Stan wojenny oczami podchorążego

Intensywne przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego trwały od jesieni 1980 r. W marcu 1981 r. gotowe były szczegółowe plany operacji „Synchronizacja”, „Jodła” (układanie list osób przeznaczonych do internowania), „Azalia” (przejęcie środków łączności i masowego przekazu) i „Klon” (przeprowadzanie po wprowadzeniu stanu wojennego, rozmów z osobami prowadzącymi działalność opozycyjną).  We wrześniu 1981 r. Komitet Obrony Kraju stwierdził, że siły bezpieczeństwa i wojsko są gotowe do wprowadzenia stanu wojennego w ciągu 48 godzin.

wojciech_ksiazek_wojsko

Wojciech Książek w 1982 roku.

 

Niewiele jest wspomnień związanych ze stanem wojennym  żołnierzy WP. I nie chodzi tu o członków junty WRON, ale o tych, którzy musieli wykonywać rozkazy, jak choćby blokujący z 16 na 17 grudnia 1981 roku Stocznię Gdańską im. Lenina młody oficer 16 Pułku Czołgów Średnich ze Słupska Waldemar Skrzypczak, późniejszy generał WP i podsekretarz stanu w MON.

Dowództwo LWP w akcji przygotowującej stan wojenny dokonało operacji logistycznej o kryptonimie „Synchronizacja”, polegającej na przetrzymaniu „starego” wojska z koszarach i nie powoływaniu młodszego rocznika na jesieni 1981 roku by do armii nie trafili poborowi skażeni „Solidarnością”.

Jednym z zatrzymanych wówczas w wojsku był Wojciech Książek, obecny przewodniczący oświatowej „S” w Gdańsku, były wiceminister edukacji w rządzie Jerzego Buzka. 13 grudnia 1981 r. zastał go w jednostce wojskowej w Chełmnie Pomorskim, w którym odbywał służbę wojskową jako tzw. bażant, czyli podchorąży, powołany do armii po studiach. Swoje wspomnienia opatrzył tytułem „Wojsko, Dostojewski i ja”. Dziennik Wojciech Książek pisał w latach 1981 – 1982, kiedy po studiach obywał służbę wojskową.

ASG

Fragmenty dziennika Wojciecha Książka z dramatycznych, pełnych niepewności pierwszych dni stanu wojennego:

13 grudnia 1981 roku

Siedzę w małej salce gimnastycznej na poddaszu naszego budynku, gdzie grywaliśmy często w ping-ponga. Dzisiaj zabrałem notatnik i schowałem go w tym miejscu. Znalazłem specjalną skrytkę za obluzowaną płytą. W pierwszej reakcji na tę nową sytuację już chciałem sobie dać spokój z pisaniem. Wracam, bo to byłoby za łatwe, to byłby ich sukces nade mną. Nie. Będę pisał.

Dzisiaj rano zbudził mnie i innych hałas na korytarzu, nienaturalny, powtarzany krzyk dyżurnego: „Alarm, alarm!”. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że dotyczy on wszystkich. Wydano nam broń. Niektórzy pytali, co się dzieje, alarm w niedzielę i to o trzeciej nad ranem? Kto się o tej porze chce bawić w ćwiczenia?

Pojawiły się pierwsze osoby z kadry zawodowej, których też ściągano z domów w trybie alarmowym. Zbiórka była na dworze. Był mróz, padał śnieg. Upływały kolejne minuty.

Przed piątą zawrócono nas do bloku. Po oddaniu broni ogłoszono zbiórkę w sali telewizyjnej – dochodziła godzina szósta. Wszyscy dyskutowali, co to może być? Czy to wojna? Ale z kim?

Najbardziej prawdopodobna wydawała się wersja, że weszły wojska z Układu Warszawskiego (jak w 1956 roku na Węgry i w 1968 do Czechosłowacji). Tylko po jakiej stronie opowie się nasza armia? Wśród tych szeptów ktoś z kadry włączył telewizor. Szmery, szmery i obraz, grają hymn, pojawia się twarz generała i premiera Wojciecha Jaruzelskiego.

