Trzeba było zmienić parlament i rząd, zmieniając filozofię podejścia do pracy i spraw społecznych

Rozmowa z KRZYSZTOFEM DOŚLĄ, przewodniczącym Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”

– Za nami podwójnie wyborczy, w Związku i w samorządzie terytorialnym, rok 2018. W wyborach związkowych utrzymuje się status quo…

– Zaczynamy nową kadencję, która najpewniej będzie trwała pięć lat. Dla niektórych komisji zakładowych zaczęła się ona już pod koniec ubiegłego roku, na poziomie szczebla podstawowego, czyli zakładów pracy. 25 października tego roku zakończył się proces wyborczy wyborem przewodniczącego Komisji Krajowej, składu Komisji Krajowej i Krajowej Komisji Rewizyjnej. Zaczynamy więc funkcjonować bez presji wyborczej. Związkowe władze funkcjonują w niemal niezmienionym składzie.

– Relacje z obozem Zjednoczonej Prawicy, mimo pewnych tarć, są poprawne?

– Będzie więc kontynuacja przyjętej przez nasz Związek strategii w relacji ze światem bieżącej polityki. Od lat dopominaliśmy się o możliwość zrzeszania się w związki zawodowe przez wszystkich świadczących pracę, bez względu na podstawę zatrudnienia, w tym i tak zwanych samozatrudnionych. To oczekiwane przez nas rozszerzenie wolności związkowych, czyli prawo koalicji nastąpi od stycznia 2019 roku. „Solidarność” broni praw do zrzeszania się…

– I czyni to skutecznie?

– Tak, niedawna nowelizacja ustawy o związkach zawodowych objęła prawem do zrzeszania się osoby, które na gruncie konstytucyjnym i prawnomiędzynarodowym są zaliczane do kategorii osób pracujących, w tym zatrudnionych na podstawie umów prawa cywilnego i samozatrudnionych. Wcześniej Trybunał Konstytucyjny potwierdził niezgodność przepisów ustawy o związkach zawodowych z konstytucją. Międzynarodowa Organizacja Pracy zobowiązała polski rząd do zmiany przepisów ustawy o związkach zawodowych. Stało się to po skutecznej skardze NSZZ „Solidarność” do Komitetu Wolności Związkowych. Trzeba było czekać siedem lat. MOP uznała wówczas skargę za zasadną, stwierdzając, że polskie przepisy ustawy o związkach zawodowych są niezgodne z konwencjami MOP o numerach 87 i 135.

– Konwencja numer 87 o wolności związkowej i ochronie praw związkowych jest szczególnie dobrze znana…

– Konwencja MOP numer 87 zafunkcjonowała w świadomości Polaków bardzo mocno w trakcie strajków roku 1980. Zatem nasza strategia będzie oparta na kontynuacji, bo też sprzyja nam polityczna koniunktura. Konsekwentne działanie „Solidarności” przynosi efekty w wymiarze ogólnopolskim. Wspomnijmy chociażby o trwających od 2012 roku protestach przeciwko wydłużeniu wieku emerytalnego. To twarda postawa związkowa i postulat powrotu do modelu 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn doprowadził najpierw do deklaracji z maja 2015 roku ze strony kandydata na prezydenta Andrzeja Dudy i jej realizacji przed rokiem. Warto teraz pochylić się nad kryterium stażowym przy prawie do przejścia na emeryturę. Przecież nie doszło do realizacji czternastego postulatu z sierpnia 1980 roku, czyli wieku dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub zaliczenia przepracowania 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek.

– A postulat wolnych sobót?

– Po 37 latach od Sierpnia musieliśmy zawalczyć, i zrobiliśmy to skutecznie, o wolne od pracy niedziele, przede wszystkim dla pracowników handlu. Na razie ograniczyliśmy pracę w niedzielę w handlu wielkopowierzchniowym. Wiem, że rynek rozmaicie reaguje, że niektórzy pracodawcy próbują wymuszać dłuższy czas pracy w soboty; tu przepisy trzeba doprecyzować. Ale podkreślam, w Sierpniu robotnicy uzyskali wszystkie wolne soboty, a po latach musieliśmy upominać się o wolne niedziele.

– Polacy pracują za dużo i za długo?

– W mijającym roku po uwzględnieniu świąt oraz weekendów pracownikom przysługiwało 116 dni wolnych od pracy. Część zatrudnionych zyskała dodatkowe wolne w niedziele, które wcześniej były dniami pracującymi. Nie dlatego, że nie chcemy pracować, ale dlatego, że pracujemy za długo. Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych społeczeństw. Krócej pracują niemal wszyscy w Europie. O Francuzach pracujących 35 godzin w tygodniu już nie wspominając.

– No właśnie. Z danych OECD wynika, że średnio 1963 godziny w roku przepracowuje statystyczny Polak (dane za 2015 rok, uwzględniające urlopy). W rankingu OECD Polska zajmuje 7. miejsce na 38 państw. Mniej od nas pracują Czesi, Słowacy, Holendrzy, Norwedzy itd.

– Czas pracy nie przekłada się na wydajność. Szwedzi postanowili wprowadzić 6-godzinny dzień pracy. Taki system się u nich sprawdza… A my musieliśmy się najpierw uporać z pracą na czarno. Przynajmniej ją ustawowo ograniczyć. Plaga zatrudniania na czarno została ograniczona przez likwidację syndromu pierwszej dniówki. Znikł zapis kodeksu pracy mówiący, że warunki umowy, warunki pracy, otrzymuje pracownik do końca pierwszego dnia. Ten zapis powodował, że setki tysięcy rodaków było tygodniami pierwszy dzień w pracy, czyli pracowali na czarno. Przed przystąpieniem do pracy pracownik ma mieć potwierdzone na piśmie warunki pracy i płacy. Nie powiodła się też w tym roku próba przeforsowania nowych kodeksów pracy, bo zawierały one rozwiązania dla pracowników niekorzystne. Dzięki „Solidarności” obóz rządzący nie zdecydował się na ich wprowadzenie.

– A co z postulatem godziwej zapłaty za wykonaną pracę?

– Zacznijmy od płacy minimalnej. Idealne byłoby zarabianie na pełnym etacie na poziomie takim, że nie trzeba się martwić, jak związać koniec z końcem. Trzeba było jednak najpierw „odgruzować” zaszłości. W 2018 roku płaca minimalna wynosi 2100 zł brutto, czyli około 1530 zł netto. Osobom pracującym na umowy o dzieło lub na umowy zleceniu nie można zapłacić za godzinę pracy mniej niż 13,70 zł. W 2019 roku stawki rosną do 2250 zł brutto, czyli około 1634 zł na rękę, a godzinowa stawka to będzie 14,70 zł. To jest jakiś postęp, ale zbyt wolno zbliżamy się do poziomu 50 procent średniego wynagrodzenia. O stawkach za naszą zachodnią granicą nie wspominając. Zniknęły ogłoszenia o ofertach pracy za 4–5 złotych za godzinę. Jak można proponować takie kwoty za wykonanie jakiejkolwiek pracy?

– Eksperci zwracają uwagę, że nie liczy się czas spędzony w pracy, ale wydajność. Koszty pracy są zbyt wysokie, jak przekonują niektórzy pracodawcy?

– Średnia stawka godzinowa oscyluje wokół 8 euro, jeśli liczymy koszt godziny pracy brutto. W Niemczech za tę samą pracę koszt godzinowy to około 27 euro. Jeśli nawet przyjmiemy, że z powodu uwarunkowań i narzędzi nasza wydajność jest o połowę niższa, to skala 1:3,5 pokazuje dystans, jaki nas dzieli od niemieckich warunków pracy i płacy. Pomijam przy tym naszą siłę nabywczą, która stanowi jedynie połowę średniej unijnej. Z wolna więc nasze postulaty są zauważane. Z wolna, bo trzeba było zmienić parlament i rząd, by cokolwiek ruszyć z miejsca, zmieniając filozofię podejścia do pracy i spraw społecznych.

– Program koalicji pod przewodnictwem PiS w pierwszej fazie zakładał pakiety socjalne. Jako że rząd nie ma swoich pieniędzy, trzeba je wypracować i ściągnąć do budżetu, cerując luki i spowalniając karuzele VAT. Wyniki są pozytywne, ale zatrudnieni w budżetówce – sfrustrowani…

– Przed nami długa droga doprowadzenia do odczuwalnego dla pracowników wzrostu wynagrodzeń w sferze budżetowej, czyli pracowników opłacanych z daniny publicznej. Pensje pracowników administracji, oświaty, służb porządkowych, pracowników opieki zdrowotnej były zamrożone. Mamy, pod naszym naciskiem, rządowe obietnice odmrożenia kwoty bazowej o poziom zakładanej inflacji. W kwestii osób wynagradzanych z podatków uczyniliśmy dopiero mały kroczek. By nadrobić zaległości, chcieliśmy 12-procentowego wzrostu, a będzie to 5–6 procent w 2019 roku. To mało!

– Rząd Mateusza Morawieckiego przyjął projekt ustawy budżetowej na rok 2019, zakładający wzrost PKB na poziomie 3,8 proc. oraz deficyt budżetu państwa na 28,5 mld zł.

– Sygnały z gospodarki są pozytywne. Raczej nie zaszkodzą im zawirowania wokół rynku finansowego. Wskaźniki makro realizacji budżetu, wzrost PKB i przychody z VAT powodują, że prognozy są dobre, a zakładany deficyt na najniższym od dekad poziomie. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zrealizować nasze minimalne oczekiwania podniesienia płac budżetówki – państwowy pracodawca nie powinien być gorszy od prywatnego…

– Wybory samorządowe w tym roku wyłoniły pracodawców dla miliona pracowników, Rzesze urzędników samorządowych, służby pomocnicze, pracownicy wydziałów, referatów i departamentów to nie wszyscy pracownicy samorządowi. Są też nimi zatrudnieni w spółkach komunalnych…

– W sektorze samorządowym pracuje blisko dwa miliony osób. Wybory więc były dla nas związkowców także istotne, gdyż to samorząd jest istotnym pracodawcą, a w wielu miejscach, gdzie obumarł przemysł, największym lub jedynym. Wybory są okazją do zmian wszędzie tam, gdzie mieszkańcy nie są zadowoleni z poczynań włodarzy lub zaangażowania radnych. Mimo że rywalizacja toczyła się między dwoma politycznymi blokami, to też swoją rolę odegrały komitety lokalne. Z niepokojem o kondycję naszej demokracji odebrałem fakty, nie nagminne, ale jednak takie były, że wyborcy wskazali na ludzi z zarzutami, a nawet oskarżonych i skazanych. To jest margines wyników, ale bardzo widoczny, za bardzo. To każe się zastanowić, czym się kierują wyborcy. Cieszy stosunkowo wysoka frekwencja, choć i tak dość niska jak na europejskie warunki.

– Dobra sytuacja gospodarki i pakiety socjalne nie dały zwycięstwa obecnej władzy…

– Kandydaci opcji rządzącej uzyskali jednak zdecydowanie większy wpływ na sejmiki wojewódzkie, dysponujące przecież pokaźnymi budżetami, i władze na szczeblu powiatu. Trzeba też pamiętać, że dobra kondycja budżetu państwa, niskie bezrobocie, wpływy z CIT, służą samorządowi, pracują na rzecz mieszkańców. W tym sensie samorząd zależy też od władzy centralnej. Od samorządu, ale i od organizacji społecznych, choćby w radach dialogu, wymagamy dopilnowania, by pieniądze były wydawane rozsądnie, by mieszkańcy mówili, że lepiej im się żyje, bo stać nas na więcej, bo dobrze zarabiamy, a nie tylko dlatego, że objęci jesteśmy jakimś programem wsparcia.

– Apartamenty na terenach postoczniowych, urzędy, pakiety pomocowe „z plusem” nie generują dochodów, a są sferą redystrybucji. Co dalej z kluczową, wydawałoby się, na Wybrzeżu gospodarką morską?

– Na Wybrzeżu, z racji położenia stoczni i portów oraz warunków, sztandarową dziedziną powinna być gospodarka morska. Tymczasem, mimo deklaracji, nie dzieje się w niej wiele. Promu Batory jak nie było, tak nie ma. Stocznia Gdańsk na razie tkwi w stagnacji, nie budujemy w Stoczni Marynarki Wojennej. Mamy czas koniunktury i wzrostu gospodarczego. Natomiast w sferze gospodarki morskiej mamy wrażenie utkwienia na kotwicy niemożności. To ona ma być motorem napędowym gospodarki Wybrzeża. Przed ćwierćwieczem niemądrze oceniono, że nim nie będzie. I od lat nie może się podnieść i płynąć jasno wytyczonym kursem.

