Polityka prospołeczna nie jest po stronie kosztów. To jest inwestycja

- Inwestowanie w politykę prospołeczną nie jest kosztem. To jest właśnie inwestycja. Jak pisaliśmy kiedyś w raporcie „Polska praca 2010”, do 2060 roku Polaków będzie o 20 procent mniej. Jak mamy mówić o rozwoju kraju, jeśli w perspektywie czasowej jest mniejszy rynek, mniej pracowników? Demografia jest kluczowa, bo jest to „być albo nie być”, a nie jest kwestią „ile to kosztuje?” – mówi dr Stephane Portet, ekonomista i socjolog, założyciel S.Partner, autor licznych publikacji dotyczących ekonomii, stosunków pracy, polityki społecznej oraz dialogu społecznego w Polsce, ekspert NSZZ „Solidarność”,

– Przyjechał Pan do Polski z tak zwanego Zachodu. Czy po 1989 roku daliśmy się uwieść Zachodowi, który zaproponował nam neoliberalną rewolucję na wzór Chile, a może i Boliwii? Czy przyjęliśmy wówczas najlepszą drogę transformacji?

– Moja wizja Zachodu jest nieco odmienna od polskiej. Przede wszystkim wówczas w Polsce zaaplikowano rozwiązania, które nie były implementowane na Zachodzie. Na początku transformacji Polska była używana jako laboratorium, miejsce eksperymentów liberalnych. Pakiet rozwiązań dotyczący polityki społecznej był promowany przez Bank Światowy, a nie przez Unię Europejską, która wówczas nie miała pod ręką żadnego programu z zakresu tejże polityki. Miał go Bank Światowy. Jednym z jego elementów były oparty na trzech filarach program emerytalny. Wprowadzone zostały rozwiązania, które nie były – jak nam wmawiano – zachodnie, ale były bliskie Ameryce Łacińskiej i wprowadzane w Chile. Okazało się, że jest tutaj miejsce na eksperymenty.

– Polska stała się miejscem eksperymentów liberalnych?

– Trudno byłoby je prowadzić na Zachodzie. Wykorzystany został czas wychodzenia z komunizmu tej części Europy. Stąd płynęły bardzo liberalne głosy nawet na tle Unii Europejskiej. W Polsce nawet wdrażano pewien rodzaj thatcheryzmu. Ale thatcheryzm umarł. Dzisiaj brytyjscy konserwatyści luzują dyscyplinę finansową. Deficyt publiczny w Anglii jest większy niż na przykład we Francji. Socjaldemokraci w Polsce są bardziej liberalni niż angielscy konserwatyści.

– W prezydenckiej kampanii wyborczej nastąpiło zwarcie kandydatów, które jest echem rywalizacji Polski socjalnej z Polską liberalną. Kandydat opozycji Andrzej Duda proponuje  pakiet społeczny. Podpisał nawet pakt z „Solidarnością”. Oponenci zarzucili mu, że to utopia, że nie ma pieniędzy na rozwiązania prospołeczne. Czy nas stać na prospołeczny program?  

– Ależ programu prospołecznego nie należy lokować po stronie kosztów. Weźmy demografię. Inwestowanie w politykę prospołeczną nie jest kosztem. To jest właśnie inwestycja. Jak pisaliśmy kiedyś w raporcie „Polska praca 2010”, do 2060 roku Polaków będzie o 20 procent mniej. Jak mamy mówić o rozwoju kraju, jeśli w perspektywie czasowej jest mniejszy rynek, mniej pracowników? Demografia jest kluczowa, bo jest to „być albo nie być”, a nie jest kwestią „ile to kosztuje?”. Za kilkanaście lat mamy korzystać z tego, co zainwestujemy w politykę prorodzinną, w dzieci, które, już jako podatnicy, będą nam zapewniały dobrobyt. A ile nas będzie kosztował i już kosztuje spadek urodzin? Dlatego z naszych składek i podatków mamy finansować politykę prorodzinną. Ja to traktuję jako inwestycję w nasze emerytury.

– Był czas, że pracujący mężczyzna mógł utrzymać rodzinę. Dzisiaj pracuje on, żona, dziecko na zmywaku za granicą i z trudem wiążą koniec z końcem. Jednocześnie sfera najbogatszych kumuluje owe bogactwo…

– Pogłębia się różnica w podziale wypracowanego bogactwa między podmiotami, które z niego żyją, czyli między pracowników, a właścicieli kapitału. Mam na myśli banki, akcjonariuszy. Na Zachodzie ten spadek udziału wytwórców w podziale wypracowanego bogactwa spadł z 60 procent do 35 procent na niekorzyść pracowników. Sam model rodziny, w której dwie strony pracują, jest dla mnie ważny, to jest przecież pole do samorealizacji.

– Stąd spadek wartości wynagrodzeń, czyli ceny zapłaconej za pracę?

– Wynagrodzenia nie nadążają za efektywnością pracy. W Polsce zarabiamy mało, ale pracujemy dużo, by przeżyć. Francuz czy Niemiec nie tylko ma trzy razy wyższą pensję, ale pracuje o jedną trzecią krócej. W Niemczech pracownik pracuje 30 godzin w tygodniu, a jego kolega, robiący to samo w Polsce, 40 godzin.

– Polska praca nie jest w cenie?

– Mamy często pracę, na przykład w montowniach, która nie jest specjalistyczna, jest więc mało płatna, ma niską wartość. Wystarczy, by przeżyć, ale już nie na wydawanie na usługi, na wizyty w restauracjach, na wyjazdy, na opiekunki do dzieci.. Marnie zarabiający nie skorzysta ze sfery usług, bo nie jest skłonny do wydawania na nie pieniędzy. Jeśli tutaj, w sercu Europy, wykonujemy taką samą pracę, która możne być wykonana w Bangladeszu, to jesteśmy skazani na upadek. Chyba że zaczniemy robić coś, czego nie zrobią w Bangladeszu. Zadowalamy się stworzeniem miejsc pracy, a nie żądamy transferu technologii, innowacyjnych rozwiązań. Miejsce pracy oparte na wyższych technologiach jest więcej warte, bo tworzy kolejne dziesiątki miejsc pracy.

Rozmawiał Artur S. Górski

(całość rozmowy ze Stephanem Portetem opublikujemy w czerwcowym „Magazynie Solidarność”)

Download PDF
Powrót Drukuj stronę