Skandaliczny werdykt filmowych „elit” w Gdyni. „Wołyń” pominięty

Film „Wołyń” opisujący dramat naszych rodaków, mordowanych przez nacjonalistów ukraińskich i podburzone przez nich masy chłopskie – najczęściej sąsiadów ofiar, nie znalazł uznania jury gdyńskiego festiwalu. Reżyser filmu Wojciech Smarzowski przypomniał wcześniej, że Polaków na kresach zamordowano dwa razy. Pierwszy raz siekierami w 1943 i 1944 roku, a drugi raz przez występek niepamięci.

Znaczenie filmu dla polskiej zbiorowości i nowatorstwo tego tematu w kinie (od nakręconego w latach 50-tych propagandowego „Ogniomistrza Kalenia”), dla jury gdyńskiego festiwalu nie miało żadnego znaczenia.

Historycy nie wyczuli w tym filmie jednego fałszywego tonu.

Ukraińcom bolszewizm w ZSRS przetrącił kręgosłup podczas wielkiego głodu 1932-33, sprowokowanego przez czerwonych komisarzy, ale ocaleli niestety ze swoim nacjonalizmem – na zgubę Polaków – na terenach II Rzeczpospolitej, gdzie zbrodnicze idee Marksa, Engelsa i Lenina dotarły dopiero po 17 września 1939 roku.

To poruszenie „Wołyniem” Wojciecha Smarzowskiego – mam nadzieję – będzie widoczne w notowaniach tych, którzy go zobaczą, widzów obrazu, który za dwa tygodnie wejdzie do kin.

Takie są też opinie krytyków i ludzi telewizji – od Tomasza Raczka i Tadeusza Sobolewskiego, z„Gazety Wyborczej” po prezesa TVP Jacka Kurskiego.

Mimo to jury pod przewodnictwem Filipa Bajona w Gdyni ten film zignorowało. Dostał on tylko nagrodę za charakteryzację i zdjęcia (Piotr Sobociński) i za najlepszy debiut aktorski dla Michaliny Łabacz. Jury tego festiwalu urządziło sobie w ten sposób swoistą demonstrację kpiny.

A Gdynia? Cóż stała się miejscem w którym zwyciężył polityczny duszący klimat. Oto np. owacyjnie przyjęto osobę nagrodzona za montaż, która ze sceny wykrzykiwała o tym, że kobieta ma prawo do własnego ciała.

A kto okazał się zwycięzcą? Otóż laur główny przypadł „Ostatniej rodzinie” Jana Matuszyńskiego poświęconemu dwóm zbuntowanymi i „odjechanym” twórcom, czyli Beksińskiemu-ojcu i Beksińskiemu-synowi, nakręconemu według prozy naszej dziennikarskiej koleżanki Magdaleny Grzebałkowskiej. Co do „Ostatniej rodziny” jest to film nadspodziewanie wybitny.

Laury przypadły też filmowi z gatunku dramat policyjny, pt. „Jestem mordercą” w reżyserii Macieja Pieprzycy, a nagrodę za reżyserię zgarnął przeciętny i zgrany tematem film „Zjednoczone stany miłości” Tomasza Wasilewskiego, który obejży może ze 100 tys. widzów? Ale czy to ważne, skoro film to kolejny przykład tzw kina kobiecego, cokolwiek by ono znaczyło.

Wielka szkoda, że Wojciech Smarzowski nie otrzymał Srebrnych Lwów lub nagrody specjalnej. Zasłużył odwagą tematyki, którą podjął i opisał.

Wojciechowi Smarzowskiemu za „Wołyń”, tak, jak za wcześniejszą „Różę” i „Dom zły” – dziękuję. To film ważny, ważny poprzez przywracanie pamięci tych, którzy osamotnieniu, w morzu ognia musieli na swojej ziemi patrzyć – nim sami zginęli od ciosu motyką lub siekierą – na śmierć dzieci palonych w snopkach zboża, bo państwo podziemne nie potrafiło, nie umiało im pomóc. Ich bezimienne groby są pieczęcią kanclerską Rzeczpospolitej na wschodzie. Tego gdyńskie jury zrozumieć nie potrafi. Inna szkoła, inne wychowanie…Tylko dlaczego oni działają od dekad za nasze pieniądze?

Artur S. Górski

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę