Styczeń 1990 r.: Wojna o akta, czyli brzydki koniec PZPR w Gdańsku

W czerwcu 1989 r. odbyły się pierwsze po wojnie częściowo demokratyczne wybory do Sejmu i Senatu. W styczniu 1990 r. rozwiązała się Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. W tych „wolnościowych” okolicznościach rząd Tadeusza Mazowieckiego wysłał wciąż istniejącą Milicję Obywatelską do pałowania młodych antykomunistów, którzy ujawnili proceder niszczenia akt PZPR.

Na samym progu istnienia III Rzeczypospolitej okazało się zatem, że nowe rządy, wywodzące się w dużym stopniu z pnia solidarnościowego, lepiej od samych funkcjonariuszy obalonego reżimu komunistycznego dbają o ich interesy.

Pogłoski o tym, że działacze PZPR i oficerowie Służby Bezpieczeństwa niszczą dokumentację swojej działalności, zaczęły pojawiać się publicznie już pod koniec 1989 r. W 1990 r. jeden z takich przypadków osobiście potwierdziła Janina Wehrstein z Biura Interwencji Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”. PZPR w ten sposób nie tylko łamała prawo, nie przekazując swoich archiwów do Archiwum Państwowego, ale również wzmacniała pozycję polityczną postkomunistów, którzy niszcząc kompromitujące ich materiały otwierali sobie drogę do legitymizacji w nowych warunkach. Nowa elita władzy udawała jednak, że nie widzi tego problemu. Głośno protestowały tylko nieliczne środowiska niepodległościowe, a zwłaszcza antykomunistyczna młodzież z powstałej w 1984 r. Federacji Młodzieży Walczącej.

Od jesieni 1989 r. do wiosny 1990 r. działacze FMW stanowili trzon antyokrągłostołowych demonstracji (na przykład słynne obalanie pomnika Lenina w Nowej Hucie) i akcji okupowania oraz przejmowania siedzib PZPR różnego szczebla. W całej Polsce doszło do kilkudziesięciu takich wydarzeń, a najbardziej spektakularny i symboliczny przebieg miała okupacja siedziby Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku.

Z Warszawy do Gdańska

Niedziela 28 stycznia 1990 r. w grodzie nad Motławą biegła utartymi torami, które oznaczały mszę świętą w kościele św. Brygidy o godzinie 11, a później tradycyjny wiec na przykościelnym placu. Wzięli w nim udział działacze FMW Region Pomorze Wschodnie (głównie z Gdyni), którzy dzień wcześniej uczestniczyli w wielkiej demonstracji niepodległościowej młodzieży pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie. Przypomnijmy, że 27 stycznia w Sali Kongresowej rozpoczął się ostatni zjazd PZPR. Patriotyczną młodzież, która chciała pokojowo cieszyć się z agonii znienawidzonej partii, w stolicy zaatakowało kilka tysięcy milicjantów. Byli pobici i aresztowani.

FMW01

Relacje z warszawskich wydarzeń zdane przez członków FMW na gorąco, niemal prosto po wyjściu z pociągu ze stolicy, stały się impulsem do rozpoczęcia pochodu pod siedzibę KW PZPR. Podobnie jak w całej Polsce, niepokorna młodzież w siedzibie PZPR chciała znaleźć dowody potwierdzające informacje o niszczeniu partyjnych i esbeckich dokumentów oraz „społecznie” zabezpieczyć budynek i majątek partii, które ich zdaniem powinny zostać przekazane innym podmiotom i instytucjom.

Na gorącym uczynku

Po krótkiej manifestacji przed siedzibą gdańskiego komitetu PZPR manifestanci, głównie działacze FMW z Gdańska i Gdyni (np. Robert Kwiatek i Mariusz Roman), wdarli się do budynku, wyłamując drzwi kratami wyrwanymi z okien. W siedzibie KW PZPR manifestanci znaleźli dowody na systemowe niszczenie akt. W kotłowni odkryto hałdy dopalających się dokumentów, które – jak się później okazało – wrzucali do szybu prowadzącego do pieca działacze PZPR zabarykadowani w jednym z pokojów).

Okupujący siedzibę KW PZPR zachowywali się spokojnie. Nie doszło do żadnych zniszczeń, a jedynymi „wybrykami” okazało się zerwanie z dachu budynku znienawidzonej „czerwonej szmaty” (jak działacze FMW określali flagę PZPR) oraz „wystawienie na widok publiczny” na balkonie ubranego w szalik i czapkę popiersia Lenina. Członkowie FMW podjęli negocjacje z prezydentem Gdańska Jerzy Pasińskim w sprawie zajętej siedziby KW PZPR, w których pośredniczyli posłowie Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego Czesław Nowak i Edmund Krasowski oraz dyrektor gdańskiego biura OKP Jacek Starościak. Ustalono, że kontrolę nad budynkiem przejmie straż prezydencka, a następnego dnia rozpocznie pracę społeczna komisja, która zabezpieczy dokumentację PZPR.

Milicja znowu bije!

