla Polaków, którzy po powojennych zmianach granic pozostali u siebie, niestety, już nie w Polsce. Zebrało je Stowarzyszenie Malta Służba Medyczna Oddział w Tarnowie.

Krysowice Ukraina1024

Wieś nazywa się Krysowice. Leży niecałe dwadzieścia kilometrów na wschód od przejścia granicznego Medyka-Szeginie, pomiędzy Polską a Ukrainą, oczywiście już po stronie ukraińskiej. Mieszka w niej ponad sześćset osób, prawie połowa z nich to Polacy. Nie wiedzie się im najlepiej. Brakuje pracy, jedzenia, a i coraz bardziej nadziei na „życie po polsku”. Do 1914 roku Krysowice były gniazdem rodowym Stadnickich. Stał tam pałac, była też kaplica. Dwie wojny światowe, sowietyzacja i ukrainizacja, a i kolejne niestabilne lata przyczyniły się do zniszczenia niemal wszystkiego. Z dawnej świetności Krysowic, których historia sięga doby średniowiecza, pozostała jedynie kaplica. Tam jednak w okresie sowieckim znajdował się magazyn środków chemicznych. Zmiany polityczne pozwoliły na odzyskanie kaplicy i jej odbudowę, a nawet rozbudowę. Dla tutejszych Polaków ta poświęcona w 1993 roku kaplica, a raczej kościół, stała się miejscem przypominającym o ich korzeniach, o polskiej tożsamości. Sprowadzone do Krysowic zakonnice w latach 90. ubiegłego stulecia otworzyły przedszkole, głównie dla polskich dzieci, a także miejsce opieki dla osób starszych i chorych. Radość z darów przywiezionych z Polski była przeogromna. Siostry najbardziej cieszyły się z roweru, bo wreszcie będą miały środek lokomocji nieco szybszy niż własne nogi.

 

Polskie Kresy

Mieszkańcom Pomorza Kresy kojarzą się głównie z Wileńszczyzną, regionem, który w 1569 roku wszedł razem z państwem litewskim w skład Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a w 1791 roku został scalony w jeden organizm państwowy nazwany Rzeczpospolitą Polską. W rzeczywistości prawidłowa nazwa to Kresy Wschodnie, są to dawne tereny Polski, które po II wojnie światowej znalazły się w granicach Związku Sowieckiego, a dzisiaj wchodzą w skład trzech państw: Litwy, Białorusi i Ukrainy. Mieszkająca na Ukrainie ludność polska z Zimnej Wody czy Gródka Jagiellońskiego, gdzie w 1434 roku zmarł król Polski Władysław Jagiełło, chyba najbardziej potrzebuje pomocy od rodaków z kraju. Takich polskich miejsc na Ukrainie, niewymienianych w przewodnikach, nieodwiedzanych przez polskie wycieczki, jest zdecydowanie więcej.

Z historią Pomorza ściśle wiąże się nieduże, bo zaledwie dziesięciotysięczne miasteczko Śniatyń. Historycy podają, że w miasteczku tym przebywali aż trzej polscy królowie: w 1415 roku Władysław Jagiełło, w 1485  Kazimierz Jagiellończyk, a w 1576 Stefan Batory. Jednak dla mieszkańców Pomorza, a dokładnie Kociewia, zdecydowanie ważniejsza jest inna postać – błogosławiona siostra Marta Wiecka. Otóż ta niezwykła zakonnica, żyjąca zaledwie 30 lat, urodziła się 12 stycznia 1874 roku w miejscowości Nowy Wiec, na granicy Kociewia i Kaszub, w rodzinie właściciela ziemskiego Marcelego Wieckiego herbu Leliwa. Do dzisiaj potomkowie tego rodu mieszkają na Pomorzu. Marta w wieku osiemnastu lat wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, potocznie zwanych szarytkami. W 1893 roku, już jako zakonnica, wyjechała do Lwowa, gdzie pracowała wśród chorych. Ostatni okres swojego życia spędziła w Śniatyniu, pomagając wszystkim bez względu na przynależność narodową czy religijną. Miała szczególny dar rozmawiania z innowiercami. Zmarła w 1904 roku. Została pochowana na cmentarzu w Śniatyniu. W 2008 roku odbyła się jej beatyfikacja. Przy jej grobie modlą się katolicy, unici, Ormianie, prawosławni, Żydzi.

Odtwarzanie przeszłości

Trzydzieści pięć kilometrów na południowy wschód od Śniatynia leży duże, ponaddwustutysięczne stare, pełne zabytków miasto o nazwie Czerniowce. Niegdyś była to stolica biskupia całej Bukowiny ze wspaniałym, XIX-wiecznym pałacem biskupim, zaadaptowanym na potrzeby miejscowego uniwersytetu. Teoretycznie Czerniowce niewiele mają wspólnego z Polską, chociaż przez dwanaście lat (1687–1699) za sprawą Jana III Sobieskiego znajdowały się w granicach Rzeczpospolitej. Po roku 1786, kiedy to Bukowina została włączona do Galicji, władze austriackie (tereny te znalazły się w granicach państwa austriackiego) zachęcały Polaków do osiedlania się w Czerniowcach. Polacy przybyli głównie z Podola, a byli to najczęściej uchodźcy polityczni. Stworzyli prężnie działającą społeczność z własnymi organizacjami, czytelniami, gazetą… W okresie międzywojennym Polacy stanowili ośmioprocentową społeczność wśród wielu narodów (obecnie jest ich 0,6 proc.). Pod koniec XIX wieku właśnie dla tamtejszych Polaków ojcowie jezuici wybudowali imponujący kościół pw. Najświętszego Serca Jezusa. Ta neogotycka świątynia wzbudza zachwyt do dzisiaj, chociaż składa się głównie z murów, bo całe jej wnętrze, a więc wystrój i wyposażenie, zostało całkowicie zniszczone. Przez lata mieściło się w niej archiwum. Po sześćdziesięciu pięciu latach budowlę oddano jezuitom. Od ośmiu lat zakonnicy o polskich korzeniach, przy pomocy wiernych, próbują kościół odbudować. Jak na razie udało się im uporządkować szczątki 59 polskich legionistów i jednego Kozaka, poległych w wojnie 1914–1917. Pochowano ich w krypcie kościoła.

– Pracy jest bardzo dużo. Stanowimy niewielką wspólnotę, liczącą zaledwie kilkadziesiąt osób. Przychodzimy do tego kościoła w każdą sobotę i rozbieramy wewnętrzne mury sowieckiego archiwum, cegła po cegle. Nie mamy pieniędzy, ale czujemy się rodziną, możemy pracować. Żyjemy nadzieją, że kiedyś uda się nam ten kościół odbudować – mówi Inna Keller, historyk z Uniwersytetu w Czerniowcach.

Oddział tarnowski Stowarzyszenia Malta Służba Medyczna kilka razy do roku organizuje wyjazdy do Polaków mieszkających na Ukrainie, zawożąc im najróżniejsze dary zebrane przez zwykłych ludzi. Najczęściej pochodzą one od uczestników półturystycznego wyjazdu. Pomysł przedni, bo w ten sposób obniża się koszty transportu, a przy okazji można sporo zobaczyć. Problemem jest jedynie granica. Ukraińscy celnicy dziwią się, widząc luki bagażowe wypełnione czarnymi, plastykowymi workami wypełnionymi cukrem, olejem, makaronem, a także dziecięcymi ubrankami, ale względnie szybko dokonują kontroli. Gorzej jest z polską służbą celną, która  nawet przez kilkanaście godzin,  przetrzymuje na granicy wymęczonych ludzi bez możliwości jedzenia, picia czy skorzystania z toalety.

Maria Giedz

Download PDF
Powrót Drukuj stronę