Sprawa Grudnia ’70 wraca do punktu wyjścia

16 kwietnia Sąd Najwyższy zdecydował, że proces w sprawie masakry robotników na Wybrzeżu rozpocznie się na nowo.

Sąd Najwyższy uznał, że należy ponownie ocenić tzw. raport Kruczka z 1971 r. o wydarzeniach na Wybrzeżu, który powstał na użytek KC PZPR. Prokurator wskazywał, że obecne w nim zeznania  prominentów bywają korzystne dla ówczesnego wicepremiera Stanisława Kociołka, ale również obciążają go winą. Sądy nie dały wiary tym drugim. Ponadto Sąd Najwyższy musi ocenić nie tylko to, czy Kociołek miał bezpośredni zamiar skonfrontowania robotników z uzbrojonym wojskiem, ale również to, czy godził się na taką ewentualność i czy podjął działania, by jej zapobiec (jest sądzony o sprawstwo kierownicze siłowego stłumienia protestów). Sprawa będzie toczyć się w Gdańsku, bo prokuratura liczy, że w mieście, w którym rozegrały się krwawe wydarzenia proces będzie krótki i bardziej sprawiedliwy.

Proces toczył się 20 lat. Kiedy się zaczynał w Gdańsku, na ławie oskarżonych zasiadło 12 osób, w tym ówczesny szef MON generał Wojciech Jaruzelski. Prokuratura wskazała go i Kociołka jako odpowiedzialnych za krwawe stłumienie protestów robotniczych w Gdańsku i Gdyni.  Później proces przeniesiono do Warszawy, gdzie utknął na lata. W 2013 roku, kiedy zapadł wyrok, na ławie oskarżonych zostały już tylko trzy osoby. Dwóch dowódców kierujących oddziałami strzelającymi do robotników pod stocznią w Gdyni i w Gdańsku zostało skazanych na karę więzienia w zawieszeniu. Stanisława Kociołka sąd uniewinnił, uznając, że wzywając robotników do pracy wiedział, że stocznia będzie zamknięta. Rok temu sąd apelacyjny utrzymał wyrok, ale 16 kwietnia 2015 roku Sąd Najwyższy uchylił oba wyroki, podzielając zarzuty prokuratury domagającej się kasacji. Stanisław Kociołek nie komentował wyroku. Na ławie oskarżonych został już tylko on, bo wyroki dla dowódców są ostateczne.

Robotnicy wyszli na ulice, żeby zaprotestować przeciwko podwyżkom cen. I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka zezwolił milicji na rozpędzenie manifestacji przy użyciu ostrych naboi. Kulminacja krwawych wydarzeń nastąpiła 17 grudnia pod stocznią w Gdyni. Dzień wcześniej Kociołek, członek lokalnego sztabu kryzysowego, wezwał w telewizji robotników do powrotu do pracy. Rano wysiadający z pociągu gdyńscy stoczniowcy natknęli się na kolumnę wojska, która zaczęła do nich strzelać. 44 osoby zginęły, rannych było przynajmniej 1165. Według prokuratury Kociołek wiedział o wojskowej blokadzie, czyli przyczynił się do rozlewu krwi. On sam zeznał, że dowiedział się o niej już po telewizyjnym wystąpieniu.

Download PDF
Powrót Drukuj stronę