Szybko okazało się, że przyłapanie komunistów na gorącym – nomen omen – uczynku nie jest wygodne dla rządu Mazowieckiego. Jednak do spacyfikowania niepokornej młodzieży nie dążyli wcale, jak mogłoby się wydawać, byli funkcjonariusze reżimu posiadający kontrolę nad tzw. resortami siłowymi. Rozumieli, że komunizm upada i siłowe rozwiązania nie ułatwią im adaptacji w nowym porządku. To Aleksander Hall, minister bez teki w rządzie Mazowieckiego, nazywał podobne akcje „próbami anarchizacji życia w Polsce” oraz „narażaniem na szwank autorytetu rządu”.

Premier nie uznał porozumienia okupujących siedzibę gdańskiej PZPR z prezydentem miasta i nakazał im opuszczenie budynku. Przed komitetem milicja wzywała do tego przez megafony, powołując się na decyzję ministra Halla. Przed budynkiem zbierało się coraz więcej milicjantów. Na ulicy Wały Jagiellońskie stało kilkanaście niebieskich nysek. Późnym wieczorem nastąpił szturm, przy wykorzystaniu nadspodziewanie silnych środków jak na 30-osobową grupę młodych osób okupujących budynek (wielu wcześniej udało się na noc do domów). Do jednoczesnej interwencji przez główne drzwi wejściowe oraz dach użyto śmigłowca, oddziałów antyterrorystycznych milicji i Oddziałów Prewencji Milicji Obywatelskiej (dawnego ZOMO). Okupujący stawiali jedynie bierny opór, śpiewając pieśni patriotyczne. Część z nich wypuszczono, część przewieziono na komisariaty i tam po kilkugodzinnych przesłuchaniach również zwolniono.

Powrót FMW

Członkowie FMW nie dali jednak za wygraną. Ci, którzy od razu zostali wypuszczeni, jeszcze tej samej nocy zorganizowali krótką manifestację przed Dworcem Głównym PKP. Rano w poniedziałek 29 stycznia przed siedzibą KW PZPR znowu zebrał się kilkusetosobowy tłum. Na budynku wciąż wisiały flagi powieszone poprzedniego dnia. Doszło do kolejnego szturmu, tym razem młodych niepodległościowców. Mimo zabarykadowania się przez funkcjonariuszy MO i komunistycznych aparatczyków, manifestanci wdarli się do środka i po raz drugi opanowali budynek. Doszło do kolejnych negocjacji, z udziałem szefa Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych Jerzego Andrzejewskiego, posła OKP Krzysztofa Dowgiałły, wojewody gdańskiego Jerzego Jędykiewicza oraz (telefonicznie) przedstawicieli Urzędu Rady Ministrów.

Negocjacje zakończyły się realnym i symbolicznym zwycięstwem FMW.  Odwrotnie niż w latach 80., to milicjanci i partyjniacy opuścili budynek w szpalerze młodych działaczy. – Gdy było już ciemno, milicja wśród gwizdów i krzyków opuściła gmach – wspominał uczestnik tych wydarzeń Robert Kwiatek.

Tym razem ustalenia dotyczące zabezpieczenia i przekazania akt PZPR do archiwów państwowych zostały dotrzymane. Przynajmniej formalnie, bo w kolejnych tygodniach znaleziono jeszcze wiele dowodów na niszczenie i brakowanie akt. Stanisław Flis, wówczas archiwista w Archiwum Państwowym w Gdańsku, od lutego 1990 r. przejmujący dokumenty PZPR, później m.in. kierownik Archiwum Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, relacjonował: „Pracownicy Archiwum Państwowego odkryli pożar śmietników na dziedzińcu Komitetu Wojewódzkiego. Przy śmietnikach znaleziono dopalającą się dokumentację, pociętą w sposób mechaniczny, a także porwaną ręcznie. W korytarzu piwnicznym znaleźli także dużą gilotyną do cięcia akt, a obok niej siedem worków pociętej dokumentacji”.

Zachowali się jak trzeba

Czy spontaniczne, a zarazem spektakularne działania FMW, nie tylko w Gdańsku, ale w całej Polsce na przełomie lat 1989 i 1990, miały sens? Żądanie patriotycznej młodzieży, aby PZPR odebrać majątek i przekazać go społeczeństwu, nie zostało zrealizowane. Nie udało się również całkowicie powstrzymać procederu niszczenia akt partii, przede wszystkim dlatego, że ten na początku 1990 r. był już daleko zaawansowany. Rząd nie wykazywał determinacji w tych kwestiach. Uchwała w sprawie zabezpieczenia i przejęcia akt byłej PZPR została przyjęta dopiero 19 marca 1990 r. Jednak być może gdyby nie determinacja działaczy FMW, nie doszłoby do tego wcale. Nie po raz pierwszy w najnowszej historii Polski (podobnie na przykład w czasie strajków w 1988 r.) okazało się, że to młodzi ludzie „zachowali się jak trzeba”.

Adam Chmielecki

Tekst ukazał się w „Magazynie Solidarność” nr 1/2015.

fot. Archiwum prywatne Mariusza A. Romana

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę