Pikieta w obronie praw pracowników Makro Cash & Carry

Chcą większego zatrudnienia i wyższego wynagrodzenia. Chcą zmian w polityce płacowej, uszanowania wkładu pracowników w rozwój firmy, zrozumienia potrzeb socjalnych i bytowych, zmniejszenia obciążenia pracą, tak aby jeden pracownik nie musiał wykonywać czynności za trzy osoby. Bezskutecznie, jako członkowie „Solidarności”, próbowali o tym rozmawiać z pracodawcą. Zorganizowali więc wiec informujący polskie społeczeństwo o sytuacji pracowników handlu w Makro Cash & Carry Polska S.A. Spotkali się w niedzielę 19 sierpnia 2018 r. na łące, tuż za płotem lotniska Okęcie, przy Alei Krakowskiej w Warszawie, naprzeciwko wielkiego budynku niemieckiego koncernu Metro Group, którego są pracownikami. Na parkingu przed budynkiem zarządu firmy, w której pracują nie wolno im było pikietować.

Zdjęcia: Maria Giedz

 

Przyjechali z różnych stron Polski: z Gdańska, Gdyni, Lublina, Zielonej Góry, Rzeszowa, Krakowa, Torunia, Poznania, Wrześni, Chełmna, Świecia, Strzałkowa, Gądek, Olsztyna, Białegostoku, Torunia, Koszalina, Warszawy… Razem prawie 300 osób. Wszyscy są członkami „Solidarności” i pracują w sklepach wielkopowierzchniowych. Większość z nich jest pracownikami Makro Cash & Carry, należącego do niemieckiego koncernu Metro Group. Stawili się też koledzy z Biedronki, Auchan, Tesco, H&M…, wspierając pikietujących.

Na parking przed budynkiem Zarządu Makro Polska S.A. nie mieli prawa wstępu, chociaż pierwotnie właśnie tam miała się odbyć pikieta. Okazało się, że krakowska firma Buma administrująca terenem w Warszawie, gdzie siedzibę ma Makro, wysłała 13 sierpnia br. do Komisariatu Policji w Warszawie prośbę o wsparcie policji, gdyż ich zdaniem pikieta jest nielegalna.

Zabrakło pracodawcy

Podczas pikiety Związkowcy przeczytali memorandum skierowane do Zarządu Makro Polska S.A., które w poniedziałek 20 sierpnia zostało przekazane na ręce przedstawicieli zarządu firmy. Nie mogli tego zrobić podczas pikiety, bo nikt ani z zarządu, ani z pijar u Makro nie pojawił się na wiecu. W memorandum znalazły się między innymi takie słowa:

My pracownicy Makro, tu stojący na tym placu… chcemy pracować w firmie, rozwijać się zawodowo, ale i materialnie, co jest zasadniczym elementem życia ludzkiego, dlatego też akcentujemy nasze problemy, chcemy zmieniać oblicze firmy na bardziej przyjazne pracownikom. Podstawowym problemem jest zaspokojenie potrzeb finansowych pracowników, w takim stopniu aby pracownik nie myślał tylko i wyłącznie o przeżyciu lub wegetacji.

Pojawienie się pracowników określanych jako wielozadaniowi, co jest związane z szeroko pojmowanym pojęciem optymalizacji, stanowi podstawowy problem. Pracownik, który wykonuje pracę za trzy osoby jest rozliczany ze wszystkich zadań mu powierzonych. Oczywiście nie może być w trzech miejscach jednocześnie. Obciążenie pracą w takim przypadku jest duże, ponad jego siły co w konsekwencji prowadzi do zwolnień lekarskich, co powoduje jeszcze większy natłok pracy…”

- Do protestu doszło dlatego, że pracodawca jedynie pozoruje dialog społeczny, a na argumenty Związkowców pozostaje głuchy – mówił Robert Szmagaj, przewodniczący „Solidarności” w Makro Cash & Carry Polska S.A. – Pracodawca okopał się na stanowisku. Nie jest w stanie dokonać jakichkolwiek regulacji płacowych, a od nas oczekuje postulatów, które nie są związane z budżetem pracodawcy, co jest czystą abstrakcją, bo obojętnie jaką zastosujemy formę naszych oczekiwań, zawsze będzie to powiązane z budżetem. Szefostwo nie ujawnia informacji o wynikach finansowych spółki, konsekwentnie odmawia rozpoczęcia rozmów o podwyżkach oraz stwarza fałszywy obraz wspólnoty organizacyjnej. Wmawia pracownikom, że wszyscy są jednakowo ważni, po czym odmawia uczciwego podziału zysków.

- Chcemy mieć wgląd do dokumentacji, do wyników ekonomicznych, tak jak mają związki zawodowe na Zachodzie – dodał Alfred Bujara, przewodniczący Prezydium Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność”. – One wiedzą jakie zyski dana korporacja wypracowuje. My tego w Polsce nie wiemy. Wszystko jest ukrywane. Chodzi nam o prawdziwe koszty, które są transferowane pomiędzy spółkami pomiędzy Niemcami a Polską. Tu jest szkopuł. My wiemy o co się upominamy. Głowy do góry! Razem możemy zwyciężyć i razem wygramy.

Skandowanie: „Solidarność”, „Solidarność”…, gwizdanie, buczenie, trąbienie

Ze sceny padały gorzkie słowa. Mówiono o zdezelowanym, starym sprzęcie, na którym pracuje się w Makro, o wypadkach przy pracy w związku ze złym stanem technicznym wielu urządzeń, o zniszczonych, wymagających generalnego remontu budynkach.

– Jak pada deszcz, to woda leci nam na głowy, spadają nam nawet części sufitu – mówiła Barbara Wiśniewska z Makro w Ząbkach. – Towar jest zabezpieczany foliami, bo moknie. Mamy dziurawy dach. Nasza hala się zawali.

Wspomniano też o brakach kadrowych na wszystkich stanowiskach, m.in. wśród pracowników ochrony, którzy w pojedynkę nie są w stanie pilnować dużej hali sklepowej, co powoduje spore straty w towarze. Przypomniano, że w Makro nie ma układu zbiorowego pracy, nie prowadzi się żadnego dialogu społecznego. Pracę po wolnej niedzieli rozpoczyna się w poniedziałek o godz. 0.15. Podkreślano też, że na halach brakuje towaru, że jest on drogi, o co mają pretensje klienci.

– Protestujemy przeciwko złym warunkom pracy w Grupie Metro – stwierdził Alfred Bujara. – Upominamy się o swoje prawa. Nie zgadzamy się na to, co nam ten międzynarodowy pracodawca funduje. W Niemczech pracownicy zarabiają czterokrotnie więcej, a wydajność pracy jest dwu, trzy krotnie mniejsza niż w Polsce…. Jesteśmy tanią siłą roboczą do wyprowadzania zysków z Polski i to w świetle prawa. Dlatego pracodawcy nie chcą z nami rozmawiać. Dzisiaj nawet Ukraińcy nie chcą pracować w sieciach.

Daniel Cichocki, członek Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „S”, a także członek prezydium KZ „S” w Makro zastanawiał się, czy przypadkiem pracodawca swoją postawą nie chce doprowadzić do upadłości firmy skoro stażystom płaci więcej niż wieloletnim pracownikom. Wspomniał też o dodanych dyżurach „MOD” (menadżer hali, który pełni dyżur jest odpowiedzialny za całą halę i wszystko co się na tej hali dzieje, a więc wypadki, dzieci, które wejdą na halę i coś się im stanie, za pineski wbijające się w buty, za stan zdrowia pracownika…), które pełni się za darmo.

Razem możemy więcej

Jedna z pracownic Makro z Koszalina pojawiła się na pikiecie w czarnej koszulce, na której z tyłu widniał napis:

Nie lubisz

związków zawodowych?

Ok, w takim razie zrezygnuj z

 wolnych weekendów,

płatnego urlopu,

40-godzinnego tygodnia pracy,

płatnych nadgodzin,

urlopu rodzicielskiego,

ubezpieczenia zdrowotnego…

i wielu innych rzeczy, które przez lata

wywalczyli właśnie związkowcy!

Oni w przeciwieństwie do Ciebie

stają w obronie swoich praw.

Razem możemy więcej!

Występując na scenie dodała: – My lubimy Makro, lubimy pracować, ale nie lubimy tego, że kiedy przychodzą nowi pracownicy, to każą nam ich uczyć, a oni zarabiają tyle samo co my bądź więcej. Jak mam się czuć, przekazując swoją wiedzę, która kosztuje, którą nabyłam pracując 10 lat w Makro, a zarabiać mniej od osoby, która się dopiero uczy. Na dodatek ta osoba po trzech miesiącach odchodzi, bo dla niej nasza praca jest zbyt trudna. Czy to jest sprawiedliwe?

Na pikietę przybyli także przedstawiciele Krajówki, w tym Dariusz Paczuski, reprezentujący „S” w Auchan, a jednocześnie przewodniczący Regionalnej Sekcji Pracowników Handlu NSZZ „Solidarność”, który stwierdził, że „trzeba wywalczyć lepsze jutro dla pracowników sieci handlowych.” Uznał też, że to „koniec totalnego wyzysku!” Dotarli również członkowie Rady Pracowników Handlu, jak Ewa Chełminiak, przewodnicząca KZ NSZZ „S” Centrum Logistycznego H&M.

Lekcja wychowania

Najliczniejszą grupą do Warszawy dotarli Związkowcy z Regionu Gdańskiego. Wśród nich była 11 letnia Monika, towarzysząca mamie i siostrze pracownicom gdańskiego Makro. Miała ze sobą chustkę z napisem „Solidarność” i trąbkę. Po pikiecie tak ją skomentowała:

- Najbardziej na tej pikiecie podobało mi się to, że ludzie wychodzili na scenę i odważnie wypowiadali swoje zdanie. Nie bali się mówić o problemach w pracy. Zaimponowała mi pani, która opowiedziała historię swojej koleżanki, wychowującej dwójkę dzieci, a zarabiającej 1300 zł na rękę. Wiem jak to jest ciężko za takie pieniądze przeżyć. Moja mama była w podobnej sytuacji, wychowywała nas trójkę. Siostra i brat już zaczęli pracować, więc jest lżej. Jeśli znowu mama z siostrą będą jechać na taki wiec, to ja też pojadę. Będę je wspierać, bo to taka nasza solidarność – stwierdziła Monika, uczennica 5 klasy.

Iwona Osenkowska, jako przedstawiciel Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „S”, przez lata również handlowiec, przypomniała, że na pracodawców nic tak nie działa, jak praca zgodnie z zasadami BHP.

Dużą grupę wsparcia stanowili członkowie „S” z wielkopolskich Biedronek. Na pikietę przyjechali niemal z całym przedszkolem. Razem było ośmioro dziećmi. Najmłodsze miało 3 lata.

- W Biedronce mamy te same problemy negocjacyjne, co w Makro – twierdzili pracownicy poznańskiej Biedronki. – Warunki pracy i płacy pogorszyły się, kierownictwo nie ma koncepcji na zatrzymanie pracowników. Nie przyjmuje się nowych. Wielu pracowników jest wyczerpanych i psychicznie i fizycznie, więc odchodzi. Tak samo jest w Makro, dlatego przyjechaliśmy ich wesprzeć.

Pracownicy Makro chcą aby wynagrodzenia dla każdego pracownika spółki wzrosły o 400 zł brutto, czyli 280 zł na rękę. Domagają się też tzw. stażowego w wysokości 1 proc. za każdy przepracowany rok, ale dopiero po przepracowaniu 5 lat. Taka zmiana pozwoliłaby przybliżyć poziom płac do pułapu średniej krajowej w branży handlowej, która wynosi obecnie 2 631 zł brutto. Związki zastrzegły, że nie ma zgody na dalsze zamrażanie pensji, co miało miejsce w ostatnich miesiącach, na przeciążenie pracowników obowiązkami, co dzieje się od wielu lat, ani na marginalizowanie związków zawodowych.

„Solidarność” jest jedynym związkiem w Makro i za przynależność do niego pracownicy są szykanowani. Dlatego większość uczestników pikiety, którzy pracują w Makro, prosiła, aby nie wymieniać ich z imienia i nazwiska. Wielu ich kolegów nie zdecydowało się na przyjazd do Warszawy, bo się obawiało się konsekwencji.

Tekst i zdjęcia Maria Giedz

 

Download PDF
Powrót Drukuj stronę