Nauczycielka w wirze przemian – „Solidarność” na przestrzeni historii

Barbara Werbińska, emerytowana nauczycielka z Gdańska, należy do „Solidarności” od 1980 roku. Obecnie jest członkinią Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” Pracowników Oświaty i Wychowania w Gdańsku. Nam opowiada historię „Solidarności” widzianą własnymi oczami.

Barbara Werbińska. fot. Olga Zielińska

werbinska1

Jak zapamiętała Pani Sierpień 1980 roku?

Drugą połowę sierpnia spędziliśmy poza Gdańskiem. Przerwany kontakt z rodziną, z najbliższymi. Wracamy do Gdańska. Ogromny chaos. Pierwsza rzecz – samochody, na których napisy: „Żywność, chleb dla stoczniowców”;  „Pożywienie, pokarm wieziony do stoczni”. W przededniu roku szkolnego pojawiają się pierwsze wystąpienia ludzi odważnych: „Należy dołączyć do strajku. Należy wspomóc. Należy wejść w pewne struktury”. Są odważni, są mniej odważni i ludzie, którzy wyznają hasła systemu, w którym się znajdujemy. Zakładamy pierwsze struktury. Pod koniec sierpnia – podpisano porozumienia w Jastrzębiu, w Szczecinie i w Gdańsku.

Jakie były reakcje środowiska nauczycielskiego?

To był początek roku szkolnego. Mój kolega, który wrócił na spotkanie rady pedagogicznej do szkoły zza bramy stoczni, był jednym z niewielu tłumaczy dziennikarzy, którzy chcieli otrzymać jakiekolwiek wiadomości i przekazać do swoich krajów, co się dzieje za bramą stoczni. On ze względu na to, że znał kilka języków obcych mógł z dziennikarzami rozmawiać i być tłumaczem. I dlatego te pierwsze wiadomości do nas docierały.

Przejdźmy do 12 grudnia 1981 roku. Jakie są Pańskie wspomnienia związane z ówczesnymi wydarzeniami?

Jest noc 12 grudnia 1981 roku, imieniny Wiesława, huczne w moim środowisku. Czekamy w nocy na tramwaj z Wrzeszcza do Gdańska. I nagle widzimy pędzących ludzi z Gdańska. Biegną z krzykiem, że ewakuowany jest MKS. Co się dzieje? Że jadą samochody i wojsko! I rzeczywiście – ulicą, aleją Grunwaldzką, aleją Zwycięstwa, od dworca jedzie ogromna ilość samochodów opancerzonych! Tramwaje nie chodzą! Zaczyna się popłoch. W końcu jakiś tramwaj dojeżdża (staliśmy ze dwie godziny w nocy przy Operze Bałtyckiej). Przejeżdżamy koło dworca. Dworzec oświetlony niebywale i informacje tylko ludzi przerażonych, którzy w międzyczasie wsiadali i nie wiedzieli, co się dzieje. I tam już była obstawa na dworcu –  ogromna ilość wojska. Dotarliśmy do domu. Rano – znajomi. Telefony nieczynne, kontaktów nie ma żadnych. Przychodzą, dostają informację, mój mąż między innymi, że są zmilitaryzowani, że kolej jest zmilitaryzowana.

Nie daliście się zastraszyć…

Naszym zadaniem było – ponieważ już działaliśmy w strukturach „Solidarności” – zebrać informacje, komu należy pomóc. Spotykaliśmy się w domu parafialnym przy Bazylice Mariackiej i opiekunem naszym był ksiądz prałat Stanisław Bogdanowicz. Tam większość nas zbierała się, ponieważ należało zapewnić przynajmniej byt socjalny dzieciom naszych koleżanek, które były internowane.

Download PDF
Powrót Drukuj stronę