„Solidarność” – Semper fidelis – u stóp Królowej Polski. 30. pielgrzymka na Jasną Górę

Od 1983 roku trzecia niedziela września dla ludzi pracy z NSZZ „Solidarność” jest dniem skupienia i modlitwy przed obliczem Czarnej Madonny na Jasnej Górze. To już 30., zainicjowana przez bł. księdza Jerzego Popiełuszkę, męczennika za wolność,  Pielgrzymka Ludzi Pracy. W tym roku u stóp częstochowskiego sanktuarium stanęło blisko 35 tysięcy członków i sympatyków „Solidarności”.

30. Pielgrzymka Ludzi Pracy miała swoja kulminację podczas uroczystej mszy św. na wałach jasnogórskich. Koncelebrze przewodniczyli ks. kard. Henryk Gulbinowicz i ks. Kazimierz Ryczan, biskup kielecki, Krajowy Duszpasterz Ludzi Pracy, a płomienną homilię wygłosił ks. Antoni Dydycz, biskup drohiczyński. Jak każdego roku obecna była Marianna Popiełuszko, matka bł. ks. Jerzego, inicjatora pielgrzymek ludzi pracy. Związkowcy przynieśli na Jasną Górę swoje troski, zmartwienia i nadzieje. Niektórzy, jak jeden ze stoczniowców z likwidowanej gdyńskiej Stoczni Marynarki Wojennej przyjechali z dziećmi.
- Pielgrzymka to także moment na refleksję, w jakim miejscu jest Polska praca i polski pracownik. Z tego wzgórza trzeba głośno powiedzieć słowami goryczy i rozczarowania – polski pracownik i polska praca umiera! Umiera, bo rządzący w naszym kraju z pracownika chcą zrobić bezduszny automat do produkcji dóbr, z których korzystać mają tylko nieliczni. Dziś coraz więcej polskich pracowników to pracujący biedacy. Pracują ciężko, i mimo to muszą korzystać z pomocy społecznej – wołał Piotr Duda, przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ Solidarność.

- To jest nasz, ludzi pracy, obowiązek, by kontynuować przesłanie błogosławionego księdza Popiełuszki – powiedział nam u stóp Jasnej Góry stoczniowiec Brunon Baranowski.

- Modlimy się o nasze miejsca pracy, o wsparcie dla pracowników, o nadzieję – dodał Krzysztof Żmuda ze Stoczni Północnej.
Piotr Duda zaś nawiązał do patologii pracy w Polsce 2012 roku.
- Już prawie cztery miliony ludzi pracuje na umowach śmieciowych, umowach, które traktują człowieka jak przedmiot, pozbawiają go stabilizacji w zatrudnieniu, prawa do urlopu wypoczynkowego, bezpieczeństwa socjalnego, bez składek emerytalno-rentowych, i pozostałych praw pracowniczych. Szczególnie dotyczy to ludzi młodych, którzy rozpoczynają pracę zawodową. NSZZ ‘Solidarność’ nie jest ani lewicowym, ani prawicowym związkiem zawodowym. Jest chrześcijańsko-pracowniczy. Dlatego wywodząc swój statut ze społecznej nauki Kościoła, postrzega relację pracownik-pracodawca-państwo w kategoriach wzajemnych praw i obowiązków. Jeżeli jest kryzys, wspólnie i sprawiedliwie ponosimy jego koszty. Jeżeli jest dobra koniunktura, wspólnie czerpiemy korzyści. A co mamy? Państwo, które sięga do kieszeni obywateli, łatając dziurę w zadłużonym przez siebie budżecie. Trzeba z tego miejsca powiedzieć to, co wiemy od 5 lat, głośno: rząd premiera Tuska to rząd antypracowniczy!” – stwierdził Duda  i kontynuował:

- My się nie poddajemy. Nie poddaje się ‘Solidarność’, i przedstawia rządowi kolejne propozycje rozwiązań tych problemów. Ale rządzący nie chcą rozmawiać o problemach polskich pracowników, nie widzą potrzeby prowadzenia dialogu w tak ważnych sprawach dla ludzi pracy w naszej Ojczyźnie – mówił Piotr Duda i przypomniał walkę ‘Solidarności’ z ustawą o podwyższeniu wieku emerytalnego i skargę do Trybunału Konstytucyjnego o sprawdzenie zgodności z Konstytucją tej ustawy, a także złożenie projektów ustaw o oskładkowaniu umów śmieciowych i agencjach pracy tymczasowej, wniosek obywatelski w sprawie zmiany ustawy o płacy minimalnej, skargę do Komisji Europejskiej w sprawie umów na czas określony oraz zaapelował do organizowania się i do uczestnictwa 29 września w Warszawie w marszu „Obudź się Polsko”.
Mocne słowa zawarł w kazaniu Antoni Dydycz, biskup drohiczyński. Nawiązał przy tym do  postulatów robotniczych z 1980 roku.

- Strajkujący zabiegali o godniejsze życie, a do tego potrzebna jest godziwa zapłata. A dzisiaj wielu przyznaje się do solidarnościowego rodowodu. Ale jak to rozumieć, skoro przed laty zabiegali o wolne soboty, o przejście na emeryturę w wieku lat pięćdziesięciu dla kobiet i pięćdziesięciu pięciu dla mężczyzn, a czego domagają się obecnie, nie oferując miejsc pracy? Jest w dawnych postulatach mowa o pełnej wolności w przestrzeni medialnej.  A czym wytłumaczyć to obstrukcyjne działanie „samozwańczych właścicieli przestrzeni medialnej” w odniesieniu choćby do telewizji TRWAM? To trzeci postulat mówił, że należy „udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań”. Jak to się ma do naszej rzeczywistości? I można by przytaczać wiele innych odstępstw od tego, o co – rzekomo dawniej – współcześni rządcy naszego państwa, walczyli. Naliczyłem czternaście postulatów, które nie są zachowywane obecnie. Kochani tzw. solidarnościowcy, jak to jest z waszą pamięcią? Jak to jest z wiernością słowu? – dopytywał retorycznie biskup z Drohiczyna.
Ksiądz Dydycz krytycznie też opisał stan państwa prawa i ostro skrytykował demokrację opartą na fikcji, gdzie państwu rozkazuje de facto jedna partia jak w czasach PRL.
- Stałe nowelizacje pogmatwały jeszcze bardziej i tak mało jasne przepisy. A cóż dopiero, gdy weźmiemy pod uwagę egzekucję praw, kto jest za nią odpowiedzialny? Sejm powinien w tej materii kontrolować rząd. A jest całkiem odwrotnie. Wychodzi na to, że to nie Sejm kontroluje rząd, ale rząd steruje wbrew konstytucji Sejmem.  A nawet może nie rząd, może to robi jedna partia. Czy można sobie wyobrazić większe zagrożenie dla demokracji? Czy można sobie wyobrazić, jak to się stało, że cofnęliśmy się o trzydzieści lat? Sejm jawnie nie wypełnia swojej podstawowej misji, nie kontroluje rządu. Większość rządowa blokuje każdą inicjatywę. Opozycja jest totalnie torpedowania. W ten sposób powraca „liberum veto”, groźniejsze niż dawniej, bo matematycznie osadzone, choć dalekie od odpowiedzialności. Rząd zawsze się wyżywi. Tylko przed Polakami robi się na drogach ciemno, chociaż z małymi wyjątkami. Mogą opuszczać swoją Ojczyznę i stawać się żebrakami świata. Cóż to za perspektywa? – pytał biskup Dydycz.

Zdaniem kapłana niebezpieczne jest też pogłębiający się rozziew między grupką bogaczy, a resztą społeczeństwa. Budzi to rozgoryczenie oraz może stać się zarzewiem konfliktu społecznego.
- Czy dziwią nas te potworne nadużycia, ta wzrastająca odległość, dystans pomiędzy bogacącymi się na koszt innych, a biedniejącymi obywatelami? Parę dni temu jeden z prominentnych posłów partii rządzonej chwalił się, że w Polsce wynagrodzenie średnio wynosi trzy tysiące złotych na jednego. Tylko chyba udawał, że nie wie, że ta średnia bierze się stąd, iż jeden otrzymuje 110 tysięcy miesięcznie, a pięćdziesięciu dostaje zaledwie po tysiącu? To wcale nie oznacza rozwoju społecznego, to ciągłe cofanie się. Ale inaczej być nie może, jeśli się przepłaca wykonawców?

I kontynuował:

- Dawniej na każdego 1 Maja trzeba było wszystko malować, byle
jak, ale musiało być kolorowo. To nic, że za tydzień liszai na murach było jeszcze więcej Wystarczy przykład Euro. To nic, że nawet minimalnego sukcesu nie odnieśliśmy, ale trzeba się pokazać, a po jakimś czasie drogi się rozłażą, swoim podwykonawcom nie ma czym płacić, upadają przedsiębiorstwa, wzrasta bezrobocie. Książęce gesty mają nasi ministrowie. Tylko jeśli nie są one oparte na własnym dorobku, uczciwie zgromadzonym, to przestają być gestem, są pospolitą kradzieżą, są największym grzechem, bo dotyczą okradania swoich obywateli, zwłaszcza najbiedniejszych. Nie tędy prowadzi droga do rozwoju, autentycznego, jakiegokolwiek dobrobytu. Panowie, chciałoby się powiedzieć, zwracają się do rządzących – to nie ta droga, to hańba i wstyd dla rządzących – grzmiał biskup niczym Piotr Skarga.
- Gdzie się dotkniemy, to zaraz smród: i sądownictwo, i prokuratura, i oświata, i służba zdrowia, administracja! Z boleścią to mówimy, żal nam naszej Ojczyzny. Zgromadzeni tutaj przed Tronem naszej Matki wołajmy – Duchu Święty, daj nam, daj Polsce ludzi sumienia! A jak trzeba, umiejmy wyruszyć na ulice, wziąć udział w manifestacjach – z pokorą, z kulturą, z cichością, z chrześcijańską pieśnią, z patriotycznymi wezwaniami. Jeszcze ten przywilej nam pozostał! Nie docierają nasze głosy do urzędów, do różnych osób odpowiedzialnych, dlatego twórzmy tę wspólnotę, która publicznie śle modły do Pana, aby nam dopomógł – apelował biskup drohiczyński, który też bardzo emocjonalnie odniósł się do związku:

- Powstanie „Solidarności” dało nowy impuls wszelkim organizacjom związkowym, a
zwłaszcza tym, które od drugiej wojny światowej udawały, że są związkami, krępowane na
różne sposoby, poddane całkowitej zależności od partii. To wtedy podczas wakacji 1980 roku
zaczęły się dziać rzeczy nadzwyczajne. Ruszył Lublin, dał o sobie znać Gdańsk, Gdynia,
Elbląg i Szczecin. Śląsk nie mógł pozostać w tyle. Rzecz okazała się dziwną.
Powstali rolnicy, ożywiły się wszelkie zakłady pracy, szpitale i szkoły, a nawet służby
mundurowe zatęskniły za wolnością.  Ale tak naprawdę wszystko zaczęło się od Krzyża na bramie stoczni. Od tego Krzyża, któremu wiele lat potem nie pozwolono pozostać na Krakowskim Przedmieściu, jakby obawiano się, aby kolejny raz nie przemówił autentyczną wolnością. Potem był obraz Częstochowskiej Matki i wreszcie podobizna bł. Jana Pawła II. I dużo, dużo kwiatów. I moc, moc ludzi. Brama była zamknięta, ale to tylko pozór. Mimo jej żelastwa ludzie zaczęli się rozumieć, zaczęli odkrywać wagę jedności, wspólnego działania, życzliwości, czyli Solidarności!
„Solidarni, nasz jest ten dzień,
A jutro jest nieznane.
Lecz żyjmy tak, jak gdyby nasz był wiek;
Pod wolny kraj spokojnie kładź fundament” – cytował kapłan tekst Jerzego Narbutta i nawoływał do działania i tworzenia związków zawodowych:

- Potrzebny jest czyn. Gołym okiem widać, że taka potrzeba istnieje w naszej
rzeczywistości. Nie przychodzi to łatwo. We współczesnym świecie na pierwszym miejscu stawia się zysk. Nie patrzy się na to, że ktoś może z tego powodu ponosić duże straty, że nie jest w stanie utrzymać siebie i rodziny. I dlatego rola związków zawodowych jest nie do przecenienia. Z tym jednak, że warto często przypominać pewne etyczne założenia. Warto też nawiązywać do przeszłości, zwłaszcza do tych doświadczeń, jakie Europa zdobyła dzięki etyce chrześcijańskiej poprzez działalność cechów. Cechy stały na straży właściciela, wymagały od niego kwalifikacji, sumienności. Nie było mowy o jakimkolwiek nadużyciu.
Cechy brały pod swoją opiekę pracowników, których nie wolno było krzywdzić i należało
traktować niemal jak członków rodziny. Wreszcie, dzięki cechom jakość wyrobów musiała
być pewna (…). Nie wiem, czy jest możliwa w naszych czasach harmonia właściciela,
pracownika i wyrobów? Ale z etycznych doświadczeń warto korzystać, ponieważ szczególnie pracownik jest zagrożony, zdany na łaskę i niełaskę coraz silniejszych właścicieli, niekiedy zupełnie anonimowych – zauważył biskup Dydycz.

W słowie do ludzi pracy motywem były też słowa Piotra Skargi z XVI wieku:

- Cóż będzie po waszych sejmach, które tylo samy na oddalenie i leczenie przygód i złych razów Rzeczypospolitej wam zostały, jeśli z różnemi wiatry i niestwornemi myślami, na nie się zjedziecie? I owszem, sejmy, które wam były lekarstwem na wszytki Rzeczypospolitej choroby, w jad się wam obróciły. Bo na nich więcej niezgod i odrażenia myśli jeden od drugiego i stanu od stanu przyczyniacie. Na nich się buntowania i sedycye rodzą”. Jakby to żywcem zostało wzięte z bieżących naszych doświadczeń, a przecież to cztery
wieki temu było wygłoszone i napisane.

Biskup Dydycz głośno upomniał się o prawo do wyrażania poglądów i wolność słowa, ostoi demokracji:

- Docierają do nas wieści, że ludzie zgromadzeni na cmentarzach, a nawet w kościołach -
nie wytrzymują jawnej dwulicowości. I zaczynają wyrażać swój sprzeciw na sposób może nie najbardziej właściwy dla świętych miejsc. Ale co mają robić, kiedy brak im innych okazji? My jednak, dopóki możemy, to korzystajmy z manifestacji, choćby tej najbliższej, aby wyrazić protest wobec powszechnego zakłamania – apelował biskup. Mówiąc zaś o kondycji polskiej klasy politycznej biskup Dydycz ocenił:
- Czy o to walczyli nasi poprzednicy od dwustu lat? Czy za taką perspektywę oddawali
życie? Panowie, przepraszam, ale muszę to powiedzieć: to nie ta droga, to hańba i wstyd dla rządu! I dziwić się nie trzeba, że gdy jesteście w ławach rządowych, to stać was tylko na cyniczne uśmiechy! Co więcej, posłów usiłujących pełnić swoją misję i próbujących was kontrolować traktujecie jak chłystków z obrzydliwą wyższością! – z gorzką refleksją zauważył biskup Dydycz.

Jego słowa kilkakrotnie przerywały oklaski związkowców, którzy przybyli na Jasną Górę ze swoimi sztandarami.

ASG

Download PDF
Powrót Drukuj stronę