Pracodawcy, którzy biją

Złamana kość oczna i możliwość utraty wzroku w jednym oku – to efekt spotkania Mirosława Lityńskiego z Siemianowic Śląskich ze swoim pracodawcą. Pan Mirosław jest zawodowym kierowcą, więc takie obrażenia mogą uniemożliwić mu dalsze wykonywanie tej pracy. Całą historię dokładnie opisały media.

Pod koniec września 44-letni Lityński postanowił zwolnić się z firmy transportowej, w której pracował od stycznia br. Powodem była zła atmosfera w pracy i konflikt z Tomaszem D. – „prawą ręką” właściciela przedsiębiorstwa Roberta N. W reakcji na prośbę o rozwiązanie umowy Mirosław Lityński otrzymał wypowiedzenie z… jednodniowym terminem. Przyjął je, bo jako alternatywę otrzymał groźbę zwolnienia dyscyplinarnego.

W sobotę 5 października Lityński spotkał się z pracodawcą przed swoim domem, aby odebrać kilka tysięcy złotych zaległego wynagrodzenia i świadectwo pracy. Po załatwieniu formalności Lityński został nagle zaatakowany przez uzbrojonego w kastet Tomasza D. Po ciosach w twarz stracił przytomność i trafił do szpitala w Sosnowcu. Całe zdarzenie widziała żona Mirosława Lityńskiego, zarejestrowały je także znajdujące się w pobliżu kamery monitoringu.

Śledztwo w sprawie wszczęła już Komenda Miejska Policji w Siemianowicach Śląskich. Pan Mirosław chce się teraz skupić na powrocie do zdrowia. W poniedziałek był umówiony na rozmowę kwalifikacyjną w innej formie, z oczywistych względów nie poszedł na nią…

To kolejny głośny przypadek skandalicznego i przestępczego zachowania się pracodawców wobec pracowników upominających się o swoje prawa. Od kilku tygodni głośno jest o sprawie Dominika Barszcza, który nie mogąc doprosić się zaległego wynagrodzenia zagroził swojemu pracodawcy powiadomieniem Państwowej Inspekcji Pracy o nieprawidłowościach w firmie. Szef i wspólnik wywieźli go do lasu i grożąc śmiercią kazali kopać grób. Pobili go, odcięli cztery palce i zostawili, sądząc, że nie żyje. Dominik Barszcz cudem się uratował – doczołgał do pobliskiej drogi, skąd trafił do szpitala.

Porównując obie sytuacje, można stwierdzić, że były już szef Mirosława Lityńskiego to prawdziwie „ludzki pan”. Panu Mirosławowi nikt nie kazał przecież kopać grobu…

Puenta jest jednak smutna – wiemy już, chociażby z kontroli inspekcji pracy, że wobec trudnej sytuacji na rynku pracy polscy pracownicy godzą się na pracę na tzw. umowach śmieciowych lub wręcz pracę „na czarno”. Wygląda jednak na to, że pod tymi nagannymi zjawiskami kryje się jeszcze większy dramat, a walczący o utrzymanie siebie i swoich rodzin pracownicy godzą się często na łamanie swojej godności i traktowanie przez pracodawców jak towar. Jeśli takie przypadki nie przekonują władz do uporządkowania stosunków pracy w Polsce i egzekwowania prawa pracy, co to je może przekonać?

ACH

Download PDF
Powrót Drukuj stronę