Wśród chrześcijańskich uchodźców

O sytuacji chrześcijan na terenie Iraku pisze Maria Giedz, która w marcu odwiedziła obozy uchodźców z terenów zajętych przez Państwo Islamskie.

Zdjęcia: Maria Giedz

 

Jeszcze rok temu w rejonie Niniwa (nazwa wzięła się od starożytnego miasta w Mezopotamii, dzisiaj lewobrzeżnej dzielnicy Mosulu), jednej z części Iraku ze stolicą w Mosulu, mieszkało 250 tysięcy chrześcijan. Obecnie nie ma tam ani jednego chrześcijanina, a starożytne zabytki zamieniły się w stertę gruzu. Większość tych chrześcijan uciekła na północ Iraku, do Kurdystanu (oficjalnie Region Kurdystanu, czyli kurdyjska autonomia w Iraku).

– W Berseve (kurdyjskiej wsi niedaleko granicy z Turcją) przebywam wraz z matką i siostrą od ośmiu miesięcy – mówi Ghazwan, do niedawna mieszkaniec Mosulu. – Tu, w Kurdystanie, czujemy się bezpiecznie. Ksiądz pozwolił nam zamieszkać w przykościelnej szkole.

Ghazwan mówi dobrze po angielsku. Jest człowiekiem wykształconym. W Mosulu pracował w departamencie elektryczności. Jest chaldejczykiem, czyli katolikiem obrządku wschodniego. W jego kościele liturgię odprawiano w języku syriańskim. Rodzinny dom musiał opuścić, kiedy Mosul opanowali dżihadyści z Państwa Islamskiego. Miał na to dwa dni – to i tak dużo w porównaniu do innych. Dżihadyści dali mu trzy możliwości: konwersja na islam, płacenie haraczu lub śmierć. Chciał wybrać płacenie haraczu, ale jego oszczędności w wysokości 80 tysięcy dolarów (niestety, trzymane w domu, bo w Iraku dawniej nie było banków – islam zabrania pożyczki na procent, a kiedy się pojawiły, to nikt nie wiedział, że można tam składać oszczędności) zabrali dżihadyści. Teraz jest człowiekiem biednym, bez pracy, gnieżdżącym się w małej salce katechetycznej.

– Myślimy tylko o emigracji, zarówno ja, jak i pozostałe dziesięć rodzin mieszkających obok nas na terenie tej szkoły – kontynuuje Ghazwan. – W Iraku nie ma dla nas przyszłości. W Kurdystanie na razie jest bezpiecznie, ale jeśli coś się stanie z Masudem Barzanim – niemłodym już prezydentem Regionu Kurdystanu – to my pójdziemy pierwsi pod nóż tych islamskich bandytów. Nawet jeśli Kurdowie nas obronią, to i tak do Mosulu nie wrócimy, bo Mosul nigdy nie będzie kurdyjski, więc lepiej szukać nowego domu gdzieś daleko od terenów wojny.

Chrześcijanie nie chcą mieszkać w obozach dla uchodźców, bo tam są również Arabowie, a tym w ogóle nie wierzą, nawet gdy los doświadczył ich tak samo. Dla nich Arab muzułmanin to zupełnie inna nacja niż Arab chrześcijanin. Tak nie lubią Arabów, że nie przyznają się do swojego pochodzenia, a wręcz mówią, że przynależą do narodu chrześcijańskiego.

Z pomieszczenia zajmowanego przez rodzinę Ghazwana wyciąga mnie starsza kobieta, Sara Selim. Zaczyna krzyczeć: – Popatrz na nas, jesteśmy chorzy na da’ish (nazwa Państwa Islamskiego w wersji arabskiej). – Zabijają nas, ścinają nam głowy, zabijają nas za Chrystusa. Mój mąż jest bez pieniędzy, bez pracy. Mieszkaliśmy w Bagdadzie. W nocy przyszła policja, zabrała pieniądze, nawet obrączki, i kazała nam wynosić się do Mosulu. A tam ci nowi krzyczeli: „Ramadan, ramadan, trzeba się dzielić z ubogimi, oddajcie wszystko”. Nie mieliśmy już nic, poza córką w ciąży. Teraz nie mamy domu, nie mamy gdzie się podziać.

Co rodzina to inna tragedia. W kolejnym pomieszczeniu leży obłożnie chory starszy mężczyzna, obok niego z obłędem w oczach młoda dziewczyna, między nimi kręci się dwójka dzieci. Podchodzi ojciec z dziewczynką i wskazuje na jej ucho. – Ci z da’ish tak są pazerni, że wyrwali mojej córce z uszu złote kolczyki. Oni nie walczą o islam, o religię, oni grabią i niszczą.

Jedni pokazują zrobione telefonem komórkowym zdjęcia ich zburzonych domów, inni milczą. Ktoś ze zgromadzonych wokół mnie osób mówi: – Bóg nie zapomni o nas, wierzymy, że nam pomoże, widać każe nam iść tą samą drogą, jaką pokonywał Chrystus, wnosząc krzyż na Golgotę. Tylko że On jest Bogiem, a my tylko ludźmi. Jemu chyba było łatwiej.

Ojciec Jamal, chaldejski duchowny z Berseve, twierdzi, że ci przybysze, głównie chaldejczycy z Mosulu, są mile widziani w ich wiosce, chociaż wieś nie jest duża (łącznie z przysiółkami mieszka tam 4,8 tysiąca osób, w tym muzułmanie, Asyryjczycy i chaldejczycy). Mówi: – Nie wyrzucimy ich, musimy zrobić im miejsce. Są w bardzo trudnej sytuacji i wiem, że na długo tu zostaną, bo gdzie pójdą? Niektórzy z nich przenieśli się do Turcji, ale wrócili, bo tam ich nikt nie chce. Tu są ich korzenie. Tu są bardzo dobre relacje z Kurdami muzułmanami. Tu mają szansę żyć w zgodzie z Bogiem i ludźmi. Nigdzie lepszego miejsca nie znajdą.

Download PDF
Powrót Drukuj stronę