W trakcie jego wystąpienia na sali zapanowała przeraźliwa cisza. Popatrzyłem na twarz rezerwisty – płakał. Już wiedział, dlaczego przetrzymywano jego pobór od dwóch miesięcy. W tym pierwszym momencie stało się jasne, że to nie alarm ćwiczebny, że stan wojenny oznacza coś dużo bardziej poważnego.

Skończę, bo jest jakiś hałas na korytarzu….

16 grudnia 1981 roku

Największym problemem jest brak informacji o tym, co się dzieje na zewnątrz koszar. Każdy z nas zadaje sobie pytanie, jaka jest i będzie reakcja ludzi na ten manewr wojskowych, czy będziemy postawieni na przeciw osób z ulicy, zakładów pracy, czy będą próbowali zmuszać nas do walki, strzelania? Jak się wtedy mamy zachować?

Nie pozwala się nam słuchać radia, jedynym źródłem informacji jest telewizor, który zmusza się nas oglądać w porze wieczornego „Dziennika”. Wzbudza zaś naszą nieufność już choćby za sprawą umundurowanych spikerów. Raczej wsłuchujemy się w to, co przekazują nam wartownicy, żołnierze z zaopatrzenia, którzy wyjeżdżają po prowiant. I każdy mówi praktycznie coś innego.

Najpierw, że strajkują większe miasta. Potem, że walki toczą się głównie na Wybrzeżu i na Śląsku, że w tych rejonach desantu dokonały wojska Układu Warszawskiego, którzy są przebrani w polskie mundury, że całe pułki odmawiają wykonania rozkazów, że popełniają samobójstwa niektórzy dowódcy a żołnierze przechodzą na stronę ludności cywilnej. Informacje o postawach oficerów i żołnierzy są dla nas najważniejsze. To, że pacyfikuje się siłą walki na Wybrzeżu, przekazał wartownikom z mostu kierowca poobijanego wozu strażackiego, który wracał z Gdańska.

W koszarach, oprócz wciąż prószącego śniegu,  panuje cisza. Cisza i czekanie na coś, co może się jeszcze wydarzyć. Ta niepewność, że gdzieś nas jeszcze mogą wywieźć…

19 grudnia 1981 roku

Znalazłem się w bardzo dziwnej sytuacji. Otóż pełniłem ostatnio funkcję rozprowadzającego na warcie poza jednostką – w lesie, gdzie znajduje się skład mobilizacyjny (niech to wystarczy). Są dwa ogrodzenia, między którymi rozstawione są posterunki. W wewnętrznym kręgu jest sprzęt teoretycznie gotowy do wyruszenia w każdej chwili. Piszę teoretycznie, bo kiedy przed miesiącem dokonano okresowego przeglądu, to okazało się, że na kilkanaście aut ruszyły tylko dwa. W pozostałych nie było… benzyny. Najpewniej tym dywersantem była chęć zarobku na alkohol. Ale to jest teraz mniej ważne.

Dowódcą tej warty jest z zasady podoficer zawodowy. Po wprowadzeniu stanu wojennego dołączono do wart jeszcze oficera. Na mojej był nim major W. (nazwisko pominę, ale, o ironio, noszący to samo, co bohaterski porucznik z okresu Powstania Listopadowego). Między rozprowadzaniem kolejnych wart rozmawiałem z owym majorem. Nie kryłem swoich wątpliwości związanych z zaistniałą sytuacją w Polsce, lękiem o możliwość wybuchu wojny domowej. Major zachowywał się jak ideolog partyjny, próbujący swoim tubalnym głosem, raczej nie mnie a siedzących obok wartowników przekonać do swoich racji. W międzyczasie wychodziłem, rozprowadzałem posterunki. On czekał na mnie rozgrzany atmosferą polemiki. I rozmowa zaczynała się od nowa. Wychodził również ze mną na zmiany wart, przeglądał ładownice. Wszystko odbywało się regulaminowo i bez zastrzeżeń.

Wartę zdaliśmy wieczorem, zaś „afera” wybuchła następnego dnia rano. Zostałem wezwany do dowódcy batalionu. Siedzieli tam oprócz szefa sztabu batalionu również podpułkownik – zastępca dowódcy pułku do spraw politycznych, major – zastępca dowódcy batalionu do spraw politycznych i  dowódca kompanii. Miałem im zdać relację z przebiegu tamtej warty, co skrótowo zrobiłem. Kazali mi wrócić do siebie i czekać (odprowadzał mnie dyżurny).

W pokoju okazało się, że zrobiono rewizję w rzeczach. Po dwóch godzinach sytuacja powtórzyła się z tą zmianą, że kazali mi przebieg tej warty zapisać. Gdy robiłem to w sąsiednim pokoju, wszedł na chwilę pisarz kompanijny i szepnął, że w kompanijnej świetlicy przesłuchują żołnierzy z warty. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdyż w drzwiach stanął ów główny oficer polityczny pułku. Przekazałem mu raport. Miałem siedzieć i czekać dalej.

Minęła pora obiadu, był już zmierzch za oknem, kiedy wezwano mnie po raz trzeci. Znowu kazano mi odtworzyć przebieg warty. Spytałem się, o co chodzi, gdyż co miałem powiedzieć, to powiedziałem i zapisałem. Ów podpułkownik ds. politycznych stwierdził ogólnikowo, że moja relacja nie ujmuje wszystkiego, co się zdarzyło na tej warcie. Siedzieli w czwórkę wokół złączonych biurek, sam zaś stałem przy drzwiach. Pokój był pełen dymu papierosowego. Milczałem. Ów polityczny nie wytrzymał i zarzucił mi brak patriotycznej postawy, potem zaczął mówić coraz głośniej o tym, że plamię mundur żołnierza polskiego, że za łamanie praw stanu wojennego grozi mi sąd polowy, a w najlepszym razie zesłanie do jednostki karnej w Orzyszu.

Dalej nie padały żadne konkretne zarzuty, ale już wiedziałem, że muszę odwrócić sytuację – wyjść z defensywy, zaatakować. Zrobiłem to według pomysłu, jaki kiedyś zrealizował Stanisław Dygat, gdy jakaś komisja kolaudacyjna skrytykowała jego kosmopolityzm, który miał ponoć występować w jednej z książek przygotowanych do sfilmowania. Zrobiłem kilka kroków w kierunku biurka, chwyciłem róg blatu i zacząłem od stwierdzenia, żeby pan pułkownik nie szafował tak pojęciem patriotyzmu. Powiedziałem, że za mną stoi wiedza uniwersytecka i wychowanie w rodzinie pełnej męczeństwa oddanego za Polskę. Wymieniłem dziadków – powstańca wielkopolskiego i obrońcę Helu, drugiego zamordowanego wraz z rodziną na kielecczyźnie za ukrywanie Żydów, którzy uciekli z transportu. Powiedziałem o nieżyjącym już ojcu, żołnierzu – obrońcy Kępy Oksywskiej, który po dwukrotnej ucieczce z oflagu jenieckiego został osadzony w obozie koncentracyjnym. Starałem się kontrolować głos, ale cicho nie mówiłem. Widziałem, jak ich oczy coraz bardziej kierują się na moje ręce jakby w obawie, że rzucę biurkiem.

Gdy zacząłem mówić, że nikt nie ma patentu na czyjś patriotyzm i żebyśmy się nie licytowali, która rodzina więcej wiader potu i krwi wylała za Polskę, wstał szef sztabu batalionu, starszy już człowiek.

– Niech pan podchorąży się nie denerwuje – zaczął tonująco kiwać rękami – wszystko się wyjaśni i dobrze skończy.

Widać było, że był na swój sposób wzruszony.

– Chciałbym wyjść panie pułkowniku – odpowiedziałem.

– Oczywiście, proszę – dodał.

Skinąłem głową i wyszedłem. Wróciłem do pokoju. Coś tam zjadłem (Tomek był na tyle domyślny, że zrobił mi kanapkę z obiadu), czekałem. Wpadł znowu pisarz, który szepnął mi, że żołnierzy z warty przesłuchiwano w obecności owego majora W.. Podstawowe pytanie brzmiało, „Czy podchorąży Książek wydawał zgodę na słuchanie „Wolnej Europy” na wartowni i czy to ja nastawiłem w radiu tę stację?” I drugie: „Czy prosiłem ich, aby w żadnej sytuacji nie używali broni w stosunku do Polaków?”. Z jego relacji wynikało, iż oni jak jeden mąż odpowiedzieli, że nie. Ponoć przy narastającej irytacji i krzykach owego majora.

Gdzieś po dwóch godzinach przyszedł major – zastępca dowódcy batalionu ds. politycznych, jeden z rozumniejszych ludzi w tym miejscu. Chciałem wstać, jednak machnął ręką. Patrząc po ścianach mówił cicho o tym, że jest już po wszystkim, sprawa została wyjaśniona. Dawał też do zrozumienia, że tak jak wszędzie, tak i w wojsku są nadgorliwcy, którzy chcą się wykazać za wszelką cenę. Wskazał, że po moim ostatnim wyjściu zdecydowanie moją stronę zajął podpułkownik – szef sztabu batalionu, ponoć przy okazji ciężko też rugając owego majora, który był ze mną na warcie. Okazuje się, że jeszcze przed stanem wojennym obserwował mnie, gdy kiedyś przygotowywałem podczas służby na kompanii pięciu rekrutów, którzy mieli wyjść do sztabu pułku. Bez poufałości, ale rzeczowo, żeby znali regulamin, wiedzieli, jak się przedstawić i zachować. To go ponoć tak ujęło.

Ten pułkownik to akurat typ starego wiarusa, człowieka, który znał jeszcze czas wojny. Znane były jego wyjścia popołudniami do plutonu dyżurnego, który akurat obierał ziemniaki, kiedy z nimi rozmawiał, ba, prosił, aby zaśpiewali mu żołniersko-partyzanckie pieśni. Takich ludzi się szanuje za ich ludzką twarz, nawet mimo pewnych słabości, bo za kołnierz nie wylewał.

Sam rzeczywiście pilnowałem postępowania regulaminowego. Z zawartymi w nich zapisami jest tak jak z konstytucją, która teoretycznie należy do bardziej tolerancyjnych w Europie. Te dokumenty służą jednak ludziom tylko wtedy, kiedy są przestrzegane. Bycie „służbistą”, niechęć do spoufalania się w pracy zawodowej, obowiązkach służbowych wynika i z mojej natury, ale i przeświadczenia, że tylko wtedy nie dam innym zbyt prostych argumentów przeciw sobie. Nie dam się zbyt łatwo pokonać drugiej stronie. Poza tym staram się – z różnym skutkiem – stosować zasadę wpajaną nam w domu przez ojca, że jak się nie wie, jak się zachować, to należy się starać zachować po prostu i aż – przyzwoicie.

A ów major W.? Żal, że tak szlachetne nazwisko nosi ów donosiciel, tropiciel dywersantów i wrogów. Tak, żołnierze słuchali „Wolnej Europy” – ja też. Nie było zakazu. Co do problemu strzelania przez wojsko do ludzi, to o tym między innymi rozmawialiśmy z majorem w otoczeniu wartowników. On, że rozkaz trzeba wykonać, ja mu, że wojsko ma bronić granic, a nie polować na ludzi, którzy płacą podatki na jego utrzymanie. I oczywiście starałem się mówić na tyle głośno, żeby słyszeli to inni. Żeby mogli wyciągnąć wnioski z tej wymiany zdań. Być może doniósł ze strachu, że z naszej strony ujawnimy treść tej rozmowy, albo zrobi to milkliwy podoficer zawodowy, który miał też wtedy służbę? Czort wie. Tak czy siak, był to ciężki dzień. Boli żołądek.

20 grudnia 1981 roku

Siedzę w pokoju i czuję się jak bokser poobijany w walce, czekający wciąż na ostateczny werdykt. Albo jego rewizję. Jeszcze wczoraj starałem się zrobić jakieś notatki, poukładać sobie sytuację. Odczuwam wokół siebie coraz większą pustkę. Jakbym był zarażony.

Jest we mnie też narastający bunt. Już im nie będę się tłumaczył. Chcecie, to sądźcie, chcecie, to mnie wywieźcie do jednostki karnej. Dosyć tego absurdu wyjaśnień.

Sprawdza się na mnie ten opisywany w literaturze i filmach mechanizm, że człowiek osaczony najpierw próbuje kluczyć, grać. Dopiero potem przez strach przebija się jakiś głos sumienia, wolności. Dosyć kompromisu, tłumaczenia, że się nie jest garbatym. Bo z kim? Komu? I o co?

Ot i mam swój prywatny stan wojenny…

22 grudnia 1981 roku

Afera ze mną przycicha. Sądu nie będzie, wyjazdu do jednostki karnej chyba też nie. Przynajmniej za tamtą wartę. W wojsku w ogóle jak ognia unika się „afer”. To zakłóca spokój, wtedy mogą przyjechać kontrole z okręgu, z MON-u, itd. Stąd działania na wyciszanie, zamiatanie ich pod przysłowiowy dywan, zachowywanie spraw drażliwych w murach danej jednostki.

Obecnie jest tak, że wyłączyli mnie praktycznie z życia koszarowego, służb, wart. Nikt tego nie mówi wprost, ale zostałem zakwalifikowany jako element niepewny. Czuję te opowieści (wszelkie informacje, plotki roznoszą się po jednostce lotem błyskawicy z braku innych problemów i tego że, niestety, faceci są plotkarzami chyba większymi od kobiet). Sam nie zamierzam tego zmieniać.

Nawet w kantynie żołnierze zawodowi wskazują mnie innym, taksują wzrokiem, w którym widzę i ciekawość i chyba lęk. Zacząłem ubierać pod mundur polowy typu moro koszulę i krawat, które mam na stanie. To chyba jeszcze bardziej wzmaga ich ciekawość, a chyba też i złość. Człowiek wygląda w tym jakoś czyściej, jak kadra zawodowa. Dzisiaj w kantynie jeden z nich podszedł i spytał, czy mój mundur jest regulaminowy? Ja mu na to, że noszę taki jak on. Na to ów major, że oni są żołnierzami zawodowymi. No więc ja, że też chcę wyglądać jak człowiek, jest zimno, a ja mam brudny podkoszulek. Odszedł. Widać, że hasło „brudny podkoszulek” znowu zadziałało. Tak to wygląda ciąg dalszy mojej prywatnej potyczki z armią – z podkoszulkiem w roli głównej.

Człowiek czuje się samotny i durny, ale jak pomyślę, co muszą przeżywać górnicy z kopalni „Wujek”, „Piast”, stoczniowcy, o których mówią w telewizji, to jakoś nie przystoi użalać się nad sobą.

 25 grudnia 1981 roku

Od stanu wojennego przeniesiono nas do wspólnej sali. Tym samym leżymy w piątkę – Tomek i ja oraz trójka kolegów z drugiego pokoju (w naszym śpi teraz zawsze ktoś z kadry zawodowej). Nasi współspacze chodzą strasznie rozgoryczeni i najeżeni – mieli w tych dniach wyjść do cywila, tymczasem nie wiadomo, kiedy to nastąpi.

W Wigilię padał śnieg. Jak pięknie byłoby wtedy  w domu. Po planach spędzenia Świąt Bożego Narodzenia pozostały tylko kartki i niewysłany list jako martwe symbole tego czasu. Nie dzwoniłem, bo telefony praktycznie nie działają, a jeszcze bardziej się odechciewa, gdy słyszy się głos: „Rozmowa będzie kontrolowana” po samym podniesieniu słuchawki.

Pod wieczór siedliśmy z kolegami, przełamaliśmy się opłatkiem, który przywiózł ktoś z rodziny odwiedzającej Jurka (widać, że bardzo kocha swoją żonę i dziecko. To jego niezachwiana busola, jego wolność). Sam dostałem list od Matki. Mam go przy sobie. Wzruszenie ściska gardło na myśl, ile dobroci i pamięci do mnie oraz brata i siostry jest w tej delikatnej osobie. List dostałem otwarty. Na kopercie był stempel „Ocenzurowano”. Znalazłem w nim ślady po opłatku, który zapewne wyjęto. Pies was trącał – podglądacze cudzego życia. (…)

Dalej najbardziej dokucza brak wiarygodniej informacji o tym, co się dzieje w kraju. Odebrano nam przepustki do miasta. Wyganiają nas na oglądanie dzienników telewizyjnych, ale już sam język, mundury spikerów sprawiają, że nie wierzymy temu, co mówią. Wszystkie radia, aparaty, magnetofony musieliśmy oddać jeszcze 13 grudnia. Siedzimy więc i spekulujemy….

Download PDF
Powrót Drukuj stronę