Spacer z bohaterem: Brama, która na co dzień miała oddzielać jednych od drugich, łączyła

Lech Zborowski (rocznik 1957) to były działacz Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, jeden z inicjatorów strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku, później m.in. organizator związkowej drukarni i uczestnik strajku w Stoczni Gdańskiej po wprowadzeniu stanu wojennego. Z bohaterem wolnej Polski odbyłem spacer po historycznych terenach stoczniowych, miejscu narodzin „Solidarności”.

zborowski2

zborowski1

Pomnik Poległych Stoczniowców 1970

– Stoimy w centrum placu Solidarności. Co Pan czuje, gdy odwiedza to miejsce?

– To miejsce narodzin „Solidarności”. Miejsce, które dla każdego Polaka – i nie tylko – powinno być miejscem zadumy i refleksji nad naszą historią i nad naszą wspólnotą. Często, gdy tu jestem, widzę ten plac takim, jaki był jeszcze przed postawieniem pomnika. Kiedy w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża pod koniec lat 70. w tym miejscu domagaliśmy się upamiętnienia ofiar Grudnia ’70, nikt z nas nie przypuszczał, że stanie tu, i to tak szybko, ten wspaniały pomnik, obok którego chyba nikt nie przechodzi obojętnie. Nieco dalej mamy słynną już Bramę nr 2 Stoczni Gdańskiej, która niezmiennie budzi we mnie mocne odczucia. W sierpniu 1980 r. za tą bramą na terenie stoczni miały miejsce wydarzenia, które jako działacze WZZ planowaliśmy i rozpoczynaliśmy, a które, jak się okazało, miały ruszyć lawinę, dającą początek zmian w całej Europie. Natomiast po tej stronie bramy, tutaj na placu, codziennie przez te dwa historyczne tygodnie gromadziły się tłumy ludzi wspierające strajkujących. W tym czasie brama, która na co dzień miała oddzielać jednych od drugich, łączyła tych wszystkich ludzi i to było to wspaniałe uczucie, którego nie sposób zapomnieć.

 

– No właśnie, wspomniał Pan Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża. Jak zaczęła się Pańska działalność w niezależnym ruchu związkowym i jednocześnie antykomunistycznym? Pracował Pan wtedy w Malmorze, przedsiębiorstwie, które świadczyło usługi dla branży stoczniowej…

– Cieszę się, że podkreślił Pan ten antykomunistyczny charakter WZZ. Wielu ludzi, sugerując się nazwą, nie zdaje sobie sprawy z tego, że była to organizacja czysto antykomunistyczna, dążąca do odzyskania wolnej Polski. Rzeczywiście w tamtym czasie pracowałem w Malmorze na terenie dwóch stoczni, najpierw Komuny Paryskiej w Gdyni, a następnie w Północnej w Gdańsku. W 1979 r. spotkałem Jana Karandzieja i od razu było jasne, że mamy ten sam stosunek do otaczającej nas rzeczywistości. Podjęliśmy decyzję o nawiązaniu kontaktu z WZZ. Ponieważ mieszkaliśmy na Żabiance, postanowiliśmy, że pójdziemy zgłosić się do Joanny i Andrzeja Gwiazdów, którzy mieszkali na tym samym osiedlu. Ale Janek nie wytrzymał i wcześniej sam odwiedził w jej mieszkaniu Annę Walentynowicz. Dopiero z poleceniem od niej udaliśmy się do małżeństwa Gwiazdów. Krótko po tym staliśmy się częścią grupy kilkudziesięciu wspaniałych ludzi. Jan dość szybko został członkiem komitetu założycielskiego WZZ, którą to funkcję pełnił obok aż do czasu powstania „S” i zawieszenia działalności WZZ.

 

– Pan zajmował się głównie poligrafią. Dlaczego?

– Kiedy przyłączyliśmy się do WZZ, okazało się, że niewielka grupa działaczy zajmowała się praktycznie wszystkim. Od układania planów działania, przez organizację spotkań, pisanie tekstów, zdobywanie materiałów, przygotowanie druku i jego wykonywanie, aż po kolportaż.  Aby dotrzeć do ludzi, trzeba było robić to w dużo większej skali. Ci, którzy stanowili redakcję „Robotnika Wybrzeża” i których nazwiska stały się publicznie znane, nie mogli swobodnie wykonywać działań, które wymagały zakonspirowania. Postanowiliśmy zatem tę część działań wziąć na siebie. W moim przypadku pomagał fakt, że wcześniej byłem uczniem szkoły poligraficznej i miałem rok zajęć praktycznych w drukarni, a co za tym idzie pewną przydatną wiedzę. Mimo to sama poligrafia była dla mnie działaniem drugorzędnym. Podstawę poligrafii WZZ stanowił Piotr Kapczyński.

 

– Na czym polegała ta praca, jakie techniki wykorzystywaliście?

– Używaliśmy technik i materiałów, jakie były wówczas dostępne. Drukowaliśmy głównie na matrycach białkowych za pomocą zrobionych własnoręcznie metalowych wałków, z czasem na ręcznym powielaczu spirytusowym, a większe rzeczy, np. plakaty, na sitodruku. Drukowaliśmy zarówno bezdebitowe pisma, jak i plakaty i ulotki.

– Ale wolnego słowa nie wystarczyło wydrukować, trzeba było jeszcze „roznieść” je wśród społeczeństwa. Pan brał udział w wielu akcjach ulotkowych i plakatowych.

– Jan Karandziej i ja drukowaliśmy rzadziej, skupiając się na rozwinięciu sieci kolportażu i to nam się udało. Były akcje, w których mieliśmy więcej pomagających nam kolporterów niż w całych WZZ razem wziętych. Z materiałami bywało różnie i czasem trzeba było improwizować. Przy akcji rozklejania ulotek wzywających do bojkotu wyborów do Sejmu PRL wiosną 1980 r. w pewnym momencie zabrakło papieru. Postanowiliśmy więc ciąć arkusze papieru na wąskie paski i drukować krótkie, chwytliwe hasła. To okazało się bardzo dobrym pomysłem i pozwoliło na rozklejenie tysięcy takich przekazów. Tamta akcja była najbardziej udana. Bezpieka przyznała to w swoim raporcie dla wojewódzkich władz partyjnych. Poza tym na co dzień każdy z nas zabierał nasze wydawnictwa do swojego zakładu pracy, gdzie rozprowadzaliśmy je wśród załogi, często zupełnie jawnie, aby pokazać, że mamy do tego prawo.

– Działaliście tylko w Trójmieście?

– Na co dzień działaliśmy w Trójmieście. Czasem w Pruszczu, Słupsku, Lęborku i kilku mniejszych miejscowościach. Jednak zasadą było rozprzestrzenianie idei wolnych związków gdziekolwiek było to możliwe. Wielu z nas miało rodziny poza Trójmiastem i często zabieraliśmy materiały odwiedzając bliskich. Ja zrobiłem tak przy okazji kilku moich wyjazdów do Zielonej Góry, skąd pochodzi moja rodzina.

– Ulotki odegrały również ważną rolę podczas wybuchu strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r. Jak to wyglądało z Pańskiej perspektywy?

– Kiedy zwolniono z pracy Annę Walentynowicz i w WZZ zapadła decyzja, że będziemy chcieli przekonać stoczniowców, aby stanęli w jej obronie, ulotki były jedyną drogą dotarcia do nich. Postanowiliśmy, że rozdamy je w czwartek, 14 sierpnia wczesnym rankiem w trójmiejskich kolejkach elektrycznych, którymi dojeżdżali do pracy stoczniowcy.

– Pan był w jednej z trzech przygotowywanych grup.

– Tak. Janek Karandziej z pomocą Mirosława Walukiewicza i Mieczysława Klamrowskiego zrobili kilka kursów od stacji Gdańsk Oliwa do stacji Gdańsk Stocznia. Ja miałem spotkać się z Tomaszem Wojdakowskim na stacji Sopot Wyścigi i razem mieliśmy zrobić kilka podobnych kursów. Niestety, nie dobiegłem do kolejki na czas, dosłownie uciekła mi ona sprzed nosa. Tomek pojechał zgodnie z planem, był z nim Bogdan Borusewicz. Borusewicz wysiadł wcześniej i Tomek dokończył akcję w pojedynkę. Ja wsiadłem do następnej kolejki i zrobiłem to samo. Miała być jeszcze trzecia grupa. Borusewicz powiedział nam, że wyznaczył Wałęsę, Kazimierza Żabczyńskiego i Sylwestra Niezgodę do rozdawania ulotek od strony Tczewa, ale nikt tam nie pojechał. Zresztą ten pomysł nie przypadł nam do gustu od samego początku, gdyż w tamtym czasie nikt z nas nie miał do Wałęsy zaufania i nie podobało nam się nawet, że został on o planach protestu powiadomiony. Tego już jednak nie można było cofnąć i po prostu robiliśmy swoje. Warto też przypomnieć, że oryginalna ulotka nawołująca stoczniowców do obrony Anny Walentynowicz nie odnosiła się konkretnie do strajku. To Janek Karandziej wpadł na pomysł, aby dołączyć do niej inną wydaną wcześniej przez WZZ ulotkę, która była instrukcją jak strajkować, aby jasno zasugerować, o co nam chodzi.

– Dlaczego to właśnie Anna Walentynowicz stała się tą iskrą, która doprowadziła do strajku?

– Ania była bardzo skromną i pomocną innym koleżanką oraz ważną działaczką WZZ. Ale mieliśmy po prostu zasadę „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, niezależnie kogo to dotyczyło. Zresztą zwolnienie Walentynowicz na kilka miesięcy przed emeryturą w momencie, gdy przez Polskę przeszła fala kilkudziesięciu krótkich strajków, nie miało żadnego sensu z perspektywy bezpieki i wyglądało na prowokację. W tym kontekście dalsze wypadki i wielki solidarnościowy strajk był dla bezpieki „wypadkiem przy pracy”, doskonale wykorzystanym przez działaczy WZZ Wybrzeża.

– Wróćmy do 14 sierpnia. Co było dalej?

– Spośród tych, którzy wówczas rozdawali ulotki, tylko ja nie miałem jeszcze nowego miejsca pracy. Większość działaczy WZZ zwolniono bowiem wcześniej z pracy i musieli szukać nowych zajęć. Gdy skończyły mi się ulotki, wysiadłem na przystanku Gdańsk Stocznia i poszedłem pod bramę nr 1 zobaczyć, co się będzie działo. Po jakimś czasie było już widać, że coś się w stoczni dzieje. Podszedłem do bramy i powiedziałem, że jestem z Wolnych Związków Zawodowych. Strażnik zrozumiał, że jestem z oficjalnych komunistycznych związków i mnie wpuścił. W ten sposób stałem się pierwszym niepracującym w stoczni działaczem WZZ, który wszedł do strajkującej już stoczni.

Brama nr 2 Stoczni Gdańskiej

– Ten pierwszy strajk z 14 sierpnia po trzech dniach przekształcił się w wielki strajk solidarnościowy. Jego symbolem jest stoczniowa Brama nr 2, przed którą teraz stoimy. Innym symbolem jest słynne zdjęcie autorstwa fotografika Bogusława Nieznalskiego, przedstawiające grupę strajkujących niosących bochny chleba. W tle jest właśnie Brama nr 2.

– Domyślam się, o co pan pyta. Na tym zdjęciu są m.in. Bogdan Borusewicz, Janek Karandziej, Marek Sadowski, jeśli się nie mylę, jakaś młoda nieznajoma i ja. Niesiemy chleby, które miały pojechać do jakiegoś małego strajkującego zakładu, gdzie ludzie nie mieli co jeść. To był gest solidarności, ale chodziło też o to, by tamten strajk nie upadł z tak prozaicznego powodu jak brak żywności. W tle widać tłum ludzi i stoczniową bramę. Zdjęcie zostało zrobione mniej więcej w połowie strajku.

– Na tym zdjęciu wszyscy się uśmiechają, zarówno główne postaci, jak i osoby na drugim planie.

– Trafiłem niedawno na bardzo podobne zdjęcie z Powstania Warszawskiego, gdzie kilkoro powstańców niesie bochenki chleba, uśmiechając się do obiektywu. Oczywiście nie śmiem porównywać sierpniowego strajku do tamtego powstańczego zrywu, ale oba zdjęcia mają tę samą wymowę. Chleb jest w naszej kulturze symbolem życia. A uśmiech w tamtym momencie był wyrazem nadziei, bez której żaden zryw i żadna walka nie mogą zaistnieć.

Sala BHP Stoczni Gdańskiej

– Przeszliśmy do Sali BHP, gdzie biło serce strajku i serce drukarni. Tu spędzał Pan najwięcej czasu.

Spotkałem tu dwóch innych działaczy WZZ, Kazika Żabczyńskiego i Sylwestra Niezgodę. Zauważyliśmy, że chociaż od pierwszych chwil powstawały oświadczenia, to nikt ich nie powielał. Stocznia miała własną drukarnię i chcieliśmy ją uruchomić, ale sprzeciwił się temu Wałęsa, który widząc naszą determinację postawił przed drukarnią straż, nie dopuszczając nas do stojących tam maszyn. Dopiero w połowie strajku, kiedy zmieniła się sytuacja, przybył Konrad Bieliński, który zdołał uruchomić druk w stoczniowej drukarni. My jednak nie chcieliśmy czekać. Wcześniej przynieśliśmy swoje ręczne wałki i zapasy matryc białkowych i zaczęliśmy prymitywny wydruk. W rogu szatni Sali BHP ustawiliśmy stolik i rozpoczęliśmy powielanie. Stoczniowcy poprosili mnie, żebym pokazał im, jak wygląda wałek. Na jego wzór dorobili kolejne. Zajęli pustą salkę i po krótkim instruktażu uruchomili własną drukarnię wałkową. W tamtym czasie jednak większość oświadczeń musiała być przywożona ze stoczni w Gdyni, gdzie nasi koledzy z WZZ Andrzej Kołodziej i Andrzej Butkiewicz w przeciwieństwie do Wałęsy otworzyli i uruchomili drukarnię natychmiast po rozpoczęciu strajku.

– Po sierpniowym zwycięstwie i „karnawale »Solidarności«” przyszedł stan wojenny. Pan uczestniczył w kilkudniowym strajku w Stoczni Gdańskiej.

– O stanie wojennym dowiedziałem się na dwie minuty przed północą w nocy z 12 na 13 grudnia. Tuż przed wyłączeniem telefonów zadzwonił do mnie Wojtek Bubella, mój przyjaciel z drukarni MKZ w Gdańsku. Całą pierwszą noc stanu wojennego spędziliśmy jeżdżąc od mieszkania do mieszkania, próbując ostrzec naszych przyjaciół z WZZ. Do stoczni trafiliśmy już po pierwszym wtargnięciu tam oddziałów ZOMO i spacyfikowaniu pierwszego strajku.

– Pana historia znowu związała z poligrafią…

– Wkrótce po tym, jak znaleźliśmy się w stoczni, wycofano z jej okolic stojące tam oddziały wojska i stocznia została ponownie otoczona przez ZOMO. To był znak, że zamierzają zaatakować nadchodzącej nocy. Bogdan Borusewicz nalegał, abyśmy wyszli ze stoczni i organizowali podziemną działalność, gdyż mieliśmy w tym doświadczenie. My nie byliśmy przekonani do decyzji o opuszczeniu stoczni. W pewnym momencie okazało się, że stoczniowcy pakują znajdujące się w stoczniowej drukarni powielacze w plastikowe worki i topią je w kanale, aby ewentualnie wyłowić je już po pacyfikacji. Wówczas zdecydowaliśmy, że zabierzemy jeden z nich i spróbujemy wyjść z nim ze stoczni. Udało nam się przejść obok patrolu ZOMO dziesięć minut przed godziną milicyjną. Ten powielacz służył nam w podziemiu przez ponad rok stanu wojennego. Wydrukowaliśmy na nim tysiące oświadczeń podziemnej „Solidarności”.

– Stocznia została spacyfikowana, „Solidarność” rozbita, a Pan jako opozycjonista nie mógł znaleźć pracy. W 1983 r. wyjechał Pan z Polski, najpierw do RFN, później do Stanów Zjednoczonych.

Czas stanu wojennego był dla mnie bardzo ciężki, mimo że udało mi się uniknąć internowania. Czułem się wzięty w dwa ognie. Z jednej strony komuna brutalnie rozbiła „S”, z drugiej były coraz wyraźniejsze sygnały, że grupa Wałęsy robi już układy z komunistami i że sam Wałęsa złożył władzy obietnicę zneutralizowania podziemia. Kiedy wrócił z „internowania”, te sygnały potwierdziły się całkowicie i podjąłem decyzję o wyjeździe.

– Jakby tego było mało, w stanie wojennym zmarł Pański starszy brat Marek Zborowski, również zaangażowany w działalność WZZ.

– Marek był bardzo mądrym i dzielnym człowiekiem. Sukces WZZ był również jego sukcesem. Marek prowadził aktywną działalność opozycyjną, walcząc jednocześnie z poważną wrodzoną wadą serca. Spodziewając się, jak my wszyscy, nadchodzącej zawieruchy, postanowił przed samym stanem wojennym wyjechać do Wiednia, mając nadzieję na znalezienie ostatniej szansy pomocy medycznej, której nie było w Polsce. Na granicy z Niemcami wschodnimi został wyproszony z samochodu i przetrzymany całą noc na mrozie przez straż graniczną. Nabawił się zapalenia płuc… Do Wiednia dotarł wycieńczony. Tam trafił do szpitala, w którym przez prawie pół roku walczył ze skutkami, jakie na jego sercu pozostawiła nowa choroba. Zmarł w maju 1982 roku.

– Pan wyemigrował, ale wiem, że zamierza Pan wrócić na stałe do Polski.

– Już od jakiegoś czasu żyję pomiędzy Polską, moją ojczyzną, i gościnnym amerykańskim domem. Myślę, że czas już wrócić tu, gdzie jest moje miejsce. Chociażby po to, aby będąc blisko tych miejsc, które dziś odwiedzamy, pilnować prawdy historycznej. Jeśli wszystko się uda, niedługo będę znów mieszkał w Gdańsku. Będę mógł częściej przychodzić pod pomnik Poległych Stoczniowców.

– Tego Panu życzę. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Adam Chmielecki

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę