Wojciech Książek: Bywały sprawy, gdzie mieliśmy różne zdania. Ale taka jest natura demokracji…

Wojciech Książek, lider oświatowej „S” składając kondolencje na ręce wiceprezydenta Gdańska Piotra Kowalczuka przekazał też treść wywiadu, który w 2006 r. udzielił ś.p. Paweł Adamowicz w publikacji „W drodze do wolnej Polski – wywiady z uczestnikami strajków z 1988 roku na Wybrzeżu”.  

Jesteśmy zszokowani tragiczną śmiercią ś.p. Pawła Adamowicza, prezydenta Gdańska. Proszę przyjąć, a zarazem przekazać współpracownikom, kondolencje od ludzie „Solidarności” oświatowej w Regionie Gdańskim. Bywały sprawy, gdzie mieliśmy różne zdania, dochodzenie do kompromisu nie było łatwe. Ale taka jest natura demokracji, respektowanie decyzji wyborczych. Ten okrutny, bezsensowny mord, bo tak trzeba go nazwać, oby był także wskazaniem dla przekazu edukacyjnego, wychowawczego w szkołach – napisał Wojciech Książek, przewodniczący Rady Międzyregionalnej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Jako rodzaj pamiątki po zmarłym prezydencie Gdańska przekazał też w załączeniu treść wywiadu, który w 2006 roku udzielił Paweł Adamowicz do publikacji „W drodze do wolnej Polski – wywiady z uczestnikami strajków z 1988 roku na Wybrzeżu”. Paweł Adamowicz był bowiem był przewodniczącym strajku na Uniwersytecie Gdańskim na początku maja 1988 roku.

- Jak mówił w wywiadzie ś.p. Paweł Adamowicz: „Nie mieliśmy odpowiedniego nagłośnienia. Stąd nie zapomnę, że przemawiając, musiałem z całych sił krzyczeć do zgromadzonych na korytarzu Wydziału Humanistycznego, czy później na dziedzińcu przed wydziałem. I szybko straciłem głos”. Żal, że teraz już na zawsze – dodaje Wojciech Książek.

mlodziez pyta - okladka

(Fragment książki „W drodze do wolnej Polski, młodzież pyta o strajki 1988 roku”, Gdańsk, 2006 r. Książkę wydała Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ ”Solidarność” Regionu Gdańskiego.

Jakie były przyczyny strajku na Uniwersytecie Gdańskim w 1988 roku?

Paweł Adamowicz: Strajk na Uniwersytecie Gdańskim był bezpośrednią odpowiedzią aktywnych studentów na strajk w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Wiedzieliśmy o przygotowaniach do strajku w stoczni i byliśmy przekonani, że tym razem studenci powinni zastrajkować, popierając strajkujących w stoczni. Miał to być gest solidarności ze stoczniowcami i wyraz poparcia dla ich głównego postulatu, czyli legalizacji NSZZ „Solidarność”. Oczywiście mieliśmy też swoje własne postulaty studenckie, jak na przykład żądanie przywrócenia samorządności studenckiej, która została zlikwidowana na uczelni po 1985 roku. Mieliśmy również inne postulaty, ale dla nas najważniejsze były postulaty polityczne. Wraz z grupą zaangażowanych politycznie studentów, wśród których byli działacze Niezależnego Zrzeszenia Studentów czy Ruchu Młodej Polski, uzgodniliśmy, że strajk rozpoczniemy 2 maja. I tak się stało.

Jak długo trwał strajk?

PA: Strajk trwał…. teraz dokładnie nie pamiętam, ale kilka dni i po tym czasie został zawieszony. Był to najdłuższy strajk studencki w Polsce po 13 grudnia 1981 roku. Krócej trwały strajki np. na Politechnice Gdańskiej czy na Uniwersytecie Warszawskim. Nasz strajk trwał kilka dni i ja byłem przewodniczącym komitetu strajkowego. W jego skład wchodzili też Przemysław Gosiewski, wówczas student prawa (podobnie jak ja), a obecnie kandydat na ministra obrony narodowej, Mariusz Popielarz, student politologii, dzisiaj kierownik stadionu Lechii Gdańsk. W komitecie strajkowym znaleźli się ponadto Anna Galus, studentka prawa oraz Andrzej Sosnowski, z Wydziału Ekonomiki Transportu, dzisiaj szef Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej im. Stefczyka z siedzibą w Gdyni. Na spotkaniu na ówczesnym Wydziale Humanistycznym, w gronie kilkudziesięciu studentów i kilku pracowników nauki, zostałem wybrany na przewodniczącego komitetu strajkowego. Byłem wówczas na IV roku prawa, podobnie jak inni członkowie komitetu. Jedynie Gosiewski był chyba rok niżej. Zaryzykowałbym też stwierdzenie, że to studenci prawa stanowili siłę napędową strajku i stali na jego czele. Strajk miał charakter okupacyjny i odbywał się na Wydziale Humanistycznym. W tym czasie większość studentów zbojkotowała zajęcia, czyli w sposób bierny poparła strajk, ale też spora ich grupa czynnie włączyła się do strajku i przebywała w dzień i w noc na terenie wydziału przy ul. Wita Stwosza.

Co zmieniłby Pan w organizacji strajku z obecnej perspektywy?

PA: Interesujące pytanie. Może jako ciekawostkę powiem, że po zakończeniu strajku, wraz z dwoma kolegami, sporządziliśmy instrukcję strajkową, bowiem nie przewidywaliśmy, że komuna tak szybko upadnie i byliśmy przekonani, że za jakiś czas trzeba będzie znowu organizować strajk. Rzeczywiście taka instrukcja powstała i gdzieś pod dywanem ją chowałem. Zresztą później nigdy nie musiałem jej wykorzystać. Patrząc z dzisiejszej perspektywy zmieniłbym kilka rzeczy. Wówczas na strajk szliśmy bez pełnego zabezpieczenia jeśli chodzi o poligrafię. Nie mieliśmy odpowiedniego nagłośnienia. Stąd nie zapomnę, że przemawiając, musiałem z całych sił krzyczeć do zgromadzonych na korytarzu Wydziału Humanistycznego, czy później na dziedzińcu przed wydziałem. I szybko straciłem głos. Nie mieliśmy też przygotowanej odpowiedniej ilości ulotek. Strajk był połączeniem organizacji i spontaniczności. Inna rzecz to fakt, że dopiero w trakcie strajku uświadomiliśmy sobie, że trzeba studentom dać jakieś zajęcie. Stąd pomysł zaproszenia różnych ludzi, którzy mieli wypełnić czas strajkującym – zaprosiliśmy profesorów i ludzi z zewnątrz, którzy wygłaszali prelekcje z historii i polityki (jak prof. Moszyński, który jako zostawał z nami na noc), byli też goście, którzy grali na gitarach. W naszym zamierzeniu strajk miał być też doświadczeniem intelektualnym, a nie jedynie emocjonalnym. Myślę że dzisiaj mógłbym nawet napisać podręcznik „Jak organizować strajk”.

Czy z obecnej perspektywy żałuje Pan tamtych działań?

PA: Nie, w żadnym wypadku nie żałuję. Jedna decyzja, bardzo trudna decyzja, została podjęta przez cały komitet strajkowy, za której odpowiedzialność spada na przewodniczącego, to oczywiście zawieszenie strajku. To była sobota, 7 lub 8 maja, kiedy dowiedzieliśmy się o rozbiciu przez ZOMO strajku hutników w Nowej Hucie w Krakowie. Kiedy ta informacja się rozeszła wśród studentów, wielu z nich opuściło gmach Wydziału Humanistycznego. Prawdopodobnie przestraszyli się, że teraz przyjdzie kolej na Uniwersytet Gdański, bo i taka plotka zaczęła krążyć. Zresztą tak sugerował, w rozmowie z ówczesnym biskupem gdańskim, księdzem biskupem Tadeuszem Gocłowskim, ówczesny szef wojewódzkiego urzędu spraw wewnętrznych, gen. Andrzejewski, który po prostu straszył. Jednym słowem studenci zaczęli odpływać. W szczytowym okresie strajku, na Wydziale Humanistycznym przebywało do 5 tysięcy strajkujących. Na noc zostawało nas kilkuset, no może tysiąc. Zdawałem sobie oczywiście sprawę z tego faktu i dyskutowaliśmy w komitecie strajkowym, ale nie tylko, czy mamy strajk prowadzić nawet jak zostanie nas garstka. Chodziło też o to, żeby uczestnicy strajku nie mieli poczucia porażki. Już wówczas, kiedy strajk dogasał, zdaliśmy sobie sprawę, że to jest dopiero początek, uwertura pewnych zmian, które nastąpią w Polsce. Tak to czuliśmy. Oczywiście nie przewidywaliśmy, że już za chwilę, niemalże dokładnie za rok, będą wybory do Sejmu i Senatu. Wybory do Sejmu kontraktowego, półdemokratyczne, ale jednak! Pamiętam, że wiosną 1988 roku mieliśmy poczucie schyłkowości. Oczywiście schyłek może trwać długo, ale czuliśmy, że następuje jakieś przyspieszenie polityczne. Strajk 1988 roku odbył się rok po wizycie papieża. To nie było bez znaczenia. Wielu uczestników strajku, moje koleżanki i koledzy, byli w studenckiej straży papieskiej, w takim studenckim Semper Fidelis. Odpowiadali oni m.in. za porządek w czasie spotkania na Westerplatte, czyli przeszli pewien tryb organizacyjny i posiedli pewne doświadczenie. Uznałem, że należy im zaoszczędzić smaku porażki. Wiedziałem, że wielu studentów po prostu się boi i nie należy, że tak powiem, „przegrzewać” sytuacji. Nie należy doprowadzać też do takiej sytuacji, że zostaniemy w budynku w 20 osób czy nawet w 100, co opinia publiczna odbierze jako naszą porażkę. W związku z tym uznałem, że lepiej zrobić taktyczny krok w tył, czyli zawiesić strajk, podkreślam – zawiesić, nie zakończyć. Ważne było, żebyśmy wszyscy razem wyszli, wspólnie dając świadectwo naszej determinacji. Po niedzieli mieliśmy dalej zadecydować o ewentualnym wznowieniu strajku lub o podjęciu innych działań. Strajk nie został wznowiony, natomiast komitet strajkowy przekształcił się w studencką grupę negocjacyjną i to był ewenement w skali całej Polski. Nie zeszliśmy ze sceny, i de facto, ja oraz Sosnowski (który trochę później się wycofał) negocjowaliśmy sprawy studenckie z ówczesnym rektorem, profesorem Jackowiakiem. Rektor rozmawiał z nami bardzo poważnie, solidnie można powiedzieć. Po strajku i po tych rozmowach na UG pojawiły się stoliki, przy których zbieraliśmy podpisy pod petycjami o legalizację „Solidarności”, zaczęliśmy oficjalnie rozprowadzać „bibułę”, chociaż w dalszym ciągu było to nielegalne – tym samym wyszliśmy z podziemia. Rektor „przymknął oko” na naszą działalność, esbecja też już niewiele mogła, ludzie poczuli się odważni i myślę, że z perspektywy czasu decyzja o zawieszeniu strajku była dobra. Gdyby strajk został spacyfikowany, to pewnie dzisiaj bylibyśmy bohaterami, których pobiła milicja i tak dalej. A przecież nie o to chodzi – chodzi o skuteczność, a nie o bycie ofiarą. Zresztą wielu uczestników strajku majowego na uczelni, wielu studentów, znalazło się wśród wspierających strajki sierpniowe w 1988 roku w stoczniach: Gdańskiej, Północnej czy Remontowej. Wielu strajkujących w maju 1988 roku na UG zasiliło Komitety Obywatelskie, zaangażowało się w wybory do Sejmu i Senatu. Proszę spojrzeć – pan Gosiewski jest kandydatem na ministra, pan Sosnowski jest szefem gdyńskiego SKOK-u, pan Popielarz jest szefem stadionu Lechii, pani Galus (dzisiaj Czerwonka) pracuje w Komisji Krajowej „Solidarności”, a ja…

- A Pan jest prezydentem miasta!

- no właśnie.

Jaka była atmosfera wśród strajkujących studentów?

PA: Do momentu rozbicia strajku w Nowej Hucie atmosfera była bardzo dobra, taka trochę piknikowa. Rzeczywiście ludzie nie czuli zagrożenia – grali, śpiewali, spotykali się, dyskutowali. Przychodzili studenci z innych uczelni, np. z Akademii Medycznej czy z Akademii Sztuk Pięknych. Tam strajku nie rozpoczęli, więc przychodzili i nam pomagali np. malując transparenty. Przychodzili też mieszkańcy okolicznych domów i przynosili nam chleb, bo trzeba przecież było wyżywić strajkujących. Barek na wydziale był nieczynny, tak że cała aprowizacja spoczęła na barkach dziewcząt i chłopców. Politechnika Gdańska, jak wspomniałem już, strajkowała krócej. Próbowaliśmy strajk na Politechnice podtrzymać poprzez tak zwanych „spadochroniarzy”, czyli ekipę odpowiednio wyposażoną w tuby nagłaśniające i ludzi o odpowiednich predyspozycjach przywódczych. Szli na Politechnikę i tam zagrzewali do strajku, i do jego utrzymania. Niestety to się nie powiodło. Atmosfera u nas była w gruncie rzeczy bardzo dobra – były wykłady, codziennie wieczorem odbywały się też msze święte, odprawiane przez ojca dominikanina Pasiemskiego (dzisiaj pracownika radia watykańskiego w Rzymie). W ogóle dominikanie bardzo mocno nas wspierali. Biskup Gocłowski odwiedził nas raz czy dwa, tak że opiekę duszpasterską mieliśmy na najwyższym poziomie. Natomiast już po rozbiciu strajku w Nowej Hucie ta atmosfera stała się nerwowa. Pamiętam jak co chwila jacyś studenci przychodzili do mnie i mówili: Paweł czy panie przewodniczący, przepraszamy, ale wiesz, nie mamy czasu, albo: boimy się. Niektórzy mówili szczerze, że się boją, uciekają, a inni z kolei konfabulowali, ale to było bardzo sympatyczne – przychodzili do mnie bezpośrednio, nie wszyscy, rzecz jasna, ale bardzo wielu usprawiedliwiało się. Atmosfera stawała się coraz bardziej nerwowa. Oczywiście wśród strajkujących byli przeciwnicy przerwania czy zawieszenia strajku. Głównie byli to działacze anarchistyczni z Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego czy działacze Federacji Młodzieży Walczącej. Postanowiliśmy urządzić głosowanie. Odbyło się ono w największej auli Wydziału Humanistycznego, gdzie zebrało się kilka tysięcy studentów i w głosowaniu, nazwijmy go sondażowym, większość opowiedziała się za zawieszeniem strajku. Pamiętam jak Marek Wałuszko, obecnie redaktor oddziału gdańskiego telewizji polskiej był zdecydowanie przeciwny zawieszeniu strajku. Było to zrozumiałe, gdyż jego ojciec był pracownikiem Stoczni Gdańskiej. Ja bardzo przeżyłem decyzję o zawieszeniu strajku. Jak to bywa często przy podejmowaniu decyzji człowiek pozostaje sam. Wszyscy gdzieś się rozpierzchli. Popielarz był w Stoczni Gdańskiej, Gosiewski i Sosnowski gdzieś zniknęli, jedynie Galus została. Ale generalnie wszystko dobrze się skończyło.

 Jakie są inne pańskie refleksje związane z sytuacją w Polsce w latach 80-tych i obecnie?

PA: Zanim odpowiem na pańskie pytanie, chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Po latach, już jako prorektor ds. studenckich (pełniłem tę funkcję w latach 1990-1993), spotykałem często studentów, którzy w 1988 roku byli na I, II roku studiów (chociaż wśród uczestników strajku dominowali studenci z II, III czy IV roku). Byli bardzo wdzięczni i zadowoleni, że mogli wziąć udział w strajku, bo jak mówił kiedyś Zbigniew Bujak, w Gdańsku była to ostatnia okazja żeby przeżyć coś wielkiego i nielegalnego. Kilku wspomniało nawet, że zostało ojcami. Tak, tak, tak! Już nie dopytywałem się o szczegóły. Wiadomo, że ci, którzy nie odpowiadają za przebieg strajku, a w nim uczestniczą, też ponoszą relatywnie mniejsze ryzyko, ale emocje temu towarzyszące są niezwykle silne. Jednakże w strajku dominowała grupa właśnie środkowa. „Pierwszaków”, że użyję tego określenia, było najmniej. Pewnie grał tutaj rolę czynnik strachu, ale mało też było ludzi z V roku studiów. Pewnie dlatego, że już mniej czuli się związani z uczelnią. Pamiętam, że wtedy miałem zdawać egzamin, a właściwie pierwszą część egzaminu z „wojska” (cos na kształt przysposobienia obronnego), w budynku na ul. Hallera (wówczas Dzierżyńskiego). Oczywiście nie poszedłem, obawiając się aresztowania lub zatrzymania przez milicję. Przebywałem wtedy non stop tylko na uczelni i do domu oczywiście nikt z nas nie wyjeżdżał. W dniu, kiedy strajk się rozpoczął, moich rodziców i brata nie było w domu, wyjechali na Śląsk Cieszyński. Było to może okolicznością dobrą, bo rodzice się nie denerwowali i dowiedzieli dopiero z Wolnej Europy, że ich syn stanął na czele strajku. Natomiast co do pytania o lata 80-te. Największa aktywność podziemna to bez wątpienia lata 1982 – 1983. Później aktywność opozycji słabnie. Ludzie odmawiali udostępniania mieszkań w celu przechowywania „bibuły”, bardziej się bali. Należałem oczywiście do tych, którzy jak „ostatni Mohikanin”, walczyli by, ale zaangażowanie w działalność nielegalną, opozycyjną zdecydowanie malało. Później, w drugiej połowie lat 80-tych, zaczęły się pierwsze próby wychodzenia na powierzchnię, czyli podejmowanie jakichś prób spotkań w miejscach publicznych, nie tylko w kościołach, ale tez na uniwersytecie. Tworzyły się jakieś kluby dyskusyjne – taka praca samokształceniowa. Było to bardzo ważne. W Gdańsku aktywne w tym względzie były dwa środowiska. Pierwsze z nich związane było z „Przeglądem Politycznym”: Tusk, Kaczyński, Lewandowski, Bielecki i wielu innych. Spotkania odbywały się w domach prywatnych. Pamiętam, że jedno z takich spotkań odbyło się w Sopocie, w dużej kamienicy. Donald Tusk dyskutował z Lechem Kaczyńskim na tematy związane z wolnością, gospodarką czy prawami pracowniczymi. To były bardzo dobre czasy z punktu widzenia rozwoju intelektualnego. Czytałem wtedy mnóstwo książek. Szczególnie na czasie były wówczas książki o kapitalizmie, liberalizmie, konserwatyzmie. Odkrywaliśmy, co to znaczy wolny rynek. Przechodziliśmy szybki proces dekomunizacji. Powiedzmy sobie szczerze: na początku lat 80-tych mało kto interesował się ekonomią, gospodarką. Dopiero w połowie lat 80-tych w podziemiu rzeczywiście zaczęto dyskutować na tematy gospodarcze. Były to trochę ćwiczenia teoretyczne, bo wokół panował komunizm z jego ułomną gospodarką.

Drugie środowisko, to było środowisko „Polityki Polskiej”, czyli kontynuacja Ruchu Młodej Polski: Hall, Grzelak, Grzywaczewski, Rybiccy, ale także Marek Jurek z Poznania czy Tomasz Wołek z Warszawy. Wydawali bardzo dobry periodyk, na bardzo wysokim poziomie, podobnie jak i „Przegląd Polityczny”. Później częściowo środowisko „Polityki Polskiej” zasiliło szeregi Zjednoczenia Chrześcijańsko – Narodowego, część udzielała się we „Frakcji Prawicy Demokratycznej”, która później stworzyła Unię Demokratyczną. Inni współtworzyli Kongres Liberalno-Demokratyczny. Później była Partia Konserwatywna, Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, a dzisiaj bardzo wielu z nich jest w szeregach Platformy Obywatelskiej, podobnie jak i ze środowiska „Przeglądu Politycznego”. Wtedy poznałem bardzo wielu ludzi, choćby Płażyńskiego, Tuska, Kozłowskiego czy Grzywaczewskiego, słowem wielu wartościowych ludzi i bardzo sobie to cenię.

Rozmawiał: Przemysław Derengowski – stypendysta Funduszu Stypendialnego NSZZ „Solidarność” w Gdańsku

 

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę