Rosną płace, ale nie wszystkim

Z nagłówków gazet dowiadujemy się, że w Polsce znacznie wzrosło przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw. W mass mediach podaje się, że od początku roku 2017 pensje są wyższe o około 300 zł brutto. W styczniu średnia pensja wynosiła 4277,32 zł brutto, a w październiku 4574,40 zł brutto i jest to kwota podana bez wypłat nagród z zysku. W stosunku do września 2016 r. jest ona wyższa o 7,4 proc. Główny Urząd Statystyczny podkreślił, że jest to najlepszy wynik od dziewięciu lat (od 2008 r.). Wiele osób z niedowierzeniem przyjmuje tę informację i zastanawia się, kto w Polsce tak dużo zarabia i na jakiej podstawie opracowuje się te dane? Minimalna płaca (od 1 stycznia 2018 r.) wynosi 2100 zł brutto. Większość pracowników przynosi do domów około 2 tys. zł, a więc ich pensja to około 3 tys. zł brutto. Niemniej jest to i tak więcej od tego, co zarabiali 2-3 lata temu.

GUS w comiesięcznych wyliczeniach uwzględnia przedsiębiorstwa zatrudniające przynajmniej 9 osób, co stanowi niecałe 5 proc. zarejestrowanych w Polsce firm. W pierwszym kwartale 2017 r. pracowało w nich prawie 6 milionów osób, czyli ok. 60 proc. wszystkich pracowników zatrudnionych w podmiotach gospodarki narodowej. Pozostałe ponad 95 proc. rodzimych przedsiębiorstw, a jest ich ponad 4 miliony, w ogóle nie jest brane pod uwagę do tych przeliczeń. Inaczej mówiąc, średnią miesięczną płacę w Polsce wylicza się na podstawie zarobków osób zatrudnionych w niecałych 5 proc. przedsiębiorstw zarejestrowanych w kraju. Ponadto do wyliczeń owych średnich pensji dokłada się zarobki menadżerów, kierowników, szefów, aczkolwiek nie wlicza się w to nagród z zysku. Tak na marginesie, we wrześniu 2017 r. osób zatrudnionych w Polsce było 17 359 000, ale tylko trochę ponad 11 milionów pracowało w produkcji, czyli w firmach wytwarzających dochód narodowy. Pozostałe ponad 5 milionów zatrudnionych pracuje w różnych działach budżetówki, w to wliczane jest szkolnictwo, placówki kulturalne, policja, wojsko…

Stagnacja u Kowalskiego

W oświacie mamy trudną sytuację – mówi Wojciech Książek, członek Prezydium Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”, a także przewodniczący regionalnej Sekcji Oświaty i Wychowania. – Ostatnia realna podwyżka była we wrześniu 2012 r. Wówczas średnia płaca nauczyciela, mówimy o średniej dla wszystkich stopni awansu zawodowego, była wyższa niż w sferze produkcyjnej. W 2017 r. dla całej sfery budżetowej zaplanowano wzrost płac o 1,3 proc. Jest to zdecydowanie za mało, bo w tym samym roku płace w sferze produkcyjnej wzrosły o 7,5 proc. Średnia płaca w oświacie praktycznie stoi, czyli w stosunku do inflacji się cofa. Należy nie zapominać, że ponad 20 proc. osób pracujących w szkole stanowią pracownicy administracji i obsługi. Paniom sprzątającym pomogło ustalenie na rok 2017 płacy na minimalnym poziomie 2000 zł brutto, a od stycznia 2018 roku 2100 zł. Bywało jednak tak, że one zarabiały poniżej płacy minimalnej, wówczas dopłacały urzędy pracy.

raport01-2018-1

Obok miesięcznych wyliczeń, raz na kwartał GUS podaje średnią płacę w całej gospodarce narodowej, uwzględniając również małe przedsiębiorstwa zatrudniające mniej niż 9 osób. Wówczas średnia pensja różni się od tej wyliczanej co miesiąc o kilkaset złotych, jest to mniej o nawet 40 proc. niż średnia krajowa. Bardziej wiarygodne zarobki podaje mediana. Mediana jest wartością przeciętną, średnią, dzielącą wszystkie dane na pół. Jest miarą statystyczną, która lepiej niż średnia oddaje tendencję centralną wyników, ponieważ średnia może być zaburzona przez wyniki skrajne. Mediana wynagrodzeń pracowników w 2016 r. wyniosła 2650 zł brutto, czyli 1900 zł netto. Mimo wszystko i te pensje wzrastają, chociaż wielu Polaków twierdzi, że zbyt wolno.

Najniższa pensja (do końca 2017 r. wynosiła 2000 zł brutto) od 1 stycznia 2018 r. została podniesiona o 100 zł brutto. Podobnie jest z płacą za godzinę, dotychczas wynosiła 13 zł brutto, a od stycznia 2018 r. jest to 13,70 zł brutto. Przeciętnemu Kowalskiemu trudno jest za taką pensję utrzymać rodzinę, ale wzrost nastąpił. Według BZ WBK w stosunku do października 2016 r. wzrost pensji sięgnął 7,4 proc., chociaż zakładano, że w najlepszym przypadku będzie to wzrost na poziomie 7,1 proc.

W 2017 r. w sposób istotny została podniesiona płaca minimalna. Dawało to szanse na realizację w ciągu kilku lat naszego postulatu mówiącego o tym, że płaca minimalna będzie stanowiła 50 procent średniej płacy krajowej. Niestety, propozycje przyjęte na 2018 rok nas od tego celu oddalają. Naszym zdaniem warto wykorzystać wzrost gospodarczy na podniesienie wynagrodzeń – mówił w rozmowie z „Magazynem Solidarność” Krzysztof Dośla, przewodniczący Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”.

Światełko w tunelu

GUS podaje, że wzrosły pensje, ale ten wzrost nie obejmuje całego rynku – mówi Irena Jenda, przewodnicząca Sekcji Służby Zdrowia Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”. – Te dane nie mają nic wspólnego z poziomem wynagrodzenia w służbie zdrowia. Ustawa, tak zwana „podwyżkowa”, podniosła wynagrodzenie zasadnicze o kilka, kilkanaście złotych. W wielu zakładach pracownicy niemedyczni nie dostali nic. Co prawda pielęgniarki otrzymały trzecią transzę „zembalówki”, a ratownicy pierwszą transzę „radziwiłłówki”. Niemniej w dalszym ciągu wynagrodzenia pracowników medycznych i niemedycznych zatrudnionych w służbie zdrowia są nieadekwatne do wykonywanej pracy i poziomu odpowiedzialności. Dla przykładu podam wynagrodzenie zasadnicze fizjoterapeuty pracującego w szpitalu (wyższe wykształcenie, pięcioletni staż pracy) – to 2400 zł brutto, a wynagrodzenie minimalne wynosi od 1 stycznia 2018 r. 2100 zł brutto. O czym tu więcej mówić? Może o tym, że ceny żywności idą mocno w górę.

Wpływ na wzrost pensji ma spadające bezrobocie, obniżony wiek emerytalny, chociaż od września do końca października 2017 r. tylko 81 proc. uprawnionych do emerytury zdecydowało się na złożenie wniosku o jej przyznanie i w 55 proc. były to osoby nieaktywne zawodowo, osoby będące na rentach z tytułu niezdolności do pracy lub osoby pobierające świadczenia przedemerytalne. Pracodawcy odczuwają też znaczne braki kadrowe, więc chcąc zatrzymać pracownika podnoszą mu pensję. Stale poszukują wykwalifikowanych pracowników i tym oferują wysokie gaże. Dlatego rosną dysproporcje w zarobkach. Odejście od szkolnictwa zawodowego i „sprzedawanie” dyplomów na uczelniach prywatnych doprowadziło do zlikwidowania wielu zawodów oraz wypuszczania na rynek pracy osób bez kwalifikacji. Przygotowanie tych ludzi do wykonywania czynności wymaganych przy produkcji w danym zakładzie wymaga czasu. Wpływ na wzrost pensji ma też przyśpieszenie tempa konsumpcji wyraźnie odczuwalne w IV kwartale 2017 r.

Praca nie dla wszystkich

Szczęśliwie jak na razie w Polsce zaczyna brakować nie miejsc pracy, lecz pracowników. Zdecydowanie zwiększa się liczba osób zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw i właśnie w tym sektorze wynagrodzenia wzrastają najszybciej. Brak rąk do pracy przekłada się na wysokość pensji. Rąk do pracy brakuje w handlu, pomimo zatrudniania pracowników zza wschodniej granicy. Biedronka od 1 stycznia 2018 r. postanowiła podnieść pensje, notabene już po raz kolejny. Po podwyżce sprzedawca kasjer otrzyma 3250 zł brutto, a pracownicy z dłuższym stażem będą mogli zarobić nawet 3550 zł brutto. Ten sam problem występuje w ochronie, w budownictwie. Sławomir Wagner, prezes Polskiej Izby Ochrony, wypowiadając się na łamach „Rzeczpospolitej” stwierdził, że w branży usług ochroniarskich brakuje od 15 do 20 tysięcy pracowników. Wakaty są też w Poczcie Polskiej. Dlatego tam wynagrodzenie wzrosło o 20 proc. Zdecydowanie inaczej wygląda rynek pracy chociażby w szkolnictwie.

Płaca nauczyciela stażysty po studiach, z pełnymi kwalifikacjami, wynosi 2294 zł brutto, gdy tymczasem płaca w Biedronce to około 2700 zł brutto plus ok. 300 zł premii – kontynuuje Wojciech Książek. – To grozi regresem, jeżeli chodzi o zainteresowanie pracą w szkolnictwie i nie jest tylko sprawą płac, ale godności zawodu nauczyciela i przyszłości Polski. Jeżeli chodzi o pracowników administracji i obsługi, to 1 sierpnia 2017 r. znowelizowano rozporządzenie o wynagrodzeniach pracowników samorządowych, które mówi, że stawka zasadnicza nie może być mniejsza niż 1700 zł brutto. Uzupełnia się je funduszami, premiami, aby płaca minimalna była realizowana. Jest to przynajmniej lepsza podstawa do negocjacji.

raport01-2018-2

Będzie lepiej

Interesujące rozwiązanie w kwestii wzrostu płac wprowadzili radni Częstochowy. Od sierpnia 2017 r. na terenach specjalnych stref ekonomicznych (Częstochowa ma dwie SSE: Katowicką i Mielecką) obowiązuje zasada, że inwestujący tam przedsiębiorcy będą mogli ubiegać się o zwolnienie z podatku od nieruchomości pod warunkiem zaoferowania pracownikom płacy równej co najmniej 150 procentom minimalnego wynagrodzenia. Ta propozycja częstochowskich radnych wskazuje na fakt, że w Polsce wynagrodzenia muszą wzrastać i wzrastają. Wzrost wynagrodzeń ściśle wiąże się z podnoszeniem standardów zatrudnienia, zwiększeniem jego stabilności oraz poprawą pespektyw rozwoju zawodowego. Ta zachęta dla inwestorów SSE przynosi pozytywne skutki dla pracowników, inwestorów, a także dla miasta, bo zwiększa się liczba inwestycji, wzrasta zatrudnienie, wzrastają dochody wszystkich stron.

Wzrost płac zauważalny jest nie tylko w Polsce, ale również w pozostałych krajach Europy wschodniej należących do Unii. Niskie zarobki doprowadziły do odpływu siły roboczej do państw zachodnich. Najbardziej odczuwalne jest to na Łotwie, Litwie i w Estonii. Polska braki kadrowe rozwiązuje przyjmowaniem pracowników imigrantów, głównie z Ukrainy – przyjęliśmy ponad milion Ukraińców. W przeciwieństwie do wschodnich terenów Eurolandu w krajach zachodnich płace spadają. Mimo wszystko są one nadal na tyle jednak atrakcyjne, że Polacy nie rezygnują z zarabiania na Zachodzie. W 2014 r., jak podaje Eurostat, przeciętne miesięczne wynagrodzenie w Polsce stanowiło około 40 proc. średnich zarobków w całej UE. W stosunku do Luksemburga zarabialiśmy średnio 23 proc. tego, co zarabiali oni. W styczniu 2017 r. znajdowaliśmy się na 17. miejscu – w Luksemburgu średnia płaca wynosiła 1999 euro, a w Polsce 453 euro. Obecnie, jeśli chodzi o minimalne wynagrodzenie, plasujemy się w UE na 12. miejscu, a nasze minimum jest o połowę mniejsze niż w USA.

Maria Giedz

Download PDF
Powrót Drukuj stronę