Śniadek: Idziemy po zwycięstwo. Jesteśmy w warunkach frontowych

 

Ta ustawa, kłamliwie nazywana ustawą o elastyczności czasu pracy, to jest ustawa o obniżeniu wynagrodzeń, ograniczeniu popytu, o utracie miejsc pracy.

Rozmowa z JANUSZEM ŚNIADKIEM, posłem PiS, przewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” w latach 2002-10

Sprzeciw wobec zmian w kodeksie pracy był jednym z motywów manifestacji w Warszawie. Czy promocyjny, wizerunkowy sukces związków zawodowych da się przełożyć na sukces polityczny? 

Manifestacja przebiła się przez serwisy informacyjne, które dość szczegółowo ją relacjonowały. To wszystko, jej rozmach, dobra organizacja, udział wielu tysięcy ludzi, spowodowało, że nie można było jej przemilczeć, nie zauważyć…

– Ale czy „przebiły się” związkowe postulaty?

Polska i polski świat pracy usłyszał siebie, swój głos w postulatach związków zawodowych, który okazał się tożsamy z odczuciami wszystkich pracowników. Nieustanna kampania deprecjonowania oskarżeniami, że działacze związkowi reprezentują tylko siebie i działają w swoim interesie zawiodła. Większość społeczeństwa popiera protest przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego czy obniżaniu płac za nadgodziny. Swoboda zrzeszania się to fundament demokracji i nowoczesnej gospodarki, łagodzenie przewagi pracodawcy nad pracownikiem.

– Stawianie postulatu obalenia rządu?

– Do dialogu potrzeba dwóch stron. Prowadzona od lat, arogancka i arbitralna polityka rządu wyklucza dialog. Związki postanowiły nie uczestniczyć w fikcji i grze pozorów, wychodząc z Komisji Trójstronnej. Żeby zmienić ten stan rzeczy, trzeba zmienić partnera. Postulat obalenia rządu może zrealizować tylko przekonane do tego społeczeństwo przy urnach wyborczych.

– Z kalendarza wyborczego wynika, że nastąpić to może za dwa lata…

– To prawda. Jest to działanie długofalowe, ale konieczne. Jaki jest stosunek rządu do postulatów i dialogu, najlepiej widać po porządku obrad Komisji Trójstronnej zwołanej krótko po protestach. Ani śladu postulatów, tylko informacja rządu o przyszłorocznym budżecie. To zakrawa na kpinę z nas wszystkich.

Na jakich argumentach Prawo i Sprawiedliwość oprze skargę do Trybunału Konstytucyjnego skarżąc przepisy wprowadzające tzw. elastyczny czas pracy?

– Ustawa, która wydłuża okresy rozliczeniowe czasu pracy z czterech do 12 miesięcy, jest sprzeczna z artykułami 18, 65 i 66 Konstytucji RP. Artykuły ustawy zasadniczej stanowią, że rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej, że władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego zatrudnienia, a zatrudnieni mają prawo do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy, do określonych dni wolnych i płatnych urlopów. Dodatkowo Unia Europejska dopuszcza takie regulacje maksimum do sześciu miesięcy, a odstępstwa tylko w nadzwyczajnych i uzasadnionych wypadkach. U nas robi się z tego normę.

– Realizacja głównych postulatów związkowych już została wycenione na 150 miliardów złotych wydanych w ciągu siedmiu lat. Te koszta wyliczyli dziennikarze jednej z gazet i główni ekonomiści kilku banków. Nie wiemy, na ile precyzyjne są te wyliczenia. Sam powrót do wieku emerytalnego: 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn w latach 2014-2020 kosztowałby 48,1 mld zł.  Te cyfry przemawiają do wyobraźni?

– To jakieś wyliczenia kompletnie wyssane z palca. Równie wiarygodne, jak założenia do tegorocznego budżetu i szacunki dotyczące przychodów z podatków chybione o prawie 30 mld. Kłamstwo, usankcjonowane podpisem premiera, staje się normą…

– To znaczy?

– Wydłużenie okresu rozliczeniowego czasu pracy służy takiemu manipulowaniu czasem pracy, żeby było mniej nadgodzin, a w efekcie niższe płace. To jest sprzeczne z publicznymi deklaracjami pana premiera złożonymi w Brukseli, że rząd nie podejmie żadnych działań uderzających w popyt. Tymczasem obniżenie płac to jest obniżenie siły nabywczej, osłabienie popytu, zmniejszenie produkcji i zatrudnienia. W uzasadnieniu do ustawy autorzy stwierdzają, że to rozwiązanie „przez ograniczenie kosztów pracy poprawi konkurencyjność polskiej gospodarki”. Kilka zdań dalej mówi się, że to rozwiązanie „jest neutralne dla budżetu państwa”. Otóż zredukowanie nadgodzin, a w ślad za tym mniejsze wynagrodzenia, oznacza mniejsze wpływy z podatków i mniej składek do ZUS-u. To z kolei oznacza konieczność większych dopłat do ZUS. Ta ustawa, kłamliwie nazywana ustawą o elastyczności czasu pracy, to jest ustawa o obniżeniu wynagrodzeń, ograniczeniu popytu, o utracie miejsc pracy.

– Ustawa o elastycznym czasie pracy obniży wynagrodzenia i liczbę nadgodzin?

– Według danych GUS, Polacy rocznie przepracowują około 300 mln nadgodzin i uzyskują z tego tytułu wynagrodzenie w wysokości nieco ponad 10 mld złotych. Ich redukcja o 10-20 procent oznacza spadek o miliard – dwa miliardy złotych wynagrodzeń brutto. To mniej podatków i składek ZUS, to mniej pieniądza dla gospodarki, miliardy złotych mniej w kieszeni pracowników.   

– Opozycja ma chronić ludzi pracy podejmując kroki prawne, a Pan, by chronić jej lidera, trzymał parasol nad prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Stało się to powodem ironicznych komentarzy i kpin części mediów i polityków, jak choćby posła PO Jerzego Borowczaka. Poczuł się Pan osobiście dotknięty, urażony?

– Nie będę odnosił się do komentarzy Jerzego Borowczaka, bo jego wypowiedzi powodują, że tracę do niego resztki szacunku. Przypominam, że kampania medialna była nakierowana na wykazanie rzekomego konfliktu „Solidarności” z PiS. Moja obecność obok Jarosława Kaczyńskiego była czytelnym przekazem. Padało, więc potrzebny był parasol. Powiem żartem, że „Solidarność” już nieraz trzymała parasol nad Polską. Jarosław Kaczyński jest nadzieją na realne zmiany dla wielu Polaków.

– Czy PiS zrealizuje program Polski Solidarnej, której rzecznikiem był śp. Lech Kaczyński? Przecież gdy PiS był u władzy, współpraca ze związkami nie układała się najlepiej.  Likwidując trzecią stawkę podatkową rząd PiS zmniejszył podatki dla najbogatszych, wprowadzając w miejsce stawek 19-, 30-, 40-procentowych stawki podatkowe 18 i 32 procent?

– No tak, ten przykład jest obrazowy. Likwidacja najwyższego progu jest sprzeczna z postulatami stawianymi przez „Solidarność”, bo prowadzi do pogłębienia nierówności. Ale wspomniane obniżenie w 2007 roku składki rentowej o 7 proc., z 13 proc. na 6, a w tym na 1,5 proc. po stronie pracownika i 4,5 proc. po stronie pracodawcy, już nie. Koszty pracy zostały obniżone, a wynagrodzenia wzrosły o blisko 9 proc. netto.  Obniżenie podatków wpisywało się w powszechne oczekiwanie. To był element stymulujący popyt wewnętrzny, chroniący przed zatopieniem się w kryzysie. Mówię jasno i dobitnie, że dzisiaj jedynym ugrupowaniem politycznym w Polsce, najbliższym „Solidarności”, które dąży do realizacji jej ideałów, jest Prawo i Sprawiedliwość.

– Jakie rozwiązania zaproponuje PiS by zmniejszyć koszty pracy? 

– Wysokie koszty pracy w Polsce to fałszywy stereotyp. Wynagrodzenia u nas należą do najniższych w Europie i na świecie, a procentowy udział kosztów pracy w PKB jest niższy niż średnia europejska. Tutaj nie ma wiele miejsca na oszczędności. Musimy wesprzeć polski przemysł, który trzeba odbudowywać niemal jak po wojnie.

– Trzeba będzie jednak prowadzić politykę wedle możliwości. Jakie postulaty będą najpilniejsze?

Obniżenie wieku emerytalnego, czyli powrót do poprzednich zasad granicy 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Z dobrowolnością, czyli umożliwieniem pracy dłużej o ile będzie taka wola. Wydłużenie wieku emerytalnego wypycha kolejne roczniki, setki tysięcy absolwentów z rynku pracy, jest wyrokiem bezrobocia lub emigracji. Z kolei umowy śmieciowe i ucieczka od płacenia składek na ZUS oznaczają, że finansujemy naszą dzisiejszą konsumpcję nędzą przyszłych emerytów, a stan finansów publicznych nie jest znany. Kreatywna księgowość zafałszowała rzeczywistość.

– Zatem na początek audyt kasy państwa?

– Nie mam cienia wątpliwości, że PiS podejmie działania, by takiego sprawdzenia dokonać.  Tego boją się jak ognia działacze PO i rozmaite lobby. Dzisiaj najbogatsi płacą najniższy podatek. Nawet tylko kilka procent swoich dochodów, bo podatek liniowy od najczęściej fałszywie samozatrudnionych dotyczy 400 tys. ludzi. Miliardy złotych nie trafiają do budżetu. Nawiązuję do powiedzenia prezesa Kaczyńskiego, że trzeba sięgać do głębokich kieszeni. W Polsce ciągle trzeba walczyć o przesłanie społeczne Sierpnia, o ochronę najuboższych, o godność pracownika i dobro przeciętnego Polaka.

– Czy jest możliwy sojusz w sprawach społecznych z SLD lub z innymi ugrupowaniami?  – Nie będę spekulował o SLD i innych, także o nowym ugrupowaniu centrowym, które zapewne wyłoni się po rokoszu Jarosława Gowina. Spekulacje są ciekawe, ale nie idziemy do boju, by zakładać szukanie koalicjanta. Idziemy po zwycięstwo. Jesteśmy w warunkach frontowych. Wszelkie dywagacje o wyjściach awaryjnych, o kompromisach osłabiają wolę walki. W takich sytuacjach defetystów się rozstrzeliwuje. Na scenariusze awaryjne będzie czas po wyborach.

rozmawiał Artur S. Górski

Wywiad będzie opublikowany w październikowym „Magazynie Solidarność”

Download PDF
Powrót Drukuj stronę