Nie zmarnować energii

Rozmowa z prof. Markiem Latoszkiem, socjologiem z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego i Kaszubsko-Pomorskiej Szkoły Wyższej, członkiem NSZZ „Solidarność” od 1980 r.

prof. Marek Latoszek. fot. Adam Chmielecki

 

– Niedawne premiery dzieł poświęconych Lechowi Wałęsie, a pośrednio także historii „Solidarności” – mam na myśli film Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” oraz książkę Sławomira Cenckiewicza „Wałęsa. Człowiek z teczki” – po raz kolejny otworzyły dyskusję o początkach „Solidarności”. Jest Pan autorem unikatowych badań socjologicznych dotyczących wspomnień uczestników strajków w sierpniu 1980 r. Jak z tej perspektywy jawi się Sierpień ’80 i „Solidarność”?

– To wyjątkowe wydarzenie i ruch w historii najnowszej Polski z jednego, najkrócej mówiąc, powodu – zwykli ludzie zrobili coś wielkiego. Z punktu widzenia socjologa wyjątkowe było też połączenie wysiłków dwóch klas – jak powiedzielibyśmy wówczas, a dziś – grup społecznych, czyli robotników i inteligencji. W pamiętnikach uczestników strajków, które opracowywałem, regularnie zauważałem te same wartości i emocje, głównie determinację, niezgodę na swoją sytuację, chęć do rewanżu za wcześniejsze lata, represje i trudną sytuację materialną.

– Rewanżyzm – to brzmi dość brutalnie i pejoratywnie. „Solidarność” była zwykłą zemstą robotników na władzy?

– Była rewanżem w dobrym znaczeniu tego słowa. Społeczeństwo – czy raczej jego część, w tym zawsze niepokorni stoczniowcy – chciało zmiany i uzyskania podmiotowości w państwie. W sierpniu 1980 r. ludzie przełamali strach, ale dojrzewali do tego stopniowo już wcześniej. Pod koniec lat 70. badałem rodziny robotnicze w Gdańsku i widziałem tam niezgodę na rzeczywistość. Nie do końca umiałem to zinterpretować. Po kilku latach, gdy wybuchła „Solidarność”, zrozumiałem, że to było jej podglebie.

– Czy podobne nastroje, zachowując wszelkie ustrojowe i historyczne proporcje, zauważa Pan w obecnej Polsce? Niedługo minie ćwierć wieku od początku transformacji i wydaje się, że klimat społeczny w dotychczasowej historii III RP nie był tak gorący jak obecnie?

– Zauważam pewne analogie, pamiętając o zasadniczych różnicach, o których Pan wspomniał. Nie żyjemy przecież w państwie totalitarnym. Ale dziś, podobnie jak w latach 70. i 80., duża część społeczeństwa jest trwale niezadowolona ze swojej sytuacji, z braku możliwości robienia dobrze rozumianej kariery, choć obecnie oznacza to coś innego niż 30, 40 lat temu, kiedy prowadziłem badania nad gdańskimi rodzinami robotniczymi. Dostrzegam jeszcze inne podobieństwo. W PRL brakowało zaufania społecznego, ludzie byli zintegrowani w ramach jednej grupy społecznej, ale nieufnie, wręcz wrogo, patrzyli na inne grupy. Dziś jest podobnie. Co do oceny historii III RP, to rzeczywiście pewne patologie w funkcjonowaniu gospodarki, społeczeństwa i państwa długo były częściowo ukryte, rozmazane, równoważne przez inne czynniki, a teraz stają się coraz bardziej widoczne.

Ról „Solidarności” – związku zawodowego i organizacji społecznej – nie można do końca ani rozdzielić, ani nawet rozróżnić. Takie są realia funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego i demokratycznego państwa prawa.

– To podobieństwa w diagnozie sytuacji. A podobieństwa w szansach na jej zmianę?

– „Solidarność” powstała, gdy ludzie w PRL zrozumieli, że nikt nie zrobi niczego za nich. Czy obecnie polskie społeczeństwo ma taki potencjał zmiany? Nie wiem. Widzę pierwsze oznaki, jak np. aktywizację „Solidarności” w ostatnich latach.