– Nie cała gospodarka morska szoruje po dnie…

– W Gdańsku mamy Grupę Remontowa, z jedną z najlepszych stoczni remontowych świata. Zresztą wszystkie podmioty grupy sobie jakoś radzą. Ale to nie przychodzi samo. Trzeba mieć ofertę, kadry i umieć się odnaleźć na rynku. Trzeba chcieć i znać branżę, w której konieczna jest fachowa wiedza. Szkoda, że kondycja pozostałych stoczni nie jest tak dobra. Byliśmy od końca 2016 roku adresatami obietnic, a państwo polskie w tym roku poświęciło sporo środków publicznych, idących w setki milionów złotych, podejmując się zakupu od syndyka Stoczni Marynarki Wojennej poprzez PGZ czy też zakupu od ukraińskiego oligarchy udziałów większościowych w Grupie Stoczni Gdańsk. Po tych wielomilionowych operacjach oczekujemy na następny krok.

– Czyżby czas zapytać, na co i za co te pieniądze?

– W rzeczy samej wydatkowaliśmy, jako podatnicy, duże pieniądze, a nie ma rezultatów. Czas płynie. Czyżby w PGZ Stoczni Marynarki Wojennej jedyną miarą zmian miały być zwolnienia stu kilkudziesięciu pracowników? Nie taki był cel wydatkowania środków publicznych, ale jest jeszcze szansa na refleksję i na uruchomienie działalności stoczni. Konieczna jest owa refleksja i weryfikacja osób delegowanych przez agendy rządowe do ratowania przemysłu stoczniowego. Okrętownictwo wymaga odpowiedniego poziomu kompetencyjnego.

– Tymczasem pod znakiem zapytania stoi przyszłość kadr dla przemysłu okrętowego.

– Szkolnictwo wyższe ostatnio, a oświata od dwóch lat, dotknięte są zmianami systemu. Nie podważając samej zasadności zmian, „Solidarność” miała uwagi co do warunków i tempa ich wprowadzania. Przy zmianach systemu edukacji ocena Związku w efekcie przyniosła wotum nieufności i wniosek o odwołanie minister Zalewskiej. Pod adresem szefowej MEN wiele uwag skierowała nasza sekcja międzyregionalna, jak i Krajowa Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”, wskazując na wady wprowadzanych rozwiązań i na godzenie w powagę zawodu. W części uwagi te dotarły do świadomości decydentów i słyszymy, iż choćby w systemie ocen nauczycieli uznano, że popełniono błąd. To już jest jakiś skromny sygnał. W sprawie zmian w szkolnictwie wyższym i tzw. Konstytucji dla nauki zabierała krytyczny głos Krajowa Sekcja Nauki. Niestety, nie zostaliśmy wysłuchani. Kładę to na karb czynnika charakterologicznego ministra i wicepremiera Gowina. A przecież wykreślenie ze spisu dziedzin nauki oceanotechniki i okrętownictwa i wtłoczenie w inny dział spowoduje, że nie będzie wydziału, na którym kształcić się będą inżynierowie konstruktorzy statków. Jak potem to odrobić? Już dziś brakuje fachowców. Nie dość, że niemal zlikwidowano szkolnictwo zawodowe, to brak jest korelacji między przemysłem a nauką, dydaktyką a praktyką. Zniknięcie z katalogu nauki dziedzin z gospodarki morskiej powoduje brak dofinansowania tychże kierunków i prac badawczych i rozwojowych. Przez dwie dekady wmawiano nam, że przemysł stoczniowy nie ma przyszłości. Okazało się, że jest inaczej. Z koniunktur trzeba umieć mądrze korzystać. Apelujemy do decydentów, by pochylili się nad tematem morskim. Mamy tradycje i mieliśmy wybitnych konstruktorów, jak choćby inż. Jerzego Doerffera, profesora Politechniki Gdańskiej, który opracował nowatorskie rozwiązanie procesu konstrukcyjnego, inżynierów Drzewieckiego i Czarnowskiego. Jest do czego i do kogo się odwoływać. Nie tylko przy okazji kolejnych rocznic zaślubin z morzem.

Rozmawiał Artur S. Górski

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę