Więcej związkowego entuzjazmu

Rozmowa z Andrzejem Kościkiem, przewodniczącym XVI Walnego Zebrania Delegatów NSZZ „Solidarność” Regionu Gdańskiego

andrzej_koscik 

 

Z Gdyni do Gdańska

– Tegoroczne Walne Zebranie Delegatów NSZZ „Solidarność” Regionu Gdańskiego to już kolejny regionalny zjazd, który prowadzisz. Przez lata przewodniczyłeś również krajowym zjazdom naszego Związku. Zacznijmy jednak od początku: od kiedy jesteś związany z „Solidarnością”?

– Od sierpnia 1980 roku. Kiedy skończyłem studia w Wyższej Szkole Morskiej i obroniłem pracę magisterską na Wydziale Mechanicznym, zgłosił się do mnie kolega, który był działaczem Ruchu Młodej Polski, Stanisław Czerwiński. Niestety, on już nie żyje. Razem z nim i kolegami z Wydziału Mechanicznego: Jarkiem i Januszem jeszcze przed 1980 rokiem zajmowaliśmy się kolportażem różnych wydawnictw opozycyjnych: pisma Ruchu Młodej Polski „Bratniak”, czasopism, na przykład „Głos”, publikacji Konfederacji Polski Niepodległej, Komitetu Obrony Robotników, Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, WZZ, publikacji Kuronia, Michnika, Dorna, książek, na przykład „Wrzesień 1939” czy Miłosza – kolportowaliśmy cały wachlarz wydawnictw ówczesnej opozycji demokratycznej. Jak się zaczęły strajki w sierpniu 1980 roku, to było naturalne, że poszukiwałem kontaktu, aby włączyć się i wspomóc strajkujących. To właśnie Stasiu, mój nieodżałowany kolega, zaproponował mi zajęcie się kolportażem i doprowadził mnie do strajkujących, wówczas dzięki poręczeniu Stasia przepustkę komitetu strajkowego otrzymałem z polecenia Arkadiusza Rybickiego i Macieja Grzywaczewskiego. Wraz innymi kolporterami otrzymałem zadanie przewożenia różnych materiałów, ulotek ze strajkującej Stoczni Gdynia do strajkującej Stoczni Gdańskiej. Mało kto wówczas wiedział, że w Stoczni Gdynia była bardzo dobra drukarnia o dużej wydajności. I tak codziennie, dla niepoznaki o różnych porach dnia, w trakcie strajku, wraz z innymi kolporterami, woziłem w plecaku, udając turystę, te ulotki do Stoczni Gdańskiej.

 

– Kiedy zostałeś członkiem NSZZ „Solidarność”?

– Zakończenie strajku zastało mnie w drodze pomiędzy stoczniami w Gdyni i w Gdańsku. Gdy przyjechałem do Stoczni Gdańskiej, to Wałęsa był już wynoszony na rękach, była wielka radość i entuzjazm, strajk się skończył. A ja zgłosiłem się do mojej firmy, do której miałem przydział – takie były czasy – każdy absolwent Wyższej Szkoły Morskiej dostawał skierowanie do pracy do konkretnego armatora. W moim przypadku były to Polskie Linie Oceaniczne. Tam zaraz na początku mojej pracy podpisałem deklarację członkowską Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Na statku z Jarkiem wydawaliśmy gazetkę o działalności opozycyjnej i pisaliśmy o prawdziwej historii Polski. Po wprowadzeniu stanu wojennego, do roku 1989, między rejsami działałem w małej grupie bardzo zaufanych ludzi, między innymi byli to mój brat Tomasz Kościk, Marek Czerwiński, śp. Waldemar Ciszyn poszukiwany listem gończym i Andrzej Friedel, który przypłacił swoją działalność wyrokiem Sądu Marynarki Wojennej trzech i pół roku więzienia za drukowanie ulotek. Inni przechowywali w piwnicach farby drukarskie, wałek, filc, plastry, matryce itp. Korzystałem z pomocy moich kolegów z klasy licealnej – Grzegorza, Michała, Piotra. Nie zostałem namierzony, bo grupa była mała, a ponadto regularnie wypływałem w rejsy, co też zapewne utrudniało pracę organom bezpieczeństwa.

 

W pudełku po butach

– W 1989 roku zacząłeś pracę w legalnych już strukturach „Solidarności”.

– Fatalne postanowienie porozumień okrągłostołowych było takie, że trzeba było na nowo zapisywać ludzi do „Solidarności”. W związku z tym, nie pytając już nikogo o zgodę, w korytarzu działu kadr Polskich Linii Oceanicznych zawiesiłem flagę „Solidarności”, postawiłem takie pudełko po butach i z Jackiem Cegielskim, pierwszym przewodniczącym NSZZ „Solidarność” PLO z 1980 roku, który miał już za sobą internowanie, zaczęliśmy zbierać deklaracje. Tylko część pracowników PLO miała odwagę je podpisać. Do końca nie było jeszcze wiadomo, jak to się dalej potoczy. Po 1989 roku, po legalizacji „Solidarności”, nie powróciłem już do pływania. Pochłonęła mnie działalność związkowa. Przewodniczącym „Solidarności” w PLO został Jacek Cegielski, a wiceprzewodniczącą ds. pracowników lądowych Sylwia Baryło-Ludwichowska.

 

– W 1981 roku do „Solidarności” należało 10 milionów osób, po 1989 roku było ich ponad 2 miliony. A jak wyglądało to w PLO?

– W 1981 roku w PLO było zatrudnionych około 10 tysięcy marynarzy i 2 tysiące pracowników lądowych i było prawie tyle samo członków „Solidarności”. W roku 1989 już, niestety, takiej liczebności nie osiągnęliśmy. I wrócę do tego, o czym już wspomniałem – nie było na pewno przypadkowe to uzgodnienie okrągłostołowe, że trzeba było ludzi jeszcze raz zapisywać do Związku. Skutek był taki, że ponownie tylko około 2 tysięcy ludzi wówczas wstąpiło w PLO do „Solidarności”. Jacek Cegielski został ponownie wybrany na przewodniczącego, ja zostałem jego zastępcą i od tamtego czasu prowadziliśmy ożywioną działalność, a nasza współpraca była bardzo owocna. Jako delegat z PLO uczestniczyłem w pierwszym po stanie wojennym zjeździe Regionu Gdańskiego.

 

Ważna jest jakość

– Od kilkunastu lat prowadzisz zjazdy regionalne i krajowe naszego Związku. Masz więc możliwość obserwowania zmian, jakie zachodzą w „Solidarności”. Jak byś je podsumował?

– Inna jest przede wszystkim liczba delegatów, co bezpośrednio związane jest z liczbą członków Związku. W 1989 roku w Regionie Gdańskim do „Solidarności” należało ponad 100 tysięcy osób, a więc liczba delegatów była większa. Widoczny był wtedy niesamowity entuzjazm i chęć działania. Wówczas trzeba było się wykazać nadzwyczajnym zaangażowaniem, no i elokwencją, aby w ogóle być dopuszczonym do działania, pracy na rzecz „Solidarności”. Natomiast teraz tamten czas już nie wróci. Teraz jest czas na większy profesjonalizm, większe zaangażowanie. Nie tyle liczba członków Związku jest ważna, ale jakość naszej działalności. Trzeba sobie zdawać sprawę, że jednak zmieniły się relacje w zakładach pracy: dzisiaj często pracodawca jest międzynarodowy, rozrzucony po całej Polsce, w związku z tym i nasza struktura musi być do tego dostosowana. Także inne są wymagania w stosunku do ludzi, którzy w imieniu „Solidarności” pełnią swoje funkcje i negocjują z pracodawcami, nie tylko polskimi, ale i zagranicznymi. Działacze związkowi nie tylko muszą się cieszyć autorytetem, moim zdaniem muszą posiadać dużą wiedzę, interdyscyplinarną, żeby móc skutecznie reprezentować pracowników.

 

– Na tegorocznym WZD Regionu Gdańskiego często padało stwierdzenie dotyczące potrzeby zawarcia układów zbiorowych pracy dla poszczególnych branż. Ty reprezentujesz marynarzy, którzy od wielu lat korzystają z dobrodziejstw ponadzakładowego układu zbiorowego pracy.

– Przypomnijmy, że to śp. Lech Kaczyński, jako profesor prawa pracy, miał wpływ na ustawodawstwo, które zaowocowało powstaniem układu zbiorowego w naszej branży, stosunkowo wąskiej, bo dotyczącej tylko marynarzy. W roku 1991 była procedowana ustawa dotycząca pracy na statkach handlowych. Była to pierwsza ustawa, która musiała zawierać wiele unormowań międzynarodowych i implementować je do prawa polskiego. I tutaj profesor Lech Kaczyński wniósł swój znaczący wkład. To była pierwsza po II wojnie światowej ustawa dotycząca marynarzy, która w sposób kompleksowy regulowała minimalne ustawowe warunki pracy i w tej ustawie znalazły się morskie zbiorowe układy pracy. Polscy marynarze chcieli pracować na rynkach zagranicznych, co wiązało się z degradacją polskich armatorów, upadkiem wielu przedsiębiorstw żeglugowych i rybackich. Polscy marynarze są bardzo dobrze wykształceni, są to absolwenci wyższych szkół morskich, są to też załogi szeregowe, z wykształceniem średnim czy zawodowym, bardzo dobrzy pracownicy. Pojawił się problem, jak regulować warunki zatrudnienia polskich pracowników u zagranicznych pracodawców. W związku z tym musieliśmy afiliować Krajową Sekcję Morską Marynarzy i Rybaków NSZZ „Solidarność” do Międzynarodowej Federacji Transportowców ITF, która już wówczas prowadziła ożywioną działalność przeciwko tanim banderom oraz w zakresie egzekwowania praw marynarzy i podpisywania układów zbiorowych pracy na statkach tanich bander.  Jacek Cegielski, wiceprzewodniczący Krajowej Sekcji Morskiej Marynarzy i Rybaków NSZZ „S”, położył tutaj największe i nieocenione wprost zasługi. My, jako afiliant ITF-u, uzyskaliśmy prawo do podpisywania takich układów zbiorowych dla polskich marynarzy z zagranicznymi pracodawcami. Ale zauważmy, że krajowe władze „Solidarności” musiały wyrazić zgodę, że jakaś jej struktura, a pamiętajmy, że jesteśmy na początku lat 90. – może podpisywać układy zbiorowe. Wtedy Lech Kaczyński był wiceprzewodniczącym „Solidarności” i on na to wyraził zgodę. On znał i rozumiał nasze specyficzne potrzeby i, jak już mówiłem, był współtwórcą prawa pracy dla nas. Zdawał sobie sprawę z tego, że układy zbiorowe to dla nas jedyne wyjście. Około 35 do 40 tysięcy polskich marynarzy dzisiaj pływa u pracodawców zagranicznych, a pod polską jurysdykcją – około 400.

To, że na tegorocznym regionalnym zjeździe pojawia się temat ponadzakładowych układów pracy cieszy. Ja ze swej strony mogę próbować pomagać.

 

– Prowadzona przez Krajową Sekcję Morską Marynarzy i Rybaków NSZZ „Solidarność” coroczna akcja, kiedy to wraz z kolegami z „Solidarności” portowców kontrolujecie statki zacumowane w polskich portach, pokazuje waszą dużą skuteczność. Pod waszym naciskiem często armatorzy podpisują układy na jednostkach, gdzie one do tej pory nie obowiązywały, czy wypłacają zaległe pensje.

– W działalności związkowej potrzebna jest determinacja i konsekwencja. Wydaje mi się, że w „Solidarności” zabrakło konsekwencji, takiej przebojowości, którą myśmy prezentowali w latach 80. Nie wiem, dlaczego nie ma tego entuzjazmu i nie chodzi mi o taki entuzjazm, w złym tego słowa znaczeniu, ale entuzjazm związkowy. Oczywiście trzeba szanować tradycje, patriotyzm i wartości chrześcijańskie – to jest fundament, o którym mówi nasz Statut. Nie wystarczy jednak tylko deklarować swoją solidarność z prześladowanymi, potrzebne jest profesjonalne konkretne działanie. W pracy związkowej potrzebna jest konsekwencja. Pracodawcy muszą wiedzieć, że walka z nami, nieprzestrzeganie zasad, odmawianie podpisywania układów zbiorowych, wyrzucanie z pracy przewodniczących czy działaczy związków, którzy ustawowo są chronieni, jest bardzo dla nich kosztowna.

 

Potrzebne są zmiany

– NSZZ „Solidarność” przez lata transformacji cały czas pod naporem liberalnych ideologii cofał się, pozwalał na ograniczenia praw związkowych. Przy obecnym układzie władzy jest szansa na odrobienie strat w tym względzie. Co twoim zdaniem należałoby zmienić w pierwszej kolejności?

– Jest wiele organizacji związkowych w małych zakładach pracy, których nie stać na prowadzenie działalności, ktoś w ich imieniu musi tę działalność prowadzić. To jednak wymaga zmiany ustawy o związkach zawodowych, tak aby struktura pozazakładowa mogła w imieniu 5, 15 czy 30 członków związku podpisać układ zbiorowy. Może to być nawet Zarząd Regionu czy branża. Nie jestem wrogiem zarządów regionów, bo zdaję sobie sprawę, że regiony mają swoją funkcję, ale również mają ją branże. Istnieje potrzeba zachęcenia pracodawców do zawierania układów zbiorowych ponadzakladowych. Konieczna zatem jest zmiana ustawy o związkach zawodowych i kodeksu pracy, żeby struktury ponadzakładowe mogły zawierać układy zbiorowe. My też musimy posprzątać na swoim związkowym podwórku i dostosować swoją strukturę do tego pracodawcy, który jest wielonarodowy, w wielu województwach. Armator pływa po całym świecie, statki buduje w Chinach, wozi towary pomiędzy zagranicznymi portami i Związek musi być do tego dostosowany. Następne wyzwanie, które stoi przed Związkiem, to pracownicy zagraniczni. Dzisiaj doświadczamy obecności naszych sąsiadów, głównie Ukraińców, którzy pracują w wielu branżach. I co na to Związek – nic?

 

– Co należałoby zrobić w tym względzie?

– Popatrzmy na doświadczenie europejskich zachodnich związków zawodowych. Oni mówią pracownikom z innych krajów: możecie pracować, ale pod warunkiem, że na tych samych warunkach – zawartych w układach zbiorowych – co nasi pracownicy. Potrzebna jest również zmiana w ustawie dotyczącej Państwowej Inspekcji Pracy. Inspektorzy PIP powinni mieć możliwość kontrolowania warunków pracy niezależnie od tego, czy pracownik jest zatrudniony na umowę o pracę, czy na umowę cywilnoprawną.

Zmian wymagają uregulowania na poziomie państwa, dlatego Komisja Krajowa powinna się wykazać większym dynamizmem. Władze krajowe naszego Związku powinny podejmować więcej działań, które są przeznaczone stricte dla pracowników. Rozumiem, że my chcemy wszystko zrobić, ale musi być większe zaufanie do poszczególnych struktur. Weźmy na przykład Sekcję Oświaty. Zgłasza jakąś uchwałę. Ja już nie dyskutuję, bo oni są specjalistami od tego, my mamy do nich pełne zaufanie. Układ ponadzakładowy – a co my mamy w naszym Statucie? Tylko za zgodą Komisji Krajowej (?), która da upoważnienie i tak dalej. Moim zdaniem to taka centralizacja, zupełnie zbędna, której i tak Komisja Krajowa nie jest w stanie wykonać. Potrzebne jest większe zaufanie do branż i regionów.

 

Rozmawiała Małgorzata Kuźma

Download PDF
Powrót Drukuj stronę