– No właśnie, przejdźmy do samej „Solidarności”. W latach 80. był to zarówno klasyczny związek zawodowy, zajmujący się sprawami pracowniczymi, jak i wielki ruch społeczny, który wyrażał i instytucjonalizował oczekiwania i interesy większości społeczeństwa. Jaką rolę widzi Pan dla Związku w obecnych realiach. Jako socjologowi bliżej Panu zapewne do roli ruchu społecznego…

– Tych ról „Solidarności” – związku zawodowego i organizacji społecznej – nie można do końca ani rozdzielić, ani nawet rozróżnić. Takie są realia funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego i demokratycznego państwa prawa.

– Ale zmienia się przecież sama „Solidarność”. Zmienia się gospodarka, która jest bazą dla działalności organizacji związkowych. Przykładem mogą być zmiany w przemyśle stoczniowym, który zawsze stanowił naturalny filar zaplecza dla Regionu Gdańskiego.

– Dziś pracownicy to grupa dużo szersza niż tylko robotnicy, jak było w latach 80. Ale unifikacja stylów życia, potrzeb i oczekiwań społecznych jest w XXI wieku tak daleko posunięta, że nawet tak duża organizacja jak „Solidarność” może reprezentować skutecznie interesy wielu mniejszych grup składających się na większą całość, na większy podmiot społeczny.

– Jakie widzi Pan zatem szanse, a jakie zagrożenia dla Związku w najbliższym czasie?

– Zacznę od tych drugich. W latach 80. była większa naturalna integracja w zakładach pracy, zarówno między pracownikami, jak i w relacjach pracownicy – zakładowa organizacja związkowa. Także strajki były częściej wykorzystywanym przez związkowców narzędziem. To kanalizowało wewnętrzne emocje. Dziś Związek również musi być zintegrowany, ale trzeba szukać nowych pomysłów na działalność, uczestnictwo w życiu organizacji, także na nowe formy wspólnego przeżywania emocji, które tworzą świadomość i tożsamość członków „Solidarności”.

– Gdzie szukać inspiracji, przykładów?

– Trudno mi w tej chwili doradzić konkretne rozwiązania. Najlepsza jest droga empiryczna, czyli próbowanie nowych sposobów, i sprawdzanie, który z nich jest najskuteczniejszy. Jedno jest pewne. Nie wolno zmarnować tej szansy, energii społecznej, która pojawiła się w ostatnich miesiącach.

– Rozmawiamy o Związku, ale przecież nie jest to jakiś abstrakcyjny, wirtualny byt. Każda organizacja jest taka, jacy są jej członkowie. Co by Pan zatem doradził nie „Solidarności” jako całości, ale konkretnemu członkowi Związku?

– Aby odpowiedzieć jako socjolog, musiałbym posiadać dokładny profil społeczny członków Związku, a takich wyników badań nie mam. Intuicyjnie, patrząc z boku, także poprzez przekaz medialny, oceniam, że członkowie „Solidarności” to grupa wyczulona na prawdę, uczciwość w każdym wymiarze życia, także relacji społecznych. Dlatego, jak sądzę, są tak mocno zmobilizowani w ostatnim czasie – zauważyli, że chce się ich, właśnie tak jak w latach komunizmu, pozbawić podmiotowości, zrobić – mówiąc kolokwialnie – w konia. Jednak sama mobilizacja nie wystarczy. Trzeba być oczytanym, zdobywać wiedzę i nowe umiejętności. Rozwój osobisty jej członków to podstawa rozwoju każdej organizacji.

– Ta puenta przywiodła mi na myśl fragment jednej z Pańskich prac, którą przeczytałem przed spotkaniem z Panem. Dotyczył on wagi zasobów wolicjonalnych i intelektualnych, a nie tylko materialnych. W tym kontekście wymieniał Pan tradycyjne cechy mieszkańców Pomorza, wyłaniające się z badań socjologów. Może je Pan przypomnieć?

– Ta praca dotyczyła wprawdzie nie bieżącej działalności „Solidarności”, a walki o zgodną z prawdą pamięć historyczną o Związku, ale waga cech wolicjonalnych jest uniwersalna. Może rzeczywiście warto podkreślić, że pomorskie cechy, takie jak wytrwały upór, uczciwość i oszczędność, stanowią odpowiednią inklinację „nieoddawania tego, co jest nasze i co nam się należy”.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał
Adam Chmielecki

Download PDF
Powrót Drukuj stronę