WZZ Wybrzeża: syndykalistyczny bunt przeciwko systemowi PRL

Wolne Związki Zawodowe niepokoiły towarzyszy na Kremlu. Proletariacka organziacja wsparta przez kilku inteligentów stały się zalążkiem NSZZ „Solidarność”.

Dwa dni przed Świętem Pracy 29 kwietnia 1978 r. inżynier Andrzej Gwiazda i dwóch robotników Krzysztof Wyszkowski i Antoni Sokołowski. utworzyli Komitet Założycielski Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża.

W skład komitetu weszli też Andrzej Bulc i Jan Karandziej. Aktywna w WZZ była Anna Walentynowicz, robotnica, która o sprawy robotnicze upominała się od lat 50, działając jeszcze w ZMP. Jej losy, niczym filmowego Mateusza Birkuta („Człowiek z marmuru”), były typowe i symboliczne dla pokolenia młodych robotników lat 50. oraz Joanna Duda-Gwiazda i pielęgniarka Alina Pienkowska, żona Bogdana Borusewicza.

Służby specjalne próbowały infiltrować środowisko. Uplasowały w ich ścisłym gronie inicjatorów powołania WZZ agenta ps. „Leszek”, czyli Edwina Myszka, byłego studenta seminarium duchownego, który został pozyskany przez SB. Deklarację WZZ podpisali Andrzej Gwiazda, Krzysztof Wyszkowski i Antoni Sokołowski, który jednak, pod naciskiem dyrekcji stoczni, w trudnych rodzinnych warunkach, przystał na wypłatę gratyfikacji i wycofał nazwisko z deklaracji. Sokołowski, wykluczony z grona kolegów, poddany presji służb, zmarł młodo. To na jego miejsce wszedł Myszk, który był też w redakcji „Robotnika Wybrzeża”, ukazującego się od sierpnia 1978 r. Myszk nie zdołał doprowadzić do rozłamu wśród członków WZZ.

Bunt

Niezależna od Centralnej Rady Związków Zawodowych i PZPR robotnicza organizacja pokazała, iż system realnego socjalizmu jest w rzeczywistości antypracowniczy.
– Celem Wolnych Związków Zawodowych jest organizacja obrony interesów ekonomicznych, prawnych i humanitarnych pracowników. WZZ deklarują swą pomoc i opiekę wszystkim pracownikom, bez różnicy przekonań czy kwalifikacji – napisali w deklaracji założycielskiej, gdyż „społeczeństwo musi wywalczyć sobie prawo do demokratycznego kierowania swoim państwem”, a „ „autentyczne związki i stowarzyszenia społeczne mogą uratować państwo, bo tylko przez demokratyzację prowadzi droga do scalenia interesów i woli obywateli z interesem i siłą państwa”.

Robotniczy odruch protestu nałożył się na początek ekonomicznego kryzysu. „Polska rosnąca w siłę” dostała zadyszki, a ludziom nie żyło się już dostatniej. Kryzys wkroczył w fazę, w której codziennością stały się kolejki przed i w sklepach. Po proteście robotniczym 1976 r. przyszedł kolejny dowód na niewydolność systemu – „zima stulecia” z 1978/79 r., gdy mróz i intensywne opady śniegu sparaliżowały kraj.

WZZ stały się początkiem budowania alternatywnego wobec PRL porządku.

Osiem lat później ten zrodzony z proletariackiego, syndykalistycznego buntu ruch przekształcił się w swej części w owładnięty złudzeniami liberalizmu obóz władzy, pozostawiając swych promotorów w robotniczych kombinezonach stoczniowców, górników i hutników, na marginesie transformacji.

Nim do tego doszło robotnicy wsparci przez kilku inteligentów, jak Gwiazda i Lech Kaczyński, próbowali podjąć działania, które doprowadziłyby do rzeczywistego ich wpływu na pracowniczą dolę.

Impuls przyszedł z Górnego Śląska. Kazimierz Świtoń 23 lutego 1978 r. w Katowicach założył WZZ, wraz z Romanem Kściuczką i kilkoma innymi osobami. Jednak operacje dezintegrujące SB doprowadziły do zakończenia działalności WZZ na Śląsku.

Świtoń działał następnie w MKZ. W czasie  stanu wojennego był internowany, a w 1983 na krótko aresztowany po próbie wstawienia tablicy upamiętniającej poległych górników na KWK Wujek.

Grudzień

Źródła tego buntu tkwią w Grudniu 1970. To była niezabliźniona rana, zadra tkwiąca w robotniczym sercu. Niektórzy Polacy przekonali się wtedy, że system PRL, z nazwy robotniczo-chłopski, jest fikcją. Inni, wierząc Gierkowi, wstępowali ochoczo do PZPR.

Od 1978 roku obchody rocznicy Grudnia’70 organizowały Wolne Związki Zawodowe „Wybrzeża” m.in. Anna Walentynowicz, Andrzej Gwiazda, Lech Wałęsa, Henryk Lenarciak. Dariusz Kobzdej z RMP i współpracujący z KSS KOR Bogdan Borusewicz.

18 grudnia 1979 roku przed stoczniową bramą zebrało się, mimo prewencyjnych aresztowań, według raportów SB blisko trzy tysiące demonstrantów.
– Kolejny już raz spotykamy się pod bramą numer 2 by uczcić rocznicę tragedii Grudnia. Nie czynimy tego w imię nienawiści Celem naszym jest spokojne, poważne i godne uczczenie pamięci ludzi, którzy polegli w obronie swych praw, swojej godności, konsekwentnie bronili praw i godności nas wszystkich, całego polskiego społeczeństwa. Grudzień pokazał oblicze władzy komunistycznej, jej bezwzględność, nie wahającą się przed przelaniem polskiej robotniczej krwi – mówił przy stoczni Dariusz Kobzdej.

– Musimy postawić pomnik. Jeśli do tego czasu nie powstanie proszę wszystkich by każdy na rocznicę przyniósł ze sobą kamień. Jeśli wszyscy przyniosą po jednym to na pewno zbudujemy pomnik – apelował tego dnia Lech Wałęsa.

Los wyklętych

W WZZ-ach splotły się też losy młodych buntowników z losami dawnych „wyklętych”, jak Jan Zapolnik, działacz ROPCiO, WZZ Wybrzeża i NSZZ „Solidarność”. Na Podlasiu podczas II wojny światowej był żołnierzem AK, w latach 1946-1947 w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość. Po wojnie „zadekował się” na Śląsku, ale z obawy przed represjami przeprowadził się na Wybrzeże. Współpracował m.in. z Andrzejem Czumą i Emilem Morgiewiczem. Był kolporterem i drukarzem ROPCiO, w tym pisma „Ruch Związkowy” (we współpracy ze Świtoniem). Internowany w Iławie, według metod z „psychuszek” został w 1982 r. umieszczony na specjalnym oddziale psychiatrii w szpitalu w Starogardzie Gd.

Robotnik

Wolne Związki Zawodowe, działając niezależnie od struktur państwa, stawały w obronie praw obywatelskich. Wydawały biuletyn „Robotnik Wybrzeża”, nawiązujący tytułem do pisma PPS oraz biuletynu KSS KOR (z lat 1977-81). Pierwszy numer ukazał się 1 sierpnia 1978.

W PRL istnieją potężne związki zawodowe zrzeszające miliony pracowników, dysponujące własną prasą, funduszami, lokalami. Mimo to co kilka lat robotnicy wychodzą na ulice i w gwałtowny sposób dopominają się o swoje prawa, narażając się na ataki MO i późniejsze represje. Nawet duże grupy pracowników w przypadku konfliktu z administracją są bezsilne i osamotnione. Sytuacja pojedynczego pracownika skrzywdzonego czy oszukanego jest jeszcze trudniejsza.

Nie stawiamy sobie celów politycznych, nie narzucamy naszym członkom, współpracownikom i sympatykom określonych poglądów politycznych i światopoglądowych, nie dążymy do objęcia władzy. Zdajemy sobie jednak spraw, że nie unikniemy zarzutu o prowadzenie działalności politycznej. Zakres spraw, które u nas traktuje się jako sprawy polityczne jest bowiem niezmiernie szeroki i obejmuje prawie wszystko z wyjątkiem wycieczek na grzyby”

Koniec mitu robola

Przez dwa lata działań WZZ widoczna jest waga, którą przywiązywali robotnicy do słowa drukowanego. Stąd i wydawane przez nich pisma, kolportaż książek wydawanych np. przez paryską „Kulturę”. Był to symptom zerwania z obrazem „robola”. Przykładem też jest wspomniany „Robotnik Wybrzeża”, którego stałymi tematami były prawa pracownicze i związkowe, treść konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczące wolności związkowej i ochrony praw pracowniczych i informacje o represjach wymierzonych w działaczy opozycyjnych.

WZZ Wybrzeża były organizacją robotniczą, inaczej niż KSS KOR, który był zdominowany przez lewicowych intelektualistów. A i sierpniowy strajk w 1980 r. nie powiódłby się, bez determinacji WZZ. Opadała już bowiem fala buntu rozpoczętego w lipcu w Lublinie, Świdniku i kilkudziesięciu strajkowych ogniskach.

– Do utworzenia wolnych związków zawodowych dążyliśmy na Wybrzeżu co najmniej kilkanaście miesięcy przed wybuchem strajków sierpniowych. Wysunięcie takiego postulatu było sprawą naturalną. Listę postulatów Stoczni im. Komuny Paryskiej układałem wspólnie z Andrzejem Butkiewiczem, kolegą z WZZ Wybrzeża, który stworzył „Wolną Drukarnię Stoczni Gdynia”. Wcześniej przez kilka godzin przekonywałem stoczniowców do tego, co było najważniejsze, zapewnienia pracownikom niezależnej reprezentacji, która pilnowałaby przestrzegania tego, co wywalczymy. Załoga zaakceptowała, aby pierwszy postulat dotyczył wolnych, niezależnych od władzy związków zawodowych – wspominał w rozmowie z Magazynem Solidarność Andrzej Kołodziej.

Później większość splendorów przypadła Lechowi Wałęsie, który za sprawą Bogdana Borusewicza stanął na czele MKS. Wałęsa, podobnie jak Borusewicz, nie pracował w 1980 r., w Stoczni im. Lenina (od 1976 roku).

Kiedy stocznia stanęła skala protestu niemal wszystkich zaskoczyła. Socjalizm na kremlowską modę zachwiał się przez bunt proletariatu.

– „Radzieccy” podobno pod koniec lat 70. ostrzegali Warszawę, że tutaj służby zajmują się kanapową opozycją, a rośnie im ruch robotniczy i niezależne związki, pod ich nosem. Wiedzieli, czym jest proletariacki bunt i jakie może mieć skutki. Oni akurat dobrze wiedzieli – powiedział nam Andrzej Gwiazda w sierpniu ub.r., przed kolejną rocznicą Sierpnia.

Artur S. Górski

 

(tekst ukaże się w majowym numerze Magazynu Solidarność)

Download PDF
Powrót Drukuj